Marzenia są silniejsze niż głód. Pierwszy wywiad z Fundambu
Weszło Extra

Marzenia są silniejsze niż głód. Pierwszy wywiad z Fundambu

Poznaliście już Merveille’a Fundambu z opowieści i meczów KTS-u. Wiecie, że ma wielki talent. I że wkrótce wyląduje w znacznie lepszym klubie niż KTS. Uznaliśmy, że to dobry moment, by on sam opowiedział o tym, kim jest i skąd pochodzi. W Polsce trenuje już ponad pół roku. I dla niego to bezsprzecznie najbardziej intensywny czas w życiu.

Jeszcze chwilę temu żył w skrajnej biedzie. Grał w klubach, które nie zapewniały nawet wyżywienia. Głodował. Spał w salonie fryzjerskim siostry, by pilnować jej dobytku. Tułał się po Kongo, czekając na szansę. Przez kilka miesięcy żył marzeniem, że w końcu uda mu się trafić do Polski.

I właśnie o tym jest ta rozmowa – o marzeniach. O marzeniach chłopaka, który jechał autobusem na sąsiednią dzielnicę Kinszasy, na której akurat jest prąd, by obejrzeć mecz Ligi Mistrzów. O marzeniach chłopaka, któremu obsługa lotniska każe zapłacić tysiąc dolarów za wejście na pokład samolotu do Europy. Chłopaka, który zostawił wszystko, by zapewnić swojej rodzinie lepsze życie. 

***

Pewnego razu mama poprosiła mnie:

– Znajdź jakieś drzewo i zerwij nam trochę mango.

– Mamo, nie mogę ryzykować. A jak spadnę? Mamo, moje nogi to moje marzenia. To pieniądze dla nas wszystkich na lepsze życie.

Przyjechałem do Polski po to, by zostać wielkim piłkarzem. Od małego chciałem naśladować Andresa Iniestę i grać jak on. Chciałbym, by moje imię też było tak szanowane. Marzę o tym, by zostać takim piłkarzem jak Cristiano Ronaldo czy Leo Messi. By ludzie wymawiali moje imię.

W Kongo trudno marzyć o wielkiej karierze.

Pokochałem piłkę oglądając mecze Ligi Mistrzów. Oglądałem je w domu, ale często na naszej dzielnicy wyłączano prąd. Na mecze Ligi Mistrzów szliśmy z chłopakami do innej dzielnicy, a gdy było daleko – wsiadaliśmy w autobus. Czasami oglądaliśmy mecze u kogoś, ale najczęściej siadaliśmy w barze. Kupowaliśmy z kolegami po soku i piliśmy powoli, czekając, aż mecz się skończy. Od czasu do czasu był z nami Aristote, ale niezbyt często, bo mieszkał daleko ode mnie.

Jak wyglądała twoja gra w Kongo, zanim przyjechałeś do Polski? Na jakim poziomie byłeś?

Trafiłem do reprezentacji narodowej do lat dwudziestu. Po zgrupowaniu pojechałem do AC Ujana Kinszasa, gdzie zaproponowali mi grę w pierwszej lidze, ale nie chciałem tam przechodzić. Potem dostałem zaproszenie od MK Etencheite, gdzie grałem przy osiemdziesięciu tysiącach widzów. Liga się skończyła, zaczynaliśmy od nowa treningi. Pewnego dnia obudziłem się i zobaczyłem, że na telefonie mam wiele nieodebranych połączeń. Oddzwoniłem i usłyszałem, że szuka mnie Adore (człowiek, który pomagał przy ściągnięciu Merveille’a i Arsitote’a do Polski – red.), bo podobno jest dla mnie jakaś propozycja.

Poszedłem porozmawiać z prezesem i usłyszałem, że menedżer z Europy przyjedzie do Kinszasy, żeby mnie obserwować. Pamiętam, że podczas treningu na największym stadionie w Kongo przyszedł Adore z prezesem i zawołali mnie na stronę. Przerwałem trening i zadzwonili na FaceTime do menedżera z Europy, którym był Dominik Ebebenge. Rozmawiali po francusku i tłumaczyli mi wszystko na lingala. Dominik spytał, czy chciałbym przyjechać do Polski, by spróbować zrobić karierę.

Dlaczego nie?

Powiedziałem, że na pewno spełnię jego oczekiwania. Jeśli dostanę możliwość przyjazdu do Polski – na pewno będzie ze mnie zadowolony.

Pośmialiśmy się i zakończyliśmy rozmowę. Czekałem. W międzyczasie dostałem propozycję, by grać w Lubumbashi. To prowincja Kongo. Nie chciałem tam jechać. Tłumaczyłem prezesowi, że jesteśmy po słowie z menedżerem z Polski, więc to nie jest dobry pomysł. On odpowiedział, że nie chce mnie tam sprzedawać, ale będę miał tam możliwość grania. Nie chciałem już grać w MK Etencheite, bo wiele rzeczy nie wyglądało tak, jak na początku. Pojechałem do Lubumbashi. Warunki, które prezes proponował, były kompletnie inne niż to, co zastałem.

Bardzo brudna łazienka, wieś. Problem z jedzeniem…

Cierpiałem.

Problem z jedzeniem?

Tak, klub zapewniał tylko bardzo skromne wyżywienie. Ciężko było znaleźć coś do jedzenia. Czasami znalazłem i zjadłem coś małego, ale to nie to samo, co w domu, u mamy. Nie tyle, ile potrzebuje człowiek. Musiałem sobie radzić. Mama dzwoniła, ale żeby była spokojniejsza mówiłem, że wszystko jest w porządku. Ale było bardzo źle. Pewnego dnia usłyszałem, że zaraz dostaną wszystkie dokumenty i będą mogli mnie zarejestrować. Odmówiłem. Powiedziałem, że nie chcę tam grać. A jeśli ktoś chce, niech przyjedzie ze swoimi dokumentami i podpisze. Ja nie zamierzałem. Chciałem wrócić do Kinszasy.

– Musisz tu zostać – usłyszałem.

– Mogę zostać, ale niczego nie podpiszę. Będę grał tylko w sparingach. 

Gdy byłem w Lubumbashi, Dominik przyleciał do Kinszasy. Dzwonił do mnie i pytał, czy podpisałem jakąś umowę. Ale wiedziałem, że nic nie mogę podpisywać. Byłem w klubie, trenowałem, mecze oglądałem tylko z trybun. Spędziłem tam też święta. 26 grudnia nie wytrzymałem i wróciłem do Kinszasy. Dominik wrócił już do Polski. Dzwonił do mnie i mówił, że nawet jak dostanę jakąś propozycję, mam zostać w Kinszasie i nigdzie nie wyjeżdżać.

WARSZAWA 02.06.2019 PRZEDOSTATNI MECZ KLASY B SEZONU 2018/2019 KTS WESZLO - MARYMONT 1911 WARSZAWA --- MATCH IN CLASS B FUNDAMBU MERVEILLE (WESZLO) FOT. PAWEL WOJCIK/ 400mm.pl

Twój przyjazd do Polski się przedłużał. Dużo czasu zajęło załatwienie formalności, kilka razy pojawiałeś się na lotnisku, ale cię cofano. Co sobie wtedy myślałeś? Cały czas wierzyłeś, że to się uda?

Mieliśmy problemy związane z transportem, paszportem. Pamiętam, że gdy za pierwszym razem mieliśmy już wylatywać, pojechaliśmy na lotnisko i powiedziano nam, że nas nie wpuszczą, bo jest już za późno. A byliśmy kilka godzin przed odlotem. Byłem załamany. To pierwsza informacja, że nie możemy lecieć. Później usłyszałem ich jeszcze kilka. Innym razem usłyszeliśmy, że mamy przyjść na lotnisko za kilka dni i wtedy nas wpuszczą. Adore powtarzał nam, że to widocznie wola Boga, który nie chce, żeby podczas lotu wydarzyło nam się coś złego. Ale zastanawialiśmy się, czy klub KTS będzie płacił za kolejne i kolejne bilety lotnicze i nie zrezygnuje… Baliśmy się tego.

Komplikacji było bardzo dużo. Gdy już przyjechaliśmy na lotnisko w dniu, w którym faktycznie wylecieliśmy, także się pojawiły. Piłkarze są warci pieniądze, więc nie mogą tak po prostu wyjechać z Kongo. Powiedzieli nam na lotnisku, że jak damy im po 1000 dolarów, to nas wpuszczą. Byliśmy w szoku.

Adore kłócił się: – Dlaczego mnie wpuszczacie za darmo, a oni muszą płacić po 1000 dolarów?

On nie był piłkarzem, więc wpuścili go bez problemów. Dziwiliśmy się, jak to jest, że on może lecieć, a my nie. Adore zaproponował, że on zostanie i w ogóle nie wejdzie na lotnisko, ale my musimy lecieć. Nie zgodzili się. Każdy z nas dał wtedy po sto dolarów, które ofiarował nam Adore, i jak już nas wpuszczono, samolot prawie ruszył. Biegliśmy, by zdążyć. Ale zdążyliśmy.

Dolecieliśmy do Angoli, skąd mieliśmy lecieć do Portugalii. Przed wpuszczeniem na lotnisko znowu zaczęły się problemy. Katastrofa! Kiedy chcieliśmy oddać bagaże, wszystko zaczęli komplikować.

– Dlaczego lecicie z Angoli, a nie z Kongo? – pytali.

Byliśmy wtedy już tylko we dwójkę z Aristote, Adore musiał wrócić do Kinszasy, bo skończyła mu się wiza.

W końcu usłyszeliśmy: – Nigdzie nie polecicie. Dlaczego z Angoli? Wróćcie do Kongo i stamtąd polećcie do Polski.

Zadzwoniliśmy do Dominika, który rozmawiał z pracownikami lotniska, ale oni mimo to nie chcieli nas wpuścić. Pytał, czemu komplikują, skoro wszystko jest w porządku. Daliśmy im nawet adresy, gdzie mamy zamieszkać, wpisaliśmy nazwę drużyny KTS Weszło. Mimo to ciągle mówili, że nie możemy lecieć. A czas płynie. I serce pęka.

Spotkaliśmy człowieka, który rozmawiał z nimi, tłumaczył, że wszystko jest dobrze i mają nas wpuścić. Powiedział nam, że na lotniskach pracują sami złodzieje i tylko szukają okazji, by coś dostać. Jeśli nie dasz – nie wpuszczą cię. Chcieli od nas 200 dolarów. Mieliśmy tylko 100, za które mieliśmy kupić jedzenie w Portugalii.

Udało się. Wpuścili nas. Z Aristote pocieszaliśmy się wzajemnie:

– Czasami w Kongo bywało, że nic rano nie zjadłeś, poszedłeś na trening i do wieczora wciąż niczego nie było na talerzu. Zdarzało się jechać na mecz będąc głodnym, nie jedząc od dłuższego czasu. Wytrzymamy. Tyle razy już to przeżywaliśmy.

Marzenia o piłce są silniejsze niż głód. Najważniejsze było dla nas to, by w końcu polecieć.

Później kolejna kontrola. Robili mi i Aristote’owi zdjęcia. Mnie puścili, ale jego zatrzymali. Zaczęli oglądać go z każdej strony nic nie mówiąc. Co się dzieje? Czekaliśmy długo. Puścili go. Wbiegliśmy do autobusu prowadzącego do samolotu i zrobiłem znak krzyża. Wreszcie. Jesteśmy w samolocie do Portugalii. Nie jedliśmy niczego, ale to nieważne. Rano byliśmy na miejscu. O 10:00 mieliśmy samolot do Polski.

Co zastało was w Warszawie?

Dominik od razu zapytał, czy będę mógł zagrać jutro pierwszy mecz. Powiedziałem, że oczywiście, zagram. Po to tu jestem. Aristote mnie motywował: – Znam cię, dasz radę.

Bardzo ważne dla mnie było to, że Aristote mnie tak motywuje. Dominik tłumaczył mi, że na moim pierwszym meczu będzie dużo ludzi i muszę pokazać, na co mnie stać. Drużyna przyjęła mnie bardzo pozytywnie, co dodało mi motywacji. Śmialiśmy się, mimo że nic nie rozumiałem. Pytałem siebie: o czym oni gadają?

Ale to już nie było ważne. Najważniejsze było to, że wreszcie mogłem grać.

Wyszedłem z szatni, popatrzyłem na kibiców, przywitałem się z nimi. Pamiętam wszystko – mój pierwszy kontakt z piłką. Dryblowałem, podałem, usłyszałem z trybun brawa. Dodatkowa motywacja. Czułem się pewnie i od razu szedłem z akcjami. Oddałem strzał, który bramkarz obronił. Inna akcja – dostałem piłkę na klatkę, przyjąłem, prowadziłem, oddałem do kolegi i wpadło. Była też bramka. Zostałem sfaulowany w polu karnym.

Wziąłeś piłkę w koszulkę i sam wykonałeś jedenastkę.

Tak. Chciałem samemu zakończyć tę akcję. Po meczu świętowaliśmy awans. Zrobiło to na mnie wrażenie. Drużyna jest na pierwszym miejscu, idzie do wyższej ligi, a ja jeszcze strzelam bramkę. Niesamowite.

Przyjechałeś do Polski i od razu zobaczyłeś europejskie miasto, wysokie budynki, ruchome schody w galerii, dostałeś od New Balance tyle ubrań, ile chciałeś, robiono ci zdjęcia, chodziła za tobą kamera. Chwilę temu byłeś w skrajnej biedzie, a w jednym momencie mogłeś poczuć się jak gwiazda.

Jak już byłem w samolocie z Angoli do Portugalii, powiedziałem do siebie: to już wielka zmiana. Nowy start. Kamery? To był dla mnie szok. Po raz pierwszy w życiu byłem tak traktowany. Jeździł ze mną osobiście prezes Krzysztof, pomagał Dominik, robiono mi zdjęcia. Wszystko było tak, jak tylko mogłem sobie wymarzyć. Każdy był dla mnie bardzo dobry. Do tej pory tak jest. Nie widziałem jeszcze w Polsce złych ludzi.

Co było dla ciebie największym szokiem?

Widząc tyle wysokich budynków pytałem siebie: jak oni to robią? Metro też było szokiem. Jak coś może jeździć pod ziemią? Nie rozumiałem też tego, że każdy w Polsce może mieć swój samochód. W Kongo to rzadkość. Większość ludzi ich nie ma. Jak ktoś ma samochód, znaczy, że jest bardzo bogaty.

 

Pamiętamy, że w pierwszych dniach w Polsce mówiłeś do wszystkich “siema”. Gdy poszedłeś pierwszy raz do dentysty, siedziały tam trzy panie, a ty na powitanie krzyknąłeś “siema!”. Trochę się zdziwiły. No właśnie, dentysta – jakie to było dla ciebie przeżycie?

W Kongo nigdy nie byłem u dentysty. Bałem się tylko za pierwszym razem, ale dostałem zastrzyk w dziąsło i już nie bolało. Dziwnie się czułem, bo miałem sparaliżowany policzek. Katastrofa! (śmiech) Aristote jadł, a ja nie mogłem. Ale po czasie przyzwyczaiłem się do tego i było już normalnie. Dużo zębów trzeba było naprawić…

Jak jesteś odbierany w Kongo? Wrzucasz na Facebooka dużo zdjęć, powstała o was nawet… piosenka.

Ludzie reagują głównie bardzo dobrze. Chcę im pokazać, jak u mnie jest, by wiedzieli, że życie każdego może się zmienić na lepsze. Słucham często muzyki, która opowiada o zmianie w życiu. To moja motywacja. Moje życie się zmieniło i chcę, by inni też to widzieli i wierzyli, że może być lepiej.

Ludzie złego serca, którzy zazdroszczą, też oczywiście są. Widzieli, jak tułałem się z prowincji do prowincji, żeby grać w piłkę. Teraz jestem w Polsce. I odpowiadam im, że będę jeszcze wyżej. Nie dziwię się, że ludzie zazdroszczą. Bóg jest ze mną.

Jak wyglądał twój dom?

Na początku mieszkaliśmy z wujkiem, ciocią i jego dziećmi. Duży tłok, kilkanaście osób. Mieliśmy dwa pokoje i pokój dzienny, łazienkę mieliśmy na zewnątrz. Później wyprowadziliśmy się do swojego domu, ale więcej czasu spędzałem u siostry, która miała swój salon fryzjerski. Pomagałem jej. Spałem w salonie i pilnowałem rzeczy, by nikt ich nie ukradł.

Po przeprowadzce mieliśmy jeden pokój i pokój dzienny, no i łazienkę – znowu na zewnątrz. Mieszkanie było takie sobie. Ojciec pracował w firmie, która produkowała plastikowe opakowania. Mama sprzedawała przed domem chleb.

Posmutniałeś, gdy mówisz o rodzinie. Bardzo za nią tęsknisz?

Tak, ale oni są szczęśliwi, że tu jestem. Mam walczyć, żeby wszystko nam się ułożyło. I żebym mógł w przyszłości pomagać rodzinie. Jest nas szóstka – czterech chłopaków, dwie dziewczyny. Ja jestem czwartym w rodzinie. I jedynym, który wyjechał do Europy. Dlatego cały czas mnie motywują i modlą się za mnie. Chcą, żebym mógł jak najwięcej zarobić w życiu, żeby im pomóc.

Zrzut ekranu 2019-12-22 o 12.01.32

Czego jeszcze z Kongo ci brakuje?

Jedzenia, natomiast zacząłem się już przyzwyczajać do polskiego. Dostaję bardzo dobre jedzenie i już nie czuję takiej różnicy.

Co ci najbardziej smakuje?

Zupa!

Natalia Ebegenge, która się tobą opiekuje, opowiadała nam, że bałeś się, gdy za pierwszym razem jadłeś zupę.

Guyguy Pierre Ndakiza (tłumacz): – Potwierdzam, bo ja też się bałem!

W Kongo nie było żadnych zup. Natalia mówiła “zjedz, przecież dobre”. Jej motywacja sprawiła, że spróbowałem. I faktycznie – posmakowało mi.

Jakim problemem jest dla ciebie nieznajomość języka? Czujesz, że masz problemy z komunikacją?

Jak rozmawiacie po polsku, to rozumiem niektóre słowa. Całego zdania jeszcze nie potrafię zrozumieć. Czasami staram się zapamiętywać słowa, które mówią do mnie koledzy, ale często po chwili zapominam. Staram się. Oczywiście, brak języka przeszkadza mi w komunikacji z kolegami i trenerem.

Pamiętamy sytuację, gdy trener powiedział ci, że masz grać na dwa kontakty i szybciej pozbywać się piłki. Przez trzy mecze grałeś… tylko w ten sposób. Dopiero po kolejnej rozmowie zacząłeś grać swoje – kiwać, strzelać, ale też grać na dwa kontakty.

Robię wszystko, czego wymaga ode mnie trener. Staram się wypełniać polecenia. Skoro trener powiedział, że mam grać na dwa kontakty – gram na dwa kontakty. Nie mam jak zapytać trenera o wskazówki, dlatego czerpię tylko z tego, co usłyszę.

Ile twoich umiejętności zobaczyliśmy jesienią?

Około 70%.

Czemu nie sto?

Z jednej strony to przez ligę, bo dostałem informację, że na tym poziomie każdy chce się pokazać i czasami gra pod siebie, dlatego nie zawsze dostaję piłkę od kolegów. Jak już sam mam piłkę, otwieram akcje. Zdarza mi się też zamknąć oczy i iść samemu, ale to nie jest futbol, który jest we mnie. Jako środkowy pomocnik muszę się dzielić piłką. Zdarza się, że się nią dziele, ale nie dostaję jej z powrotem.

Zauważyłem w Radomiu, że tam gra się inaczej. Zawodnicy częściej szukają gry z kolegami, na dwa kontakty. Pamiętam akcję, gdy dostałem piłkę, przedryblowałem jednego zawodnika i zauważyłem, że ktoś idzie za mną. Oddałem piłkę do kolegi, a on stracił. Przeciwnik chciał mnie minąć, ale odebrałem mu piłkę. Poszliśmy za akcją i strzeliłem gola. Jest inaczej.

Skąd się znacie z Silasem Wamangituka, który trafił za osiem milionów do VfB Stuttgart? To prawda, że byłeś lepszy od niego?

Graliśmy razem w jednym klubie. Kto był lepszy? Nie wiem, wolę, by ktoś inny to ocenił. On jest napastnikiem, a ja środkowym pomocnikiem, więc ciężko to porównać. Szybko wyjechał do Europy, a ja odszedłem do MK Etencheite.

To dla ciebie inspiracja, że kolega będący na twoim poziomie robi taką karierę?

Tak. Mam nadzieję, że niedługo też będę na tym poziomie.

Ty za to jesteś motywacją dla brata.

Gra w niższych ligach. Widzę u niego potencjał. Myślę, że poradziłby sobie, gdyby przyjechał tutaj grać.

WARSZAWA 03.11.2019 MECZ PILKI NOZNEJ KLASA A KTS WESZLO - GROM II WARSZAWA MERVEILLE FUNDAMBU FOT. PAWEL WOCJIK/ 400mm.pl

Zrzut ekranu 2019-12-22 o 12.35.57

Zrzut ekranu 2019-12-22 o 12.36.12

254e1fd3-0602-41c3-b736-772a410fd1de

Jak się czułeś na tle piłkarzy Rakowa?

Najwyższa liga w Polsce – duża motywacja od samego początku. Byli tam bardzo dobrzy zawodnicy, ale znam swój potencjał i wiem, że mogę być od nich lepszy.

Raz pojechałeś do Rakowa z kontuzją, o której nikomu nie powiedziałeś. Bałeś się, że stracisz szansę?

To był mój błąd. Odniosłem uraz w meczu KTS-u, a wiedząc, że następnego dnia mam jechać na testy, biegałem z kontuzją. Sytuacja się przez to tylko pogorszyła. Brałem leki i myślałem, że wyjdzie dobrze, zagram lepszy mecz… Tam jeszcze, na miejscu, doszła kolejna kontuzja, ale udawałem, że nic mi nie jest. Nie mogłem ani strzelać, ani dośrodkowywać.

Guyguy Pierre Ndakiza: – Ja może dopowiem, bo grałem i w kongijskiej lidze, i w drugiej lidze w Polsce. Wiem, co Merveille czuje, bo sam to miałem. Guyguy, jesteś chory? Nie ma znaczenia, zawsze jesteś do dyspozycji. Nikt nie chce stracić szansy. Dla mnie było jasne – skoro jesteś chory i nie możesz grać, musisz wrócić do Kongo. Boimy się tam wrócić. Nie miałem w ogóle myślenia, że skoro mam kontuzję, to ktoś może mnie wyleczyć. Nikt nie chce stracić szansy. Afrykański piłkarz na początku zawsze będzie ze wszystkim na tak.

Merveille, jesteś już tego świadomy?

Dzisiaj już tak. Jak widzę, że nie jestem zdrowy, mówię o tym.

Nie mówiłeś, bo bałeś się, że trzeba będzie wrócić?

Tak. Każdy z nas się tego boi. Przyjechałem do Polski, żeby wszystko się udało. Wszystko. To moja misja. Będę robił wszystko, by tak było. To, co złe, zostawiłem w Kongo.

Jak się odnalazłeś po wyjeździe Aristote’a do Paryża?

Bolało. Zdarzyło się zapłakać z tego powodu. Razem musieliśmy ciężko pracować, by życie się ułożyło. Jak już dostałem informację, że Aristote’owi się nie uda i ma wyjechać do Francji, budowałem go, by się nie poddawał i pracował dalej. By walczył. By dążył do swoich celów. C’est la vie.

Macie kontakt?

Oczywiście, rozmawiamy cały czas.

Czego mu zabrakło, by być tu dłużej?

Aristote opowiadał, że rozmawiał z jedną osobą z Kongo. Opowiadał mu o Polsce, o życiu tutaj. Ta osoba powiedziała mu, że w Kongo mówią, że słabo mu idzie i chyba będzie się musiał mocniej starać… 

Guyguy Pierre Ndakiza: – Aristote dzwonił do mnie któregoś dnia, że ma problem. Pytałem, o co chodzi, ale nie chciał powiedzieć. No jak już dzwonisz to powiedz! Opowiedział to samo – ktoś powiedział mu, że w Kongo chodzą słuchy, iż słabo gra i będzie musiał wrócić. Od tamtej pory upadł mentalnie i nie mógł już do siebie wrócić. Pokazywał mi nawet rozmowy z tym facetem. Człowiek leci do Polski, żeby grać, widzi, że kiedyś był biedny i w jednym momencie jego życie zmienia się na lepsze. Wystarczy mu jedna informacja i od razu wszystko siedzi. Od tamtej pory mówił: „wielki bracie, już nie mogę, cały czas boję się, że będę musiał wrócić do Kongo”. Jedno złe słowo może przekreślić wszystko.

Ja też to miałem. Byłem we Flocie Świnoujście z trzema kolegami. Jeden z nich został, a nas wysłano autobusem przez całą Polskę do Pogoni Świebodzin. Byłem pewien, że muszę wracać do Kongo. Wszystko siadło. Uratowało nas to, że pan Leonowicz, który był sponsorem Floty, sponsorował też Pogoń Świebodzin. Ta informacja wystarczyła nam, by później normalnie funkcjonować. Ale w drodze do Świebodzina byliśmy już w mentalnym dole. Nikt nie potrafił pokazać swojego poziomu. Byliśmy skasowani.

Ty też, Merveille, przyjechałeś tutaj i byłeś skazany na ludzi, których nigdy wcześniej nie znałeś, z którymi nie możesz porozmawiać, bo nie znasz języka. Musiałeś wszystkim zaufać.

Ale to nie było trudne, gdy zobaczyłem, jak zostałem tu przyjęty. Czuję się tutaj jak w rodzinie – także teraz, gdy siedzę z wami. Chciałbym wszystkim za to bardzo podziękować, mimo że czasami nie rozumiem, co do mnie mówią (śmiech). Dziękuję za szansę. Dominikowi, który mnie tu sprowadził i jego dziewczynie. Krzysztofowi i jego żonie, dzieciom, którzy bardzo ciepło mnie przyjęli i są jak rodzina. Natalii, która jest dla mnie jak matka i dzięki niej zapomniałem o niektórych przykrych rzeczach, jakie spotkały mnie w Kongo. Panu Bogusławowi, trenerowi Krzepocie, trenerowi Ciechańskiemu, całej drużynie KTS-u i ich rodzinom. Także kibicom KTS-u za wszystko, co dla mnie zrobili. Niech Bóg błogosławi każdego. I jeśli komuś będzie czegoś brakowało w życiu – niech Bóg im to da. Wkrótce się rozdzielimy, ale to nie koniec. Jesteśmy cały czas razem. Dzięki KTS Weszło czuję, że mogę spełnić marzenia.

Rozmawiali JAKUB BIAŁEK i DANIEL CIECHAŃSKI 

Tłumaczenie: Guyguy Pierre Ndakiza

Fot. 400mm.pl 

KOMENTARZE (14)