Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ


Tak się kapitalnie kalendarz ułożył, że to mnie, autorowi środowych tekstów, w udziale przypada obowiązek złożenia noworocznych życzeń. Latami zastanawiałem się nad idealną formułą i od paru ładnych okazji mam mniej więcej gotowe uniwersalne i proste: zdrowia, pieniędzy i szczęścia, oczywiście w tej kolejności. Nie chcę przywoływać tej doskonale znanej opowiastki o tym, że ludzie na Titanicu byli w pełni zdrowi, z kolei cmentarze są pełne ludzi obrzydliwie bogatych, ale generalnie: jak te trzy czynniki was w 2020 roku nie zawiodą, to wszystko powinno być w miarę okej. 

Natomiast widzę po sobie, człowieku raczej zdrowym, posiadającym niezwykłe pokłady zwykłego życiowego farta oraz szynkę w lodówce, że są jeszcze przynajmniej dwie bardzo ważne rzeczy, o których warto wspomnieć.

Zwłaszcza, że mamy idealny czas, by jak na dłoni je dojrzeć – każdy w końcu wykonuje jakieś podsumowania 2019 roku, każdy ma mniejsze czy większe, bardziej czy mniej konkretne plany na rok 2020.

Pierwsza sprawa, żeby mieć już za sobą obowiązkowe wspomnienie o ŁKS-ie. Moi drodzy, pamiętajcie o dobrych chwilach dłużej, niż trzydzieści sekund. Obracam się wśród kibiców klubu, który 2015 rok kończył na piłkarskim IV poziomie rozgrywkowym i siatkarskim zapleczu najwyższej ligi. 2019 rok to powrót piłkarzy do elity po 7 długich latach oraz wyczekane i wymodlone mistrzostwo Polski w wykonaniu siatkarek. Do tego duże inwestycje w bazę treningową oraz decyzja, a następnie wjazd koparek, które zwiastowały: idą kolejne trzy trybuny. Tymczasem nastroje w połowie grudnia, jakby klub umierał na wszystkich frontach. Naprawdę, dopiero teraz, oglądając kolaże zdjęć z 2019 roku widać jak na dłoni, jak wspaniałe dla ełkaesiaków było to minione 12 miesięcy. Właściwie trudno nawet wskazać, kiedy ŁKS miał lepszy rok. 1958 na pewno, pewnie 1998, gdy sukcesy odnosili piłkarze i koszykarki. Ale poza tym? Mistrzostwo, awans, stadion w jednym roku. Niewielu pewnie o tym marzyło w styczniu.

To oczywiście przykład sportowy, czyli z kategorii „najważniejsza z rzeczy nieważnych”. Ale widzę to w życiu praktycznie każdego dnia. Z podwyżki cieszymy się mniej więcej dwukrotnie, przy trzecim przelewie już powszednieje. Wakacyjna beztroska kończy się praktycznie na dwa dni przed powrotem do domu, bo przecież już trzeba planować pakowanie walizek i przejazd najszybszą trasą. Porażki rozpamiętujemy latami, sukcesy świętujemy parę dni i o nich kompletnie zapominamy. To tyczy się rzeczy największych, jak ważne daty z historii naszego państwa, i tych zupełnie najmniejszych, jak wisielczy humor w niedzielny wieczór, choć przecież za nami naprawdę kapitalnie spędzony rodzinny weekend.

Życzę więc wszystkim, sobie oczywiście również, byśmy potrafili się naprawdę cieszyć. Z małych, dużych, ogromnych rzeczy – bez różnicy, byle naprawdę się cieszyć.

Druga sprawa… Ech, może najpierw tło, mocno samobiczujące.

Orlikowa gierka, 20.23, akurat moja zmiana, schodzę na 5 minut do linii. No to zerknijmy, przecież Liga Mistrzów gra. Livescore, strzelcy, może jeszcze okazje. A co tam się dzieje ciekawego na Twitterze? Może jeszcze Facebook, Instagram. Wchodzę z powrotem, wiem jaki jest wynik w ośmiu spotkaniach w europejskich pucharach, wiem jak radzą sobie Bielik, Grosicki i Klich w swoich spotkaniach w Championship, ale nie wiem jaki jest wynik w tej ważniejszej gierce, gdzie przecież rywalami są żywi ludzie, moi kumple, których powinienem teraz obrażać, jeśli przegrywają, albo zbywać ironicznymi komentarzami, jeśli jakimś cudem prowadzą.

Tzw. figloraj. Biegamy z młodym po tych wszystkich atrakcjach, zjeżdżalnie, basen z kulkami, jakieś liany. Synek, wejdź i zjedź sam, ja tu tylko zerknę jedną rzecz. W sumie po co? Dlaczego właściwie zadaję pytanie „po co” dopiero teraz, a nie tam, w sali zabaw? W każdym razie wyjmuję smartfona i znowu zerkam, czy czasem świat nie zapłonął. Gdzieś tam płonie, coś dzieje się w polityce, coś dzieje się w sporcie, ktoś wykonał jakiś transfer, ale przez te 60 sekund z nosem w telefonie nie dowiedziałem się niczego, co nie mogłoby zaczekać. A straciłem całą minutę zabawy z kimś, kto jest w moim życiu o wiele ważniejszy, niż Erling Haaland i jego bluza podczas podpisania kontraktu.

Restauracja. Kino. Gotowanie w domu. Bardzo konkretne zjawisko, już nazwane, diagnozowane, pewnie nawet gdzieniegdzie leczone: fear of missing out. Lęk przed tym, że coś cię ominie. Że zatracisz się w zabawie i nagle okaże się, że w międzyczasie Lewandowski strzelił cztery gole Crvenej Zveździe. Że zatracisz się w oglądaniu Lewandowskiego przeciw Crvenej Zveździe, a w międzyczasie Ajax zagra z Chelsea na 4:4. Że skupisz się na jednej czynności, na jednym wydarzeniu, zamiast kontrolować pobieżnie setki, na Twitterze, Livescorze, czy jeszcze w innym miejscu.

Kiedyś tłumaczyłem sobie, że taka praca. Wypadałoby znać memy, wiedzieć kto i z kim zaplatał dredy na psie, znać podstawowe pozycje książkowe z półki jesieniary. Nie piszę celowo o wynikach, strzelcach, kartkach i notach, bo to oczywiste – trzeba kumać, że ten rudy z Newcastle ma talent i szczęście do Manchesteru United, trzeba wiedzieć, jaką relację na Instagramie wstawił ostatnio Ramos, no i oczywiście potrafić zacytować, albo chociaż opowiedzieć własnymi słowami, co przekazał mediom na ostatniej konferencji wiceprezes Probierz.

Ale czy naprawdę to jest tylko praca? Tak, lajki na Twitterze, które były do zdobycia błyskotliwym komentarzem kilka sekund po bramce zginęły bezpowrotnie. Nikt nam jednak za lajki nie płaci, nikt nam też nie płaci za to, że raz na dwa miesiące wrzucimy do tekstu świeżego mema. Poza tym przecież pomiędzy zamknięciem się w zakonnej celi z dostępem wyłącznie do chleba, wody i transmisji z Ekstraklasy a śledzeniem Twittera przez 18 godzin na dobę jest spora przestrzeń.

Stąd też ostatnia z rzeczy, których chciałbym życzyć na nowy rok. Niech was dużo rzeczy ominie. Niech was ominą niektóre gównoburze, z którymi wcale nie musicie być na bieżąco. Niektóre spory polityczne czy społeczne, na które i tak nie macie żadnego wpływu. Niektóre żarty, które i tak zapomnicie po sekundzie, niektóre mecze, których wynik nie jest wam do niczego potrzebny. Być może jeśli różne rzeczy zaczną was omijać, wy sami nie ominiecie tego, co w życiu najważniejsze.

Nie jestem głupi, nie apeluję tutaj o odłożenie smartfona. Podczas pisania tego tekstu sprawdziłem Twittera z osiemnaście razy, rzuciłem też okiem na Wykop, Discord, Instagram i fejsa.

Po prostu czasem, gdy sięgnięcie ręką do kieszeni podczas kolacji z rodziną, spaceru z dzieckiem czy spotkania ze znajomymi, zapytajcie samych siebie: po co?

No i jeszcze raz zdrowia, pieniędzy i szczęścia, w tej kolejności. Sami wiecie, Titanic, cmentarze.

KOMENTARZE (7)