Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

To taki rodzaj sytuacji, który kumuluje w sobie naprawdę wiele nieznośnych emocji. Bezradność i bezsilność na pewno są na pierwszym planie, ale to też gniew. Rozwianie nadziei. Twój własny ból, ból najbliższych osób. A wszystko to dzieje się przecież dosłownie kilkanaście godzin po tym, jak lewitowałeś gdzieś wysoko nad chodnikami. Im wyżej leciałeś, tym bardziej bolesne było lądowanie. 

Pamiętam doskonale chyba każdą minutę tamtego dnia. Mecz z Radomiakiem w III lidze, SMS od żony jakoś na początku spotkania. Rajd do domu. Rajd z powrotem pod stadion, bo z okien szpitala na Wileńskiej, w którym ja sam przyszedłem na świat, widać było obiekt przy al. Unii 2. Siedząc pod białymi drzwiami gabinetu słyszałem jeszcze rytmiczny doping i pocieszałem się, że na pewno wszystko jest okej.

Bo w sumie tego, że może nie być okej, początkowo w ogóle nie bierze się pod uwagę. Być może ja byłem po prostu naiwniakiem, który nie znał świata, ale sądzę, że takich jak ja istnieje na ziemi więcej. Ludzi nieświadomych zagrożeń, ludzi nieświadomych drogi, na jaką właśnie wkroczyli. Ona wydaje się przecież tak prosta: najpierw pojawiają się te magiczne dwie kreski, potem lekarz potwierdza, że bije serduszko, a potem już rusza cała nawałnica myśli. Nie chcę tutaj wchodzić w jakieś polityczno-ideologiczne kwestie, ale dla ciebie jako przyszłego ojca to przestaje być w tej chwili płód, to staje się mały Aleksy, trochę po Aleksym Rżewskim, trochę po Alku z Kamieni na szaniec. Masz już kupione Lego (takie od 6 lat, 300 klocków), buciki, trzy różne piłki oraz wódkę na pępkowe i naprawdę nie interesuje cię, że to dopiero pierwszy trymestr. W FIFIE w trybie gwiazdy stworzyłem już sobie małego blondasa Aleksego Olkiewicza, którym zdążyłem pograć pół sezonu.

Dopiero zimny głos lekarki, który znam tylko z opowieści żony, wyrywa z tej idylli. „Ja tam, proszę pani, nic nie widzę, możemy poczekać z tym do poniedziałku, no ale nie nastawiałabym się”.

Rozumiem jej punkt widzenia, rozumiem jej frustrację, że ktoś zawraca dupę w sobotę o 18.00, rozumiem, że pewnie wnerwiały ją te śpiewy za szybą. Ale nam się właśnie walił świat.

Gdy czytacie te słowa, jest I dzień Świąt Bożego Narodzenia. Pewnie siedzę właśnie na podłodze z 3-letnim Staszkiem, a w łóżeczku obok leży 2-tygodniowy szkrab Antek. Zgłaszając się na porodówce te dwa tygodnie temu musieliśmy rutynowo odpowiedzieć na parę pytań i jak zwykle potwierdzić: poród drugi, ciąża czwarta, wywiad obciążony.

Nie wiem, ile problemów z takimi parami jak nasza zdążyłem poznać przez te cztery lata, które dzielą nas od feralnego meczu z Radomiakiem, przerwanego wiadomością, że jednak w najbliższym czasie nie będę ojcem. Zaczęło się od tej lekarki, która badała żonę z taką nonszalancją, jakby chodziło o sprawdzenie, czy nie ma zapalenia gardła. Nie chcę jej winić, bo zapewne dla niej to codzienność, ale staram się nakreślić obraz, w jakim położeniu znajdują się tacy niedoszli rodzice. Żona wychodzi z płaczem i zostaje w szpitalu. Gdzie? Cóż, pokój z ciężarnymi, które właśnie przygotowują się do porodu. Co chwila odbierają telefony, cierpliwie tłumaczą rozmówcom: nie, mamo, jeszcze nie rodzę, tak, Asia, Romek skręcił już łóżeczko.

Obok łóżko mojej żony, nie mam pojęcia, dlaczego wówczas nie zwariowała.

Zwłaszcza, że wszystkiemu towarzyszy cały czas niepewność, bezradność i najgorszy rodzaj nadziei – „wie pani, istnieje pewne prawdopodobieństwo, że…”. To zresztą na tyle niezbadany obszar medycyny, że nawet najlepsi fachowcy niewiele mogą powiedzieć. Określone objawy mogą być niepokojące, albo budujące. Brak określonych objawów może być niepokojący, albo budujący. Pewne konkretne wyniki badań mogą być jak najbardziej w normie, by jednocześnie u innego doktora zapalić czerwoną lampkę. „Ten wynik powinien być wyższy, ale to bardzo indywidualna kwestia”. „Tego rodzaju reakcji organizmu nie powinno być, ale ona oczywiście jeszcze o niczym nie świadczy”.

W efekcie jeździsz od lekarza do lekarza i wiesz jeszcze mniej, niż na początku. Jak to człowiek – niby przygotowujesz się na najgorsze, ale po cichu liczysz na najlepsze. I znowu zderzenie ze ścianą. Poniedziałek. Żona po dwóch dniach z ciężarnymi i internetem, przeszukaliśmy cały w poszukiwaniu przypadków jak nasz. Tym razem werdykt wydaje doktor w otoczeniu gromadki studentów na praktykach. „No niestety, proszę pani, drogi słuchaczki, tutaj mamy przypadek ciąży obumarłej”. Te trzy dni były tak wyniszczające psychicznie dla kobiety, że do dziś nie jestem w stanie uwierzyć w dzielność mojej żony. Zwłaszcza, że przecież cały czas zdawaliśmy sobie sprawę: żaden lekarz nie może nic zrobić. Żaden lekarz nie może nawet w pełni zaprzeczyć albo potwierdzić diagnozom, trzeba po prostu czekać bezczynnie, wysłuchując, jak reszta pokoju spiera się, czy lepszy poród naturalny, czy cesarka.

Ze szpitala wracasz do puściuteńkiego domu, uboższego o pochowane w najgłębsze zakamarki zabawki niemowlęce. Na wczesnym etapie przynajmniej nie masz łóżka i przemalowanego pokoju, wracasz do życia po paru dniach. Nie chcę nawet wyobrażać sobie sytuacji tych, których parszywy los dopada na dalszych etapach ciąży.

Co pamiętam później? Proste pytanie: dlaczego się nie cieszysz? Minęło parę miesięcy, znów dwie czerwone kreski, ale tym razem już wiesz, że to nie jest wcale koniec, raczej początek walki. Obciążony wywiad. Trzeba uważać, trzeba obserwować, trzeba sprawdzać. Mieliśmy już wtedy opiekę naprawdę fantastycznego doktora, z którym spotykamy się do dzisiaj, więc odchodził przynajmniej ten irracjonalny lekceważący ton, którego świadkami byliśmy w pierwszej ciąży. Nie zmienia się jednak meritum – doktor niewiele może zrobić w pierwszym trymestrze, zwłaszcza po pierwszym poronieniu. By podjąć jakieś badania, próby diagnozowania, tak naprawdę potrzebne są przynajmniej dwa poronienia, a w tamtym okresie niektórzy sugerowali nam, że komplet refundowanych badań uzyskamy dopiero po trzeciej nieudanej próbie.

Drugie poronienie to cały tragizm pierwszego wzbogacony o coraz bardziej niepokojące pytania. A może po prostu nie możemy? Może się nie da? Może już nigdy, może już do końca będzie nas tylko dwoje. Znów seria spotkań z najróżniejszymi lekarzami, znów bezradność, znów bezsilność, znów ból. Tym razem jest o tyle „łatwiej”, że przynajmniej nie wybierasz jeszcze imienia, rodziców chrzestnych oraz dekoracji nad łóżeczkiem, bo pokora przypomina: uwierzę jak zobaczę.

Nie zobaczyłem.

Tu jest chyba zresztą ten największy problem – już dwukrotnie świat rozsypał się na milion kawałeczków, ale medycznie nadal mieścisz się w granicach normy. To na szczęście zaczyna się zmieniać i śmiem twierdzić, że dzięki temu jest z nami dzisiaj Staszek, ale niektórzy lekarze z którymi spotkaliśmy się na swojej drodze mówili wprost: po trzecim dopiero można coś ustalać.

Dziękuję Bogu, że na naszej drodze stanął doktor, który poustalał po drugim, a pierwszym, które obserwował z bliska.

W dwóch ciążach moja żona przyjęła jakieś pół tysiąca zastrzyków, na obrazku głównym w pudełeczku Lasocki Kids jest ich kilkadziesiąt z ostatnich miesięcy. Nie wiem ile razy byliśmy na USG, ile razy badaliśmy krew i wszystkie inne rzeczy, które da się zbadać. Wiem, że łącznie przez osiemnaście miesięcy wstawaliśmy rano i kładliśmy się spać z jedną myślą: by jutro nadal nie wystąpiły te objawy sprzed roku czy dwóch lat. By kolejny dzień rozpocząć i zakończyć bez wizyty w szpitalu. By brzuch robił się coraz większy.

To było trochę paranoiczne myślenie. W okolicach 24. tygodnia już szukanie w necie wiadomości o dzieciakach, które przyszły na świat właśnie wtedy a nowoczesna medycyna pozwoliła im przetrwać. Potem już celebrowanie każdego kolejnego dnia. Najpierw rośnie prawdopodobieństwo przeżycia. Potem prawdopodobieństwo urodzenia bez żadnych istotnych uszczerbków na zdrowiu. Potem już jesteś gotowy na wcześniaka, na wszelki wypadek masz ciuszki w rozmiarach od 44 do 62.

A potem nagle są Święta Bożego Narodzenia i prezenty trzeba kupić dla obu synów.

Długo się wahałem, czy o tym wszystkim pisać, ale pamiętam, jaki byłem zdezorientowany w tamtym okresie. Rozpaczliwie szukałem jakiegoś wsparcia czy wskazówki, zwłaszcza, że przecież o takich rzeczach raczej nie gada się ze znajomymi. Dopiero później okazało się, że ludzi jak my jest więcej, dużo, dużo więcej. Mierzą się z tymi samymi problemami – odkładaniem ciuszków na strych, telefonowaniem do rodziców, by przekazać najgorsze wiadomości, próbami wytrzymania w szpitalu zapełnionym ciężarnymi radośnie oczekującymi na poród.  Ale przede wszystkim bezsilnością, bezradnością, tą nieznośną świadomością, że w sumie nie da się przewidzieć, co jutro powie lekarz.

Chcę wam tylko napisać, że jestem z wami, trzymam za was kciuki i się modlę każdego dnia. Rodzinnych Świąt.

KOMENTARZE (12)