Felieton: Cholewiak w Legii? Serio? Serio, serio
Weszło

Felieton: Cholewiak w Legii? Serio? Serio, serio

Obserwuję reakcje, jakie wywołał transfer Mateusza Cholewiaka do Legii. I widzę mieszankę zdziwienia, oburzenia i szyderki. Wiele osób zadaje pytania: ale jak to? Cholewiak do Legii? Rezerwowy Śląska do drużyny walczącej o mistrzostwo? Serio?

Serio, serio. Właśnie, że Cholewiak. Ten sam, który w Śląsku Wrocław rozegrał 587 minut na 1800 możliwych, a więc był na placu gry przez około 33% możliwego czasu.

I co więcej – to całkiem logiczny transfer.

Jeśli zastosujemy pewne uproszczenie, możemy podzielić transfery na trzy grupy. Pierwsza – ściągnięcie piłkarza, który ma podnieść poziom pierwszego zespołu (modelowy przykład – Luquinhas). Druga – sprowadzenie młodego zawodnika, który w perspektywie kilku lat ma zostać wytransferowany (modelowy przykład – Walukiewicz). Trzecia, będąca przedmiotem dyskusji – uzupełnienie składu. Modelowy przykład – Arkadiusz Malarz do Legii.   

Wtedy też wielu pytało: gdzie sens w płaceniu za 35-letniego bramkarza, który idzie na ławkę?

Malarz przyszedł do Legii głównie po to, by lepiej naciskać na Dusana Kuciaka niż Łukasz Budziłek i zabezpieczyć bramkę w przypadku, gdy Słowak złapie kontuzję. Jak wyszło – wszyscy wiemy. Znacznie lepiej, niż zakładały wszystkie strony.

Nie twierdzę, że Cholewiaka czeka w Legii podobna przyszłość, ale to wbrew pozorom identyczny transfer. Cholewiak przychodzi po to, by zabezpieczyć Legię na wypadek kontuzji, stanowić alternatywę dla Karbownika, poszarpać przez dwa kwadranse wchodząc na skrzydło z ławki. I wierzcie mi, że każdy klub chciałby zawodnika, który…

a) zapewni solidny poziom na lewej obronie,
b) zapewni solidny poziom na obu skrzydłach,
c) zapewni solidny poziom na ataku,
d) nie będzie przy tym stroił fochów i zaakceptuje rolę rezerwowego.

Zresztą głupio byłoby, gdyby Cholewiak na tę rolę kręcił nosem – Legia musiała podczas rozmów transferowych wyłożyć kawę na ławę i jasno określić jego rolę.

Sam Cholewiak idealnie wpisuje się w definicję “piłkarza uniwersalnego”. Takiego, co raczej nigdzie wielkiej furory nie zrobi, ale wszędzie zagwarantuje przyzwoity, ligowy poziom. Łatka uniwersalnego to często przekleństwo piłkarza – bo rzadko ma okazję grać tam, gdzie chciałby i jest rzucany po pozycjach. Ale w niektórych przypadkach to jego zbawienie – i tak jest właśnie z Cholewiakiem. Można odpowiedzieć sobie na pytanie: czy Cholewiak trafiłby do Legii, gdyby był rozpatrywany np. tylko jako lewy obrońca?

Są powody, by twierdzić, że jednak nie. A tymczasem ma okazję sprawdzić się w drużynie lidera, który – możemy się oburzać albo zakłamywać fakty, ale nie byłoby to uczciwe – jest ziemią obiecaną dla większości ligowców bez perspektyw na dobry transfer zagraniczny.

Ściągnięcie Cholewiaka ma też inny wymiar – jeśli będzie w stanie zabezpieczyć lewą obronę, kto wie, czy Michał Karbownik nie dostanie więcej szans w środku pola. Mariusz Piekarski słusznie apeluje o wystawianie zawodnika ze swojej stajni na docelowej pozycji. Oczywiście, Karbownik zaliczył spektakularne wejście w ligę i na lewej obronie wygląda świetnie, ale rynek transferowy ma swoje zasady – konieczność operowania prawą nogą na lewej stronie defensywy utrudnia negocjacje wielkiego transferu. Jasne, nawet mimo tego faktu jest w stanie odejść do topowego zespołu, ale…

a) liczba potencjalnych klubów w jakimś procencie się zawęża,
b) Legia może zarobić na zawodniku mniej – nabywca musi się ugiąć i zaakceptować pewien defekt.

Zdziwienie kibiców transferem Cholewiaka bierze się stąd, że Legia to najbardziej medialny klub w Polsce, a od najbardziej medialnych klubów wymaga się najgłośniejszych transferów. Identyczna atmosfera panowała w momencie, gdy Lech Poznań sięgnął po Tomasza Cywkę. Problem w tym, że nie miał być żadnym zbawieniem „Kolejorza”, tak samo jak Cholewiak nie zbawi Legii. Mimo to do Cywki łatka pod tytułem “aha, czyli to tak teraz będzie wyglądać nasza polityka transferowa?”.

Łatkę potęgował  fakt, że Lech w tamtym momencie po prostu potrzebował rewolucji kadrowej, która przyszła dopiero po sezonie. Szczęściem odbioru Cholewiaka w Legii jest to, że mało kto w Warszawie czeka na wielkie transfery. Po pierwsze dlatego, że kadra wygląda bardzo mocno i spokojnie jest w stanie wygrać ligę. Po drugie – kibice zdają sobie sprawę, że to nie czas na szastanie forsą. Gdyby jednak Legia ściągnęła Cholewiaka latem, chwilę po szalenie efektownych bojach w eliminacjach do Ligi Europy, w reakcjach kibiców wyjątkowo często pojawiałaby się płacząca ze śmiechu emotka. 

Może to mało ekskluzywny transfer, ale tacy piłkarze też są potrzebni. Dlatego zanim zaczniecie wyśmiewać Legię, odpowiedzcie sobie na pytanie…

A może wolałbym drugiego Luisa Rochę?

Albo, nie daj Boże, Ivana Obradovicia?

Każdy zawodnik przychodzący do Ekstraklasy ma jakiś defekt. Problem w odbiorze transferu Cholewiaka polega na tym, że my już te defekty doskonale znamy. W przypadku obcokrajowców z bliżej nieznanych klubów – defekty poznajemy dopiero po kilku kolejkach.

JAKUB BIAŁEK

Fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (28)