Obiecujący polski napastnik? Z Ekstraklasy już (prawie) wszyscy wyjechali
Weszło

Obiecujący polski napastnik? Z Ekstraklasy już (prawie) wszyscy wyjechali

Zimowe okienko transferowe wciąż na dobre się nie rozkręciło, a z Ekstraklasy wyjechali już Patryk Klimala, Adam Buksa i Jarosław Niezgoda. Łączy ich to, że są polskimi napastnikami, jeszcze młodymi (21-letni Klimala) lub przynajmniej niestarymi (23-letni Buksa i 24-letni Niezgoda). Bez nich nagle okazuje się, że w Ekstraklasie na ten moment praktycznie nie mamy już rodzimych napadziorów gwarantujących gole. Stwierdzenie, że Polak w tym sezonie nie zostanie królem strzelców w polskiej elicie jest niemal równie ryzykowne jak teza, że ŁKS nie będzie mistrzem. 

Z polskich „dziewiątek”, które po jesieni co nieco jeszcze postrzelały mamy Piotra Parzyszka i 100-letniego doświadczonego Pawła Brożka, zaczynającego ligowe granie w Wiśle Kraków z Maciejem Szczęsnym, Bogdanem Zającem, Kazimierzem Moskalem, Ryszardem Czerwcem czy Olgierdem Moskalewiczem. A Parzyszek i tak nie za bardzo może być zadowolony z sześciu goli, bo za każdym razem grał w pierwszym składzie i notował długie serie bez bramki. Do siatki trafił jedynie w pięciu kolejkach, czyli w piętnastu tego nie zrobił. Takim samym dorobkiem legitymuje się Artur Sobiech, tyle że on karierę zamierza kontynuować w drugiej lidze tureckiej.

Skoro Niezgoda za chwilę sfinalizuje przeprowadzkę do USA, o snajperskie berło zapewne powalczą Christian Gytkjaer, Jesus Imaz, Damjan Bohar, Jorge Felix i Igor Angulo. Zapewne, bo przyszłość trzech ostatnich nadal nie została wyjaśniona i nie można wykluczyć, że coś się do końca lutego wydarzy. W każdym razie – sami obcokrajowcy. Mający osiem goli Brożek musiałby być wolny od kontuzji, liczyć na to, że koledzy będą mu stwarzać mnóstwo sytuacji, a konkurencja się zatnie. Bardzo mało prawdopodobne, żeby wszystkie trzy elementy się zgrały. Doszło do tego, że ostatni ŁKS mający dwóch krajowych napastników z czterema golami (Łukasz Sekulski, Rafał Kujawa) w tym względzie wyprzedza sporą część ligowych konkurentów.

Zakładając jednak, że życie faktycznie nie znosi próżni, powinien się nam przynajmniej objawić ktoś nowy. Nie ktoś, kto teraz sięgnie po snajperskie berło, ale ktoś wypełniający „polską” lukę w Ekstraklasie, dający nadzieję, że w przyszłym sezonie załaduje co najmniej kilkanaście razy, powalczy o koronę i – rzecz jasna – zaraz stanie się następnym kandydatem do transferu.

No i tu zaczyna się problem.

Wyboru tyle co kot napłakał i to odwodniony. Ale skoro już narzuciliśmy sobie konieczność wskazania jakiegoś pretendenta, w pierwszej kolejności byłby to Bartosz Białek. 18-letni „protein” z Zagłębia Lubin skorzystał na słabej postawie Patryka Szysza i Roka Sirka, stając się na razie największym odkryciem trenera Martina Seveli. W sześciu ligowych występach strzelił trzy gole i zaliczył dwie asysty. Gra odważnie, bez kompleksów, dobrze prezentuje się piłkarsko i, co bardzo istotne, fizycznie jest gotowy na seniorskie granie, niejeden obrońca już się o jego sile przekonał. Białek kończył jesień jako podstawowy napastnik Zagłębia i nie widzimy przeciwwskazań, żeby tak samo było wiosną. Jednym z jego rywali jest wspomniany Szysz, który sporo wygrał pod koniec ubiegłego sezonu występem na Legii, ale teraz zmarnował zbyt wiele szans. Trafił co prawda w trzeciej i czwartej kolejce, ale na tym strzelanie zakończył. 18 meczów, ponad 1000 minut na boisku i dwie bramki to naprawdę marny dorobek. Nie ma co go skreślać, nie ulega jednak wątpliwości, że musi nadrabiać, jego akcje spadły do punktu wyjścia. Jeżeli on odpali, straci na tym Białek i odwrotnie. Zmieszczenie ich razem w składzie wydaje się niemożliwe. Sevela pod koniec jesieni spróbował Szysza na skrzydle (mecz z Arką) i efekt był więcej niż słaby. Teoretycznie obu może pogodzić Olaf Nowak, wracający do „Miedziowych” po bezsensownym wypożyczeniu do Wisły Płock. Wiosną strzelił pięć razy dla spadającego Zagłębia Sosnowiec, lecz podobnie jak Szysz, musi dziś wyjść z dołka.

Podobno bliski zamienienia Wisły Płock na Śląsk Wrocław jest Oskar Zawada. Byłby to o tyle zaskakujący transfer, że lepszy klub bierze od słabszego gościa, który w minionej rundzie głównie grzał ławę. W przypadku Zawady jedynym pozytywnym punktem zaczepienia także jest wiosna 2018 i pięć goli z tego okresu. Jemu 1 lutego stukną już 24 lata, więc nawet określenie „perspektywiczny” niedługo przestanie być aktualne. Zbliża się ostatni dzwonek na wystrzał formy.

Jeśli nie ktoś z tej czwórki, to kto? Paweł Tomczyk rokowałby, pod warunkiem, że znów odejdzie z Lecha Poznań, bo dopóki przy Bułgarskiej będzie Gytkjaer, placu raczej sobie nie wywalczy. Urodzony w 2003 roku Wiślak Aleksander Buksa strzelił już efektownego gola w Białymstoku, ale on chyba nadal potrzebuje nieco dłuższego wdrażania się w seniorskie kopanie, podobnie jak Maciej Rosołek w Legii Warszawa. I na tym lista w zasadzie się kończy, przynajmniej jeśli chodzi o nazwiska, które już choćby odrobinę nam się pokazały.

Zawsze można liczyć na to, że ktoś nagle wystrzeli bez ostrzeżenia, jak Białek w Lubinie. Gorzej, że gdyby kluby Ekstraklasy chciały poszukać w niższych ligach, wybór również mocno ograniczony. W I lidze liderem snajperskiej klasyfikacji jest 21-latek, tyle że z Afganistanu i nie ma przypadku, że Omara Haydarego łączono już chyba z połową ekstraklasowych ekip. Patrząc pod kątem kryteriów „młody Polak z obiecującym dorobkiem bramkowym” godny zainteresowania jest tylko Gracjan Jaroch z Warty Poznań (siedem goli). W II lidze podobnie. Poza mającym dziewięć trafień Karolem Czubakiem z Bytovii – posucha.

Lukę po Niezgodzie, Buksie i Klimali ktoś wypełni, bo inaczej być nie może, nawet najsłabsza liga zawsze ma swoje gwiazdy, ale aktualnie niewiele wskazuje, żeby od razu zrobili to inni Polacy. Na to chyba trochę poczekamy.

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (8)