Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Chciałbym napisać: wspaniały był to piłkarski rok, nie zapomnę go nigdy. Ale jeśli jesteś ultrasem polskiej piłki, więcej jest jednak do zapominania niż pamiętania.

Mamy jednak święta, nastroje wahają się od pogodnych do bardzo pogodnych, spróbujmy więc dla odmiany zwrócić dziś uwagę na to, co w 2019 było, zwyczajnie, dobre.

***

Dobry był jesienią Lewandowski. Nieśmiertelna wewnątrzweszlacka anegdota: pewien mało ekskluzywny piłkarsko poniedziałek, do rozdania jeszcze mecz Bayernu z Wolfsburgiem, w dodatku mecz Bayernu z Wolfsburgiem bez Lewego w pierwszym składzie. Dostaję propozycję, by ten mecz obejrzeć – pasuję, wybieram coś innego, obowiązek spada na Kubę Olkiewicza.

To oczywiście ten mecz – ten, w którym Lewy strzelił pięć bramek w dziewięć minut. Obejrzenie tego na żywo i w kolorze jest czymś nie do powtórzenia, a na co nie tylko się nie załapałem.

Ta jesień stanowiła swoistą rekompensatę – oczywiście na ile wierną, na tyle są w stanie powiedzieć tylko ci, którzy na tamte dziewięć minut się załapali, ale miałem wrażenie, że cała jesień ma posmak tamtych dziewięciu minut, Lewy strzelał, strzelał i jeszcze raz strzelał, ba, Lewy nawet przyjąć piłkę potrafił tak, że mówił o tym cały świat.

A przecież to mój rówieśnik, więc za chwilę będzie mu szedł dumny trzydziesty drugi rok. Tymczasem on wciąż wydaje się tylko lepszy.

Jak tak dalej pójdzie swój szczyt osiągnie gdzieś po pięćdziesiątce.

***

Dobry był Jacek Góralski. Ja wiem, że jego sytuacja w reprezentacji wciąż nie jest pewna, kto wie jak to się ułoży, ja  wiem, że mógłby grać więcej w Łudogorcu. Ale Góral to taki piłkarz, któremu trudno nie kibicować. A też według mnie trochę oderwał łatkę gościa, który daje tylko wślizg – oczywiście było trochę żartów, gdy nawet bramkę strzelił w kadrze wślizgiem, ale moim zdaniem cały poza wślizgowo-jeżdżącynadupie arsenał Górala jest lekceważony, spłycany, wręcz stereotypizowany, a ma do zaoferowania sporo.

Choć oczywiście nie mam zamiaru robić z Góralskiego Andrei Pirlo. Gra jednak swoje i takiego człowieka jak on brakowało nam w środku. Stawialiśmy obok Krychowiaka na – by tak rzec – grających bardziej elegancko piłkarzy i jakoś efektu nie było widać.

Teraz efekty są, Krycha, inny wygrany ostatnich miesięcy, też może chętniej ruszyć do przodu, co wychodzi mu jak nigdy.

***

Dobry był Rafał Gikiewicz: najpierw awans, potem wreszcie regularne granie w Bundeslidze, wygrane derby Berlina, na których był bohaterem nie tylko z boiska, bo uspokajał kiboli swojego zespołu, a wszystko puentuje – jeśli dobrze ostatnio sprawdzałem – najlepsza średnia not Kickera w Bundeslidze jeśli chodzi o bramkarzy.

To nieoczywista historia sukcesu, takie lubię najbardziej – te supertalenty przerastające wszystkich innych, od razu wskakujące na szczyt, oczywiście, można ich podziwiać, to jest sam kunszt. Ale bardziej do mnie przemawia sytuacja, w której ktoś wyjeżdża ze słabą kartą przetargową, gdy nawet jego dobre mecze nie są tak doceniane jak być mogły, gdy po wymarzonym transferze rzeczywistość okazuje się nie do końca taka, na jaką liczył – to wszystko było udziałem Gikiego, nawet PESEL nie działał już na jego korzyść, choć wiadomo, że przy bramkarzach ma mniej do gadania.

A jednak Rafał Gikiewicz tej jesieni wszystkim, którzy wątpili, udowodnił ile jest wart.

***

Dobry był wiosną Piast Gliwice. Oczywiście nie pudrujmy jesieni, skompromitował się w pucharach, porażka z zespołem z Rygi to jeszcze jedna ordynarna klęska, ale nie można odebrać temu zespołowi wiosenno-letnich zasług:

Gdyby jakiś Nostradamus czy inny wróżbita Maciej powiedział nam, że Piast nigdy, przenigdy nie zostanie mistrzem, chyba wielu byłoby skłonnych uwierzyć. To solidny klub, ale przecież na pewno nie wymienialibyśmy go jednym tchem wśród najlepszych. Taki sukces dla nich to wielka rzecz.

Uważam też, że to mistrzostwo paradoksalnie mogło też zadziałać na korzyść największego przegranego pierwszego półrocza w lidze, czyli Legii Warszawa. Legia ślizgnęła się przed rokiem, Furman rzucił osławione „I tak Legia panowie” – trochę wszyscy zaczynaliśmy powoli wierzyć, że OK, liga jest wyrównana, OK, są niezłe ekipy, ale Legia, choć ma tyle problemów, choć tu niedomaga, i tam też, to ostatecznie tę ligę wygrywa. Piast zadziałał jak kubeł zimnej wody, który być może pomógł działaczy zmobilizować, bo i letnie transfery niezłe, i Vuko się obronił.

***

Jeśli chodzi o Legię, za największego wygranego mam jednak Jarka Niezgodę. To skromny chłopak, skupiony na pracy, który po prostu miał mnóstwo pecha w karierze, łapiąc kontuzję za kontuzję. To, że mimo nich zdołał w pewnym momencie błysnąć, miałem za swego rodzaju sukces.

Mógł to być sukces ostatni.

Znacznie lepszych zawodników kontuzje tego rodzaju poskładały.

Niezgoda jeszcze wiosną miewał mecze w III lidze.

Niezgoda jeszcze zeszłej zimy nie wierzył w siebie, w wywiadzie Izy Koprowiak przyznawał, że być może nic z tego nie będzie, być może już nie wróci tam gdzie był.

Otóż wrócił. Pisząc bardzo dobry rozdział w lidze, ale przede wszystkim to rozdział inspirujący dla wszystkich, którzy mają kontuzje – a może i nie tylko dla nich, bo to powrót dość uniwersalny.

***

Dla mnie osobistym powrotem był mecz Widzew – Legia, o którym szerzej pisałem TU – te starcia były dla mnie jednymi z kamieni węgielnych wchodzenia w piłkę. Miło było przeżyć po dwudziestu latach porównywalne emocje do tych, które przeżyłem pierwszy raz w życiu idąc na stadion piłkarski.

Wygrał zespół lepszy, Widzew pokazał charakter – emocji było co nie miara, atmosfera na stadionie wyjątkowa, myślę, że potwierdzi to każdy, kto tam tego dnia był, czy na boisku, czy w sektorze gości, a pewnie i niektórzy przed telewizorem.

Oby jak najwięcej tak ciekawych, emocjonujących meczów, które – jak ten we mnie – będą potrafiły w was zagrać na czułych strunach, tych samych co w czasach, gdy zakochiwaliśmy się w piłce. Czego sobie i państwu życzę.

KOMENTARZE (9)