W Partizanie gwiazda, w Holandii nie dał rady. Kogo wzięła Arka?
Weszło

W Partizanie gwiazda, w Holandii nie dał rady. Kogo wzięła Arka?

W ostatnich dniach osoby odchodzące z Arki Gdynia jasno dały do zrozumienia, że klubowi grozi utrata płynności finansowej i w najbliższym czasie trzeba raczej zaciskać pasa niż mocniej inwestować. Właściciele jednak po zejściu z kosztów dzięki kilku rozstaniom (Banaszewski, Busuladzić, Samu Araujo) zaczęli odważniej wydawać. W piątek najpierw przedłużyli kontrakt z Pavelsem Steinborsem – co osobno skomentowaliśmy – a potem ogłosili pierwszy zimowy transfer w osobie Nemanji Mihajlovicia. Pomijając już aspekty ekonomiczne, jak na naszą ligę mówimy o całkiem ciekawym ruchu, szrotomierz nie eksplodował.

Mało tego: jak na razie w tym okienku to obcokrajowiec z najciekawszymi papierami, który ląduje w Polsce (Marcosa Alvareza z Cracovii na ten moment traktujemy jako letni nabytek). Przy całym szacunku dla Mihajlovicia, sporo mówi to o pozostałych zakupach klubów Ekstraklasy.

Podobno Górnik Zabrze również był zainteresowany 23-letnim Serbem. Ostatecznie trafia on do Arki, która musiała za niego co nieco Heerenveen zapłacić. Z pewnością nie chodziło o wygórowaną kwotę. Skąd ta pewność? Po pierwsze – kontrakt zawodnika z Holendrami wygasał w czerwcu. Co prawda istniała opcja przedłużenia o rok, ale wiadomo, że w tej sytuacji była martwa. Po drugie – dopiero co wyszło, że 200 tys. euro, na które Levadia wyceniła Kameruńczyka Marcelino Gando to dla gdynian za drogi interes, więc siłą rzeczy tutaj musieli wydać mniej.

Osobnym tematem jest wysokość wynagrodzenia serbskiego skrzydłowego. Heerenveen w sierpniu go skreśliło i przeznaczyło do odejścia między innymi dlatego, że należał do najlepiej zarabiających w zespole (wspominano nawet o 400 tys. euro rocznie). Nigdy nie spełnił pokładanych w nim nadziei, a były one naprawdę spore. Mihajlović jawił się jako olbrzymi talent, któremu przenosiny do Eredivisie powinny dobrze zrobić. W ojczyźnie na najwyższym szczeblu zadebiutował już jako 17-latek. W Radzie Belgrad rozwinął się na tyle, że sięgnął po niego Partizan. Zaczął w nim występować od wiosny 2016 i wejście miał oszałamiające. W tamtej rundzie w czternastu spotkaniach zdobył pięć bramek i zaliczył 13 asyst. Doliczając letni dorobek z Radu, sezon zakończył jako autor ośmiu goli i piętnastu asyst przy zaledwie dwudziestu jeden meczach.

Po czasie zapewne żałował, że nie wyjechał szybciej. Po znakomitym półroczu w Partizanie poważnie interesował się nim Anderlecht, ale nie zdecydował się na wyłożenie pięciu milionów euro. Włosi pisali także o zakusach Fiorentiny. Sezon 2016/17 był już dla naszego bohatera znacznie słabszy. Być może podłamało go pudło w serii rzutów karnych, po którym Jan Vlasko skutecznym strzałem zapewnił Zagłębiu Lubin zwycięstwo w dwumeczu z Partizanem w eliminacjach Ligi Europy. Mihajlović jak dotąd nie ma dobrych wspomnień z polskich boisk.

Na przełomie września i października 2016 zaczął tracić miejsce w składzie, coraz częściej wchodził z ławki i swojej pozycji w drużynie nigdy już do końca nie odbudował. – Popełniłem kilka błędów, nie byłem stabilny psychicznie, ale ludzie uczą się na błędach – bił się w piersi.

Mimo to jeszcze w styczniu 2017 łączono go ze Stuttgartem, Galatasaray i klubem z Francji. Szefowie Partizana w oficjalnych wypowiedziach liczyli na 2,5-3 mln euro zarobku. Latem 2017 pojawiły się plotki o Genoi, ale konkretne okazało się dopiero Heerenveen. Sprowadziło Mihajlovicia jako potencjalnego kozaka, płacąc 1,7 mln euro odstępnego i – jak wspominaliśmy – zapewniając mu godne zarobki. Szybko odbił sobie zaległe pensje w Partizanie, których zrzekł się w chwili transferu.

Serb na holenderskiej ziemi zaczął w sposób wymarzony. W ligowym debiucie, wchodząc na ostatni kwadrans, zdobył bramkę w doliczonym czasie na wagę remisu z Heraclesem Almelo.

Później jednak zaczęła się seria rozczarowań, sporadycznie przerywana przez jakiś przebłysk. Jak na to teraz patrzymy, było to wręcz intrygujące. Po golu na przywitanie, Mihajlović w następnych czterech kolejkach nawet nie podniósł się z ławki. Potem zaczął dostawać trochę więcej szans, a następnie dziewięć razy z rzędu siedział na rezerwie. Jeden 15-minutowy występ, znów boczny tor przez kilka tygodni i nagle w 31. kolejce strzela gola z VVV-Venlo (podawał reprezentujący dziś barwy Cracovii Pelle van Amersfoort). Nagroda? Do końca sezonu już nie zagrał.

Mimo to nie tracił rezonu. – Nikomu nie jest łatwo oddzielić się od rodziny, przyjaciół, rodzinnego miasta. Podobny proces miał miejsce w Heerenveen z Miralem Sulejmanim i Filipem Djuriciciem, a jednak zrobili godną pozazdroszczenia karierę. Niedawno spotkałem Filipa Kosticia w Hamburgu. Powiedział mi, że w pierwszym roku prawie nie grał w Groningen po swoim przyjeździe z Radnickiego Kragujevac, w drugim za to eksplodował i teraz gra w Bundeslidze. Moim celem jest podążanie ich ścieżką. Nikt też nie stawia przed mną zbyt wysokich oczekiwań, ani nie ja wywieram na siebie presji. Nadal jestem stosunkowo młodym zawodnikiem, rozwijam się, postępuję zgodnie z fizycznym, taktycznym i czysto piłkarskim planem. Jeśli zdrowie mi dopisze, jestem przekonany, że to tylko kwestia czasu, gdy nadejdzie moje pięć minut, tak jak w Partizanie – mówił serbskim mediom.

I dodawał: – Nie pokazałem nawet 30 procent tego, do czego przyzwyczaiłem kibiców Partizana. To wszystko wymaga czasu i ciężkiej pracy. Jestem już bardziej wytrzymały fizycznie, silniejszy w pojedynkach, pracuję na boisku w obie strony. Potrzebuję jeszcze lepszych liczb i wszystko będzie dobrze.

Drugi sezon wyglądał jednak podobnie. Mihajlović zaliczył dwie asysty z Excelsiorem? No to osiem spotkań z rzędu na ławce. W pierwszym występie po tak długiej przerwie pokonał bramkarza Willem II.

W następnych tygodniach wypracował jeszcze kolegom dwie bramki, ale jego akcje na finiszu rozgrywek ponownie spadły. Minęły dwa lata, a Mihajlović spędził na boiskach Eredvisie niecałe 1100 minut, które rozłożyły się na 26 meczów. Dla porównania: Van Amersfoort w tym samym okresie dostał w zespole z Fryzji 2300 minut, czyli ponad dwukrotnie więcej. A przecież on również nie należał do pierwszoplanowych postaci.

Gdzie zatem tkwi problem Mihajlovicia? Na pewno nie chodzi o same umiejętności, tych nikt w Holandii nie kwestionował. Latem ubiegłego roku dziennikarze „Leeuwarder Courant” pisali tak: „To musi być jego sezon. Żaden piłkarz Heerenveen nie wywołuje tylu ambiwalentnych odczuć co Nemanja Mihajlović. Bo przecież jeżeli popatrzycie, z jaką łatwością prowadzi piłkę, jak drybluje i przyspiesza, łatwo zrozumiecie, dlaczego zapłacono za niego Partizanowi taką kwotę”.

Jeśli ten trop odpada, wnioski nasuwają się same. Chłopak musiał odstawać w aspektach taktyczno-fizycznych, co niejako sam potwierdził. – Ciągle nie dotarłem do Heerenveen. Nikogo w klubie nie winię, wszyscy ludzie tutaj zawsze byli dla mnie dobrzy. Przez ostatnie dwa lata wiele się nauczyłem – przyznawał samokrytycznie, a potem przeszedł do konkretów. – Szkoliłem się w lidze, w której na przykład taktyka jest znacznie mniej ważna niż w Holandii. Wciąż mogę się doskonalić w tym aspekcie, podobnie jak w grze w obronie. Ale zapomnijmy o tym, co się wydarzyło i patrzmy w przyszłość. To będzie mój najważniejszy sezon z dotychczasowych. Mam nadzieję, że to będzie mój rok. 

Nietrudno się domyślić, że nie był. Heerenveen jeszcze w tym samym okienku uznało, że Mihajlović musi odejść. Zakładano, że pójdzie gdzieś na wypożyczenie. Jego agent w połowie sierpnia uspokajał, że czasu jeszcze jest dużo i na pewno znajdą się kluby mogące spełnić wymagania Heerenveen odnośnie udziału w kosztach. Przeliczył się. Zawodnik został na miejscu i jesienią rozegrał raptem kilka meczów w drużynie młodzieżowej. W Eredivisie cztery razy załapał się na ławkę.

Kibice zarzucali mu, że nie zdążył się nauczyć niderlandzkiego, przez co szwankowała komunikacja z kolegami. Nie brakowało mocno negatywnych komentarzy.

„Niektóre jego działania na boisku nie mają sensu”.

„Nigdy nie miałem momentu, w którym pomyślałbym: tak, on może tu coś znaczyć. Dotyczy to nawet sparingów z amatorami. Wszystko robi pomału, chłopak jest strasznie powolny. Wygląda, jakby był nieszczęśliwy podczas gry”.

Nie są to laurki, przyznacie. Teraz przy ogłaszaniu odejścia Serba do Arki fani pożegnali go bez żalu, ciesząc się, że przynajmniej mający problemy finansowe klub zaoszczędzi na jego kontrakcie. Z drugiej strony, inne są wymagania i punkty odniesienia w Holandii, a inne w Polsce. Już nie raz i nie dwa przekonaliśmy się, że w Ekstraklasie wystarczy mocno wyróżniać się w jednym piłkarskim aspekcie i wady na tym tle bledną. Co do tego, że Mihajlović jest dobrze wyszkolony, szybki i umie dryblować wszyscy są zgodni. Jak na nasze warunki, to już bardzo dużo.

W Gdyni Serb nie powinien mieć problemów komunikacyjnych, przynajmniej jeśli chodzi o trenera. Aleksandar Rogić to rodak Mihajlovicia i doskonale zna możliwości 23-latka, który występował we wszystkich serbskich młodzieżówkach, od U-16 począwszy. Arka ma szansę na dobry biznes, bo mowa o piłkarzu w nadal dość atrakcyjnym wieku, którego przy odrobinie szczęścia można odbudować i sprzedać ze znacznym zyskiem. Papier nie odstrasza, ale mimo że to zupełnie inne pozycje, mamy z tyłu głowy, że z Azerem Busuladziciem na starcie było podobnie, a pamiętamy, jak się skończyło. Jeżeli Mihajlović zacznie znaczyć choćby tyle co Van Amersfoort, już będzie to wartość dodana dla naszej ligi.

PM

Fot. Arka Gdynia/Stanisław Wrzosek/Accredito

KOMENTARZE (6)