Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Nie zdarzyło się w piłce w ostatnim tygodniu nic, o czym chciałbym wam opowiedzieć, nie zdarzyło się nic, co poruszyłoby mi na twarzy choćby jeden nerw, ale szczęśliwie dzięki świątecznemu urlopowi śledziłem pewien arcypolski turniej jakby znowu był 2000 rok.

Oczywiście mówię o Turnieju Czterech Skoczni, zawodach prapolskich, wszyscy wiemy z jakimi związane są rytuałami, wszyscy mamy zabłąkane w pamięci zawody znad sałatki jarzynowej, znad herbaty w koszyczkach i ciocinego jabłecznika; zawody wplecione pomiędzy dyskusje polityczne z wujem z daleka, zawody zakłócające skokami naszych pytania „a kręci się wokół ciebie jakaś panna”, „w której już jesteś klasie”, „ile ci pali ten diesel”; później były to, nie ukrywajmy, częściej zawody widmowe, bo akurat dzień wcześniej świąteczne wolne wykorzystywało się w sposób wyjściowy, ale też przyczyna potrafiła być prozaiczna: żar do skoków się wypalał, obejrzeć coś można było z rodziną bez bólu, ale żeby to przeżywać jak telenowelę?

Nie bardzo.

Nie mam nic przeciwko skokom, prawie każda nacja świata ma swoje sportowe specjalizacje, od USA, ich futbolu amerykańskiego i baseballu, przez holenderskich panczenistów, po buzkaszi, czyli tradycyjnego na ziemiach afgańskich polo kozłem z obciętą głową (dawniej używało się do gry niewolnika); nie widzę powodu by te narodowe specjalizacje deprecjonować, oczywiście nie ma ich co też przeceniać, ale Polacy w swoim zainteresowaniu skokami ze względu na sukcesy nie są żadnym wyjątkiem, panczeny w Holandii – jeszcze wolno tak pisać? – nie stały się przecież popularne dlatego, że zdaniem Holendrów były takie fajne, tylko dlatego, że byli w nich dobrzy.

To najstarszy sportowy schemat świata.

Ale nie ukrywam, choć noszę w sobie wszystkie te same tropy skoków co każdy Polak, choć zbudzony w środku nocy mógłbym wymienić przynajmniej dwudziestu skoczków z sezonu 00/01, choć razem z Tajnerem złapałem się za głowę po skoku Małysza w Willingen, choć do dziś uważam DSJ za wielce przyjemną grę towarzyską, choć wiem jakiego tajemnego słownika dotyczą zwroty takie jak „Panują tutaj niemalże arktyczne warunki, przenikliwe zimno, ale nie odstrasza to prawdziwych fanów skoków narciarskich”, czy „Przez lata był na ustach wszystkich i ta sława stała się dla niego całym światem”, tak fanem skoków poza Małyszomanią nie zostałem.

Już w późniejszych sezonach miałem zawsze przynajmniej mgliste pojęcie jak Adamowi idzie, ale co weekend do pucharów świata nie zasiadałem.

Dziś moja ignorancja, moje oddalenie od skoków, najlepiej uzmysławia mi zdziwienie, gdy słyszę ile osiągnął Kamil Stoch, jak przebił Małysza w tym, tamtym, i jeszcze kolejnym; cenię go bardzo, błądzi ten, kto mówi, że ma obecnie słaby rok, bo Stoch jako zagorzały fan Liverpoolu jest aktualnie co tydzień w niebie, ale ja na jego erę się nie załapałem, już z tego prawie nic nie oglądałem; docierały do mnie jakieś echa, ale w sumie nie bardzo, niczego – by tak rzec – uczciwie z tego nie przeżyłem.

Ze względu na urlop i pobyt u teściów obejrzałem jednak wszystkie konkursy TCS i był to pierwszy prawdziwy powrót do skoków w takim rozumieniu, że się siada, że się na następny konkurs nawet czeka, bo jest się go ciekawym, a nie że się akurat napatoczy i niech sobie leci, bo na innych kanałach mało zajmujące powtórki.

Wnioski po takim powrocie?

Nic się nie zmieniło: było fajnie, ale kołem zamachowym zainteresowania sukces Polaka, jest jasne, że gdyby nie Kubacki, nie wywołałoby to we mnie nawet cienia emocji; jestem nawet nie Januszem, a arcyjanuszem skoków, na pewno są gdzieś ludzie, którzy emocjonowaliby się w wielkim stopniu tym czy wygra Geiger czy Kobayashi, tak jak emocjonuje się Ligą Mistrzów bez polskich akcentów, ale ja do nich nie należę i jednak podejrzewam, że większość do nich nie należy – znakomicie dla polskich skoków zazębiły się sukcesy Małysza z sukcesami Stocha, ale czytam, że mamy najstarszą kadrę z całej czołówki, a te młode talenty coś nie naciskają, skoro najmłodszym ostatnio jest Klemens Murańka, o którym słyszałem nawet ja dziesięć lat temu.

Nic się nie zmieniło: największy zarzut jaki można mieć do skoków to oczywiście wiatr, tutaj bodajże trzeci turniej był loteriadą, kto się załapał na fatalne warunki nie miał szans i koniec; zastanawiałem się co musi myśleć taki Kobayashi, chyba bezsprzecznie obecnie najlepszy w tej dyscyplinie, który wie, że skoczył dobrze, że zrobił co mógł, że więcej się nie dało, ale akurat nie powiało i koniec, turniej w plecy; czy idzie się na to uodpornić uprawiając tę dyscyplinę? Czy jednak poczucie niesprawiedliwości pozostaje takie samo bez względu na okoliczności? TCS akurat jest o tyle dobry, że jednak bierze chociaż przekrój czterech turniejów, przypadku zawsze mniej; zawsze trafiało do mnie, gdy ktoś mówił, że najbardziej ceni Puchar Świata, bo to równa forma przez cały rok, tymczasem na piedestale są jednak mistrzostwa świata, a Dawid Kubacki akurat najlepiej wie jakie potrafią być losy jednego turnieju, choć on akurat zna ten przekorny los od najlepszej możliwej strony.

Z punktu widzenia dziennikarskiego myślałem o tym, jak w sumie mniej trzeba wysiłku, by znać skoki na wylot. Nie zrozumcie mnie źle, ostatnie co chcę, to jakiegoś wartościowania pomiędzy dyscyplinami, wszyscy robimy w tym samym, piszemy o sporcie, czyli o rozrywce, nie ma w tym nic wielkiego, czy się pisze o futbolu, czy o buzkaszi, jest różnica skali, zasada ta sama. Ale aby znać skoki na wylot trzeba obejrzeć dwa konkursy w weekend, nazwisk do śledzenia jest około kilkadziesiąt, w praktyce może ze dwadzieścia istotnych; to liczba postaci jednej ligowej szatni. Aby znać na wyrywki samą Ekstraklasę, trzeba poświęcić ze dwadzieścia godzin w weekend na Ekstraklasę, a jeszcze śledzić pilnie co tam jak tam na zapleczu, co tam w klubach, a przecież mogą się przydarzyć puchary; aby śledzić futbol jako całość, jest to niewykonalne, dołożenie sobie drugiej ligi, w której będzie się dobrze zaznajomionym, to już spory czasowy wysiłek.

Myślę jednak, że to właśnie wielki atut skoków, to pomogło uczynić skoki takim fenomenem. Są lekkie w odbiorze, nawet jeśli chce się zostać ekspertem. To jak śledzić uważnie losy jednej drużyny piłkarskiej, tylko tutaj rozciągnięte na całą dyscyplinę. Do tego stanowią synonim nieskomplikowania, czytelne zasady. Facet skacze daleko – no to wygrał. Wszyscy skaczą jeden po drugim – wszystko podane jak na dłoni, każdy złapie o co chodzi i o co kto się bije, co w piłce nożnej nie jest tak oczywiste; myślę, że wiele meczów Ekstraklasy w TVP jest w oczach szerokiej widowni trochę jak królik z kapelusza – nikną pozbawione kontekstu, są niezrozumiałe, film z jakąś fabułą, bo każdy mecz ma taką, ale z nieczytelnymi stawkami.

Jedno tylko w skokach pozostaje dla mnie niewiadomą, a mianowicie oceny za styl. Są tam jakieś odchylenia, ale generalnie można to spłycić do: daleko skoczył, ładny skok, krótko skoczył, brzydki skok. To ma sens w tym kontekście, że owszem, aby skoczyć daleko, trzeba go wykonać nienagannie technicznie. Rozumiem narrację. Ale były skoki choćby wspomnianego Kobayashiego, który ewidentnie przegrał tylko z wiatrem, nie ze sobą czy techniką, a noty są słabe.

Rozumiem, że tak to jest zapisane regulaminowo, to jest jakoś tam usankcjonowane, ale do mnie to może równie dobrze nie trafiać.

Masz najbardziej możliwą wymierną dyscyplinę, skoki narciarskie – po prostu kto dalej – a tak kombinujesz. Jeszcze punkty za wiatr trzymają się kupy, jakaś próba nadrabiania niesprawiedliwości, ale to? W żadnym calu.

Leszek Milewski

Fot. NewsPix

KOMENTARZE (16)