Kolejne wzmocnienie Rakowa: Kolew odszedł z klubu
Weszło

Kolejne wzmocnienie Rakowa: Kolew odszedł z klubu

Raków to bodaj najaktywniejszy klub na polskim rynku transferowym. W czasie, gdy wiele zespołów śpi, częstochowianie wzmacniają się – albo przynajmniej próbują się wzmacniać – kolejnymi nazwiskami. Przyszli w końcu Tudor, Poletanović, Tijanić i Mikołajewski, trwają starania o wcześniejsze ściągnięcie Gutkovskisa. A dziś ogłoszono kolejne wzmocnienie!

Mianowicie Aleksandar Kolew odszedł z klubu.

Razem z Dawidem Szymonowiczem, z którym też rozwiązano kontrakt, ale Szymonowicz to nie jest bohater naszych czasów, natomiast Kolew zdecydowanie tak. Trzeba mieć bowiem niezwykły dar, by wozić się w jednym środowisku piłkarskim przez cztery kluby, a przy tym niezbyt potrafić grać w piłkę. Teraz tylko wypada się zastanowić: czy to dar Kolewa, że ma taki urok, czy to dar niegospodarności polskich klubów.

Jeszcze rozumiemy Sandecję, że na chłopaka się skusiła, bo w pierwszej lidze wyglądał całkiem nieźle. 15 meczów, siedem bramek, można go było spróbować, jeśli jest się beniaminkiem bez większych finansowych perspektyw. No, ale w Nowym Sączu nie wypalił. Niby strzelił znów siedem goli, tyle że przez cały sezon i łatwo było zauważyć, że nawet niewysoki – delikatnie mówiąc – poziom Ekstraklasy go przerasta. Klocowaty chłop, bez większej techniki, który parę razy błysnął, bo dostawił szuflę. Jednak budować na nim jakąkolwiek przyszłość klubu i dobre wyniki… Karkołomne.

Mimo to wziął go do siebie Zbigniew Smółka, który pracował z Kolewem w Mielcu, a że Smółka w pewnym momencie uwierzył w swoją wielkość i umiejętność zrobienia z każdego piłkarza kozaka, to zaprosił Bułgara do Gdyni. To było ciekawe, ponieważ za Smółki gdynianie mieli odejść od stylu proponowanego przez Ojrzyńskiego i grać ładną piłkę, przyciągając kibiców na trybuny. Że Kolew pasował do takiej koncepcji jak pięść do nosa, wiedzieli wszyscy, ale nie chciał przyjąć tego do wiadomości trener.

kolew

Kolew w Gdyni oczywiście zawodził, natomiast szkoleniowiec bronił go jak niepodległości, wskazując na przykład to, że Bułgar dobrze główkuje przy stałych fragmentach gry. W defensywie. Dziwna linia argumentów, przyznajmy, może trzeba było więc zrobić z Kolewa stopera, a nie napastnika, tak się zastanawialiśmy, natomiast Smółka kochał siebie z wzajemnością i dalej stawiał na swojego wybranka.

Nie zliczymy ile główek we własnej szesnastce wygrał Kolew, zapewne było ich od groma, natomiast w szesnastce rywala przyciąganie ziemskie było już chyba bardziej upierdliwe, bo napastnik przez cały sezon strzelił jedną bramkę. Jasne, miał po drodze urazy, ale jeśli ktoś chciałby stawiać pieniądze, że bez nich dorobek piłkarza byłby na przykład potrojony (cóż to byłby wówczas za rezultat!), ma w sobie nie tyle, że nutkę hazardzisty, tylko całą symfonię.

Przyszedł Jacek Zieliński, najwyraźniej stwierdził „dajcie spokój” i myśleliśmy, że Kolew wyjedzie. Nie z Gdyni, a z Polski. Zbyt długo tu był, by nie zauważyć jego karykaturalności. Niestety: znalazł się Raków. Papszun ceni napastników o takich warunkach fizycznych, którzy zrobią miejsce z przodu, utrzymają się przy piłce i tak dalej. Ale ostatecznie i Papszun nie szukał ludzi do remontu, tylko do grania w piłkę. Forbes mógł więc się sprawdzić, bo jest choć trochę pojętny, natomiast Kolew nie mógł się sprawdzić, gdyż pojętny nie jest w ogóle.

0 goli w lidze, jeden w Pucharze Polski. Ofiarą zawsze groźna Olimpia Elbląg.

Teraz Kolewa pożegnali i cóż, mamy nadzieję, że nie znajdzie się kolejny klub w Polsce, który stwierdzi „a może…”. Nie, nie da się zrobić z Kolewa solidnej wieży, odgrywającego, mogącego wspierać na przykład mniejszego napastnika. Nie da się i już. Kolew nie potrafi grać w piłkę na przyzwoitym poziomie, a Ekstraklasa czasem przyzwoitości wymaga.

To jest życzliwa rada od nas. Darmowa. Natomiast Kolew za darmo grać nie będzie. Nie zgodzi się też na kontrakt oparty o bramkowe premie.

Z prostego powodu: chodziłby głodny.

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (5)