Jak co mecz… wygrana Liverpoolu
Anglia

Jak co mecz… wygrana Liverpoolu

Mecze pomiędzy wielkimi rywalami lubią rządzić się swoimi prawami, brać w nawias aktualną formę obu stron, aktualną siłę rażenia, cały stan posiadania, wliczając w to cele i nadzieje. Widzieliśmy takie rywalizacje pomiędzy Liverpoolem a Manchesterem United. Ale nie dzisiaj, bo aktualnie mecze Liverpoolu w Premier League również rządzą się swoimi prawami: a konkretnie takimi, że LFC wszystko wygrywa.

Pierwsza połowa była demonstracją oczywistości: Liverpool i Manchester United w zasadzie uprawiają dzisiaj różne dyscypliny sportowe. Inna intensywność grania, inna jakość ustawiania się, a przede wszystkim zupełnie inna szybkość rozgrywania akcji. Tak wizualnie wyglądają zderzenia z rzeczywistością polskich drużyn, gdy przyjdzie grać z kimś z nawet tylko nieco lepszego piłkarskiego świata.

No dobrze, może nie było to widoczne od pierwszej minuty, może Czerwone Diabły nawet wyszły z optymizmem, ale gol Van Dijka złamał Manchester United. Gol Van Dijka – instruktaż tego jak szukać sobie miejsca w powietrzu przy kornerze. Niby Holender w finalnym momencie miał wokół siebie trzech rywali, a tak naprawdę nikogo. Uderzenie perfekcyjne, nie do obrony.

Od tej pory zaczęła się jazda. Następne pół godziny, to poza może końcówką, szkoła przetrwania Czerwonych Diabłów. Oglądaliśmy festiwal wysokich odbiorów LFC, a symbolem 33. minuta, w której Salah odebrał piłkę w szesnastce, jakoś United się z tego pozbierało, tylko po to, by zaraz stracić piłkę na osiemnastym metrze. Obserwowaliśmy luz w grze, okazjonalną piętkę Salaha czy siatkę Wijndaluma, obserwowaliśmy też błyskawiczne, naprawdę naddźwiękowe akcje – w 27. minucie jeden mierzony na milimetry 60-metrowy przerzut do Salaha, ten zagrywa do Firmino i w kilka chwil stuprocentowa okazja, tylko przez Brazylijczyka zmarnowana.

Nie jest przypadkiem, że Liverpool strzelił jeszcze dwa gole – OK, w obu coś nie zagrało, oba anulowane, raz Van Dijk faulował De Geę we wczesnej fazie akcji, raz Wijndalum był na spalonym. Były one jednak efektem naporu, naporu nie na „hurra”, ale z pomysłem, bo choć gol Wijnalduma cofnięty, to otwierającemu podaniu niewiele to odbiera. Ot, Holender minimalnie pomylił się przy ustawieniu i tyle.

Faul Van Dijka, jak ktoś chce przeanalizować czy na pewno. Roy Keane w studiu SkySports miał wątpliwości.

Manchester United? Były takie etapy tej połowy, gdzie mieli problem z wyprowadzeniem kilku podań. Dość symboliczna była sytuacja, gdy Pereira faktycznie nieźle się zakręcił pod polem karnym Liverpoolu, by ostatecznie w tym zamieszaniu wpadł w niego kumpel z zespołu.

A jednak i tak Czerwone Diabły w końcówce stworzyły świetną okazję – Martial na skrzydło do Wana-Bissaki, zgranie wzdłuż bramki, a tam Pereira próbuje przeciąć podanie. Gdyby zdążył – 1:1. Ale brakło mu kilku centymetrów. To było ostrzeżenie dla Liverpoolu, niemniej i tak za chwilę LFC odpowiedział stuprocentową okazją Mane, gdy De Gea musiał wspiąć się na wyżyny.

Druga połowa i ta sama śpiewka. 47. minuta, kontra po lewej stronie, Robertson wykłada patelnię do Salaha – ten na szóstym metrze, ma wokół siebie kilka metrów miejsca, ale nie skleja piłki i posyła farfocla obok bramki. Finisz godny Ekstraklasy.

Ale Liverpool tylko podkręcał tempo, druga bramka wisiała w powietrzu:

– okazja Mane nad bramką
– United nie potrafi wyjść z własnej połowy, ba, z okolic własnej szesnastki, LFC zabiera zabawki i Henderson z dystansu w słupek
– kolejny raz Salah, tym razem strzał zablokowany klejnotami Lindelofa.

A to wszystko w pierwszych pięciu minutach – Liverpool chciał jak najszybciej zabić ten mecz. Ox próbował zza pola karnego, Firmino wkręcał w ziemię Wana Bissakę – to był koncert, ale cały czas bez gola.

Ale potem mecz się zmienił.

Widocznie nawet Liverpool nie ma tyle pary, by taką intensywność ciągnąć przez cały czas.

Sygnałem zmiany był rajd Freda: nic groźnego, ot, przechwycił aut na linii środkowej, a potem pobiegł z piłką, chyba sam nie wie jak to się stało, że dobiegł z nią aż do pola karnego, tam oddał niecelny strzał.

Niemniej to, co za chwilę miał na nodze Martial – świetne rozegranie z Pereirą – już powinno wpaść do siatki. Zobaczcie sami skąd posyłał woleja – problem w tym, że to było uderzenie siła razy ramię, więc piłka w trybuny.

EOqXdsVWsAAurH-

Liverpool znacznie mniej chętnie zabierał się od tej pory na połowę United. Może z raz, dwa razy jeszcze było w miarę groźnie, ale biorąc pod uwagę jakie okazje były wcześniej – średniawka. Czerwone Diabły dostały trochę przestrzeni, dostały piłkę, coś próbował zrobić Martial, jakiś impuls próbował dać Mata…

I nic z tego.

Ostatecznie nic lepszego niż okazja Martiala już nie stworzył.

Liverpool postawił szlaban.

A w 93. minucie, gdy United posłało wszystkie siły do przody, Alisson długim wykopem uruchomił Salaha i ten w ostatniej akcji wbił gwoździa, trafiając na zasłużone 2:0.

Manchester United miał w tym meczu fazy, gdy konstruował ataki, gdy miał coś do powiedzenia. Ale tak naprawdę Liverpool ten mecz kontrolował. Zmieniał tempo, zmieniał swoje plany – a potem je realizował. Nie ze stuprocentową skutecznością, bo na pewno nie wypaliło szybkie strzelenie na 2:0 po zmianie stron, ale i tak wyglądało to jak doskonała mieszanka efektywności z efektownością.

Tak po prostu gra przyszły mistrz Anglii.

LIVERPOOL FC – MANCHESTER UNITED 2:0 (1:0)

Van Dijk 15, Salah 93

Fot. Newspix

KOMENTARZE (9)