Casemiro, wersja: Pan Napastnik
Hiszpania

Casemiro, wersja: Pan Napastnik

Jak trwoga, to do Casemiro? Tak to wyglądało w dzisiejszym meczu Realu z Sevillą. Gra Królewskich w ataku klejona była na klej w sztyfcie, więc Brazylijczyk, który już nie mógł na to patrzeć, sam wziął się do roboty i wyjaśnił Sevillę dwoma bramkami, przy każdej prezentując wykończenie grajka, który na dziewiątce spędził całą karierę.

Zaczęło się jednak więcej niż mizernie dla Królewskich, bo jaka była najbardziej symboliczna akcją dla Realu w pierwszej połowie? Kontra, Jović ucieka, ale Serb biegnie w jedną stronę, a podanie idzie w drugą. Potem Jović macha łapami. Próbuje tłumaczyć gdzie chciał dostać futbolówkę.

Dość eksperymentalne zestawienie ofensywy Realu wyglądało jak ta akcja – brak zrozumienia, brak automatyzmów, zero współpracy. Trio Rodrygo-Vazquez-Jović prezentowało się tak, jakby dzisiaj na boisku spotkali się pierwszy raz w życiu. Na oko wymienili między sobą tyle celny podań co z nami. Każdy grał swój mecz, a Kroos i Modrić nie potrafili żadnego z nich uruchomić – defensywa Sevilli opędzała się od tych ataków jak od utuczonej, hałaśliwej muchy.

Bo co pokazał Real w tej części gry?

– Przedarcie się Rodrygo lewą stronę, trud marnuje Jović;
– Kiwkę Marcelo w środku pola, z której nic nie wynikło dla drużyny;
– Kroos posyła podkręconą piłkę z daleka, Vaclik widzi futbolówkę, wychodzi na papierosa, wraca, łapie ją do koszyczka;
– Wolej Marcelo w parking;
– Casemiro pudłuje z dystansu.

To jest zapis ofensywnej kompromitacji, nawet biorąc pod uwagę, że przyjechał zespół, który wie jak bronić.

Sevilla była bardziej niebezpieczna – Królewscy co prawda zazwyczaj radzili sobie z jej bardzo wysokim, sięgającym Courtoisa pressingiem, ale goście z Andaluzji byli aktywniejsi. Co prawda to wiele nie mówi, bo Real trawił marazm, w dodatku może nie przełożyło się to na oblężenie bramki Królewskich, ale jednak był przyzwoity wolej Munira zbity przez Courtoisa, było ciut więcej aktywności z piłką w szesnastce.

Wreszcie był też gol, choć cofnięty przez VAR. Korner Banegi, Gudelj z prawie koszykarską zastawą, od której odbił się Militao – Luuk de Jong sam na siódmym metrze uderza głową prosto do siatki, ale arbiter uznaje, że Gudelj w swojej zastawie ciut przesadził. Wciąż 0:0. Po tej akcji Sevilla przycisnęła mocniej, ale defensywa Realu wytrzymała.

Wszyscy czekali na zmiany w Realu, ale Zidane na drugą połowę posłał ten sam skład. Może w przerwie rzucał butami po szatni, może zaufał jeszcze innemu sposobowi motywacyjnemu, w każdym razie – sprawdziło się. Po dziesięciu minutach Królewscy otworzyli wynik. Co prawda wymagało to wejścia Casemiro na pozycję – w zasadzie – dziewiątki, wymagało również od Brazylijczyka równie fachowego wykończenia, bo skończył to mistrzowską podcinką godną Pippo Inzaghiego, ale jednak. Warto tu podkreślić natomiast asystę Jovicia – kto wie czy nie byłby pierwszym do zmiany w przerwie, tymczasem tutaj znakomite otwierające podanie piętą.

Chwilę po bramce Jović pożegnał się z boiskiem, za niego wszedł Benzema. Pojawił się też Vinicius – zmiana za Rodrygo – i Real wydawał się pewniejszy, spokojniejszy, miał mecz tam, gdzie chciał.

I właśnie wtedy Sevilla wyrównała.

Akcja dość dziwna: dwójkowe rozegranie de Jonga z Munirem, ten w kiwce przed szesnastką, ale upada. Piłki nie ma. Jest czas, by tą wybić, wszystko zamknąć. Ale nikt z Królewskich jakoś się nie kwapi, więc de Jong piłkę zabrał, huknął i zrobiło się 1:1. Real zgłaszał wątpliwości, i faktycznie, Munir dotknął leżąc piłkę ręką, ale tego zupełnie nie kontrolował – niby przypadek. Ale w sumie, to miało konkretny wpływ na akcję, bo przez to zagranie najprawdopodobniej nie wybił piłki Varane, poza tym ręka w ofensywie to trochę inna historia niż bycie nią trafionym we własnym polu karnym. Niemniej akcja była analizowana przez VAR, a gol został uznany.

Na odpowiedź Realu długo jednak nie trzeba było czekać, worek z bramkami się rozwiązał. Nie minęło nawet pięć minut, a Casemiro ponownie zgłosił chęć gry na ataku Realu Madryt: Vasquez wrzuca, a w środku pola karnego Brazylijczyk kończy wszystko głową, tym razem z opanowaniem godnym van Nistelrooya.

Czekaliśmy – czy i na to odpowie Sevilla? Nie, nie zrobiła już od tej pory praktycznie nic. To był defensywny popis Królewskich. Nawet Vinicius zaliczył przynajmniej dwie bardzo pożyteczne akcje w tyłach, a przecież tytanem odbioru to chłopina nie jest.

Goście przedarli się dwa razy, ale wymowne: pierwszy raz Navas zrobił sobie sporo miejsca w polu karnym, ale i tak ostatecznie z całego zamieszania wyszedł raptem aut, Królewscy w ostatniej chwili, ale jednak zdążyli posprzątać. Za drugim razem akcję uruchomił Lucas Vasquez, ale Nesyri chyba sam był tak obrotem spraw zaskoczony, że przestrzelił.

Generalnie szyki Realu już się nie rozluźniły, zespół nabrał nawet jakiejś takiej lekkości w grze – bliżej było trzeciego trafienia, szczególnie za sprawą Viniciusa, który był nie do zatrzymania po lewej stronie i raz wybornie wystawił piłkę Kroosowi. Miał też szansę ciut wcześniej Casemiro na hat-tricka, ale nawet on jest człowiekiem.

Real, jak na to z kim się dziś mierzył, jak na to, że w nogach miał wyjazd do Arabii Saudyjskiej – w tym 120 minut szarpaniny z Atletico – jak na to, że grał dziś siłą rzeczy bez Valverde, że od pierwszej minuty nie wyszedł Benzema, a że wyszedł natomiast nie czujący jeszcze w pełni gry Marcelo, może być względnie zadowolony ze swojej postawy. Pierwsza połowa do gruntownego przeanalizowania, ale w drugiej naprawdę sporo wychodziło. Sevilla, jeśli miała tu ugrać coś więcej, to jak najbardziej mogła, ale musiałaby pokazać więcej odwagi do zmiany stron, kiedy Królewscy nie przypominali siebie.

REAL MADRYT – SEVILLA 2:1 (0:0)

Casemiro 58, 66 – de Jong 64

Fot. NewsPix

KOMENTARZE (2)