Makuszewski z wolną ręką przy szukaniu roboty. Czas przestać gnić na ławce
Weszło

Makuszewski z wolną ręką przy szukaniu roboty. Czas przestać gnić na ławce

Pamiętacie Macieja Makuszewskiego? Taki piłkarz. Jeszcze dwa lata temu piłkarska Polska śledziła jego szalony wyścig z czasem po kontuzji kolana i próbę wyrobienia się z zaleczeniem jej na mundial w Rosji. Wydawało się, że facet tymczasowo może rozwiązać problemy z jokerem na skrzydło w kadrze. Problem w tym, że to było w 2018 roku. Od tego czasu Makuszewski nie strzelił żadnego gola, a w Lechu w hierarchii skrzydłowych spadł za Tomasza Rząsę. Czy stać go jeszcze na powrót do świata żywych?

134 minuty w lidze w tym sezonie. Zero goli, zero asyst. Żadnych liczb w meczach Pucharu Polski z zespołami z niższych lig. Bilans gier i konkretów Makuszewskiego w tym sezonie wygląda nie jak u starego wygi dobijającego do drugiej setki meczów w Ekstraklasie, a jak u juniora witającego się z piłką seniorską. Dość powiedzieć, że więcej asyst w tym sezonie zaliczył od niego… Mickey van der Hart, golkiper lechitów.

A miało być kompletnie inaczej. Jeszcze latem 30-latek rozmawiał z Dariuszem Żurawiem i ten zasugerował mu, że wcale nie będzie wypychany z zespołu. Kolejorz był przecież zaraz po konkretnej rewolucji kadrowej, z drużyną pożegnała się większość doświadczonych zawodników i Makuszewski był jednym z nielicznych, którzy mogli pociągnąć ten wózek samym obyciem z piłką na niezłym poziomie. Jeszcze latem był drugim skrzydłowym w hierarchii – on, Jóźwiak, gdzieś tam jeszcze Joao Amaral, a dopiero później młodzież typu Tymoteusz Puchacz czy Tymoteusz Klupś.

Ale sytuacja się zmieniała. Makuszewski grał wcale lub mało i tuż przed końcem okienka Kolejorz uznał, że w sumie może lepiej go gdzieś puścić. Problem w tym, że nie było już czasu, by dopiąć transfer – nawet mimo zainteresowania z trzech polskich klubów – i 30-letni skrzydłowy ugrzązł na jesień w Poznaniu. Grał nie tylko mniej od Kamila Jóźwiaka, ale i od Tymoteusza Puchacza czy nawet Jakuba Kamińskiego, który dopiero witał się z Ekstraklasą. Po raz ostatni na boisku oglądaliśmy go jeszcze we wrześniu, gdy wszedł na końcówkę meczu z Górnikiem. Od tego czasu – pięć razy na ławce jako niewykorzystany rezerwowy i pięć razy na trybunach.

I to nie jest tak, że Makuszewskiemu nie wyszła tylko ta runda. Że wcześniej był w sztosie, a teraz nagle wypadł z grania. Zerkamy na poprzedni sezonu – w lidze niby sześć asyst i cztery kluczowe podania, ale wtedy nabijał sobie liczby chociażby na Zagłębiu Sosnowiec (jak każdy w zeszłym sezonie), zebrał u nas średnią ocen 3,85 (niżej tylko gwiazdy klasy Goutasa czy Dioniego), czterokrotnie wylądował w zespole badziewiaków. Dość powiedzieć, że Maciej ostatniego gola strzelił w… listopadzie 2017 roku. Później był uraz, słaby poprzedni sezon, dramatyczna poprzednia runda i gdzieś tam w międzyczasie stuknęły dwa lata od jego ostatniego trafienia. I nie mówimy tu o stoperze, bramkarzu bijącym stałe fragmenty gry czy szatniarzu – mówimy o skrzydłowym, który jeszcze nie tak dawno grał w reprezentacji Polski.

Trudno nam jednoznacznie zdefiniować problem „Makiego”. Oczywiście nasuwa się tu ta rzeczona kontuzja – czy gdyby nie potknął się wtedy na piłce, to pojechałby na mundial, a później byłby kluczowym piłkarzem Kolejorza w sezonie 2018/19? Czort wie, nie mamy magicznej kuli. Natomiast niewątpliwie mocno go ten uraz wyhamował, bo to przecież facet bazujący na gazie i przyspieszeniu, a jednak taki uraz trochę osiągi zmniejsza. Ale przecież w tej lidze można być skrzydłowym bez szybkości, a i tak kręci się niezłe liczby. No to w czym problem?

81989353_507891583175565_3186662414175174656_n

W pewnym sensie Makuszewski padł ofiarą odmładzania Lecha. Czy taki Jakub Kamiński dzisiaj jest lepszym piłkarzem od niego? No nie sądzimy. Ale Kamiński jest nastolatkiem, a Maciejowi wskoczyła już trójka na przód i młodszy już nie będzie. Politykę kadrową Lecha znamy, dodajemy dwa do dwóch. Do tego sam „Maki” nie pomagał sobie występami – żenująco zagrał w Gdyni, później złapał czerwoną kartkę na Rakowie i właściwie wyautował się z grania na długo. Tak naprawdę faktycznie bardzo źle zagrał tylko z Arką i wylądował na trybunach. Dużo więcej słabych występów w Lechu w tym sezonie się wybaczało – ot, chociażby żeby wskazać palcem na Karlo Muhara czy Mickeya van der Harta, którzy jednak utrzymywali miejsce w składzie.

Oczywiście nie będziemy tu bronić skrzydłowego, który przez ostatnie dwa lata strzelił w lidze tyle goli, co my (a delikatnie przypomnimy, że my tego nawet nie próbowaliśmy). Niemniej w ostatecznym rozrachunku najwięcej traci – nie, nie Makuszewski – a Lech Poznań.

Trzeba było go puścić latem i mieć z głowy jego wysoką pensję. Nie jest tajemnicą, że skrzydłowy Kolejorza ma jeden z lepszych kontraktów w zespole. Skoro już pół roku temu były poważne wątpliwości co do jego przydatności, to trzeba było mu dać wolną rękę w poszukiwaniu pracodawcy już wtedy. Refleksja przyszła dopiero zimą – Makuszewski dowiedział się, że może szukać sobie nowej roboty, a w Poznaniu nie będą robić mu żadnego problemu z odejściem.

Z tego co słyszymy, to są dwa kluby w lidze, które chętnie by go u siebie widziały. Piłkarz musiałby jednak zejść z oczekiwań finansowych, które ugruntował sobie w Lechu – nikt nie da dziś takiej wypłaty facetowi, który ma za sobą naprawdę słabe półtora roku. W innym przypadku – czeka go pewnie dalsze zwiedzanie drugoligowych boisk z rezerwami Lecha albo gnicie na ławce w Ekstraklasie. Z dwojga złego – wolelibyśmy chyba już teraz wziąć się za reaktywacje swojej kariery. Przecież i tak za pół roku musiałby szukać sobie nowego klubu, bo w Poznaniu wygasa mu kontrakt. A tak miałby jeszcze pół roku kariery w gratisie.

Krótka jest droga z kadry do rezerwowego w Lechu, ale czas najwyższy przystosować się do nowej rzeczywistości. W – dajmy na to – Płocku też jest życie i da się grać w piłkę. A w Białymstoku, czyli niedaleko rodzinnych stron Makuszewskiego, tym bardziej.

fot. FotoPyk

KOMENTARZE (5)