Podbeskidzie idzie po awans. „Górale” z transferowym hitem I ligi
Weszło

Podbeskidzie idzie po awans. „Górale” z transferowym hitem I ligi

Podbeskidzie Bielsko-Biała nie kryje się z aspiracjami do gry w PKO Bank Polski Ekstraklasie, a zapędy „Górali” znajdują potwierdzenie w ich ruchach transferowych. Trzecia siła jesieni w I lidze przeprowadziła hitowy transfer – szeregi ekipy Krzysztofa Brede zasilił Mateusz Marzec, wicelider klasyfikacji strzelców rozgrywek i kluczowa postać GKS-u Bełchatów. Warto bliżej przyjrzeć się zawodnikowi, który zrobił furorę na zapleczu Ekstraklasy.

Najpierw wypada pochwalić Podbeskidzie za szybkość reakcji. Marzec swoimi dokonaniami w rundzie jesiennej wzbudził zainteresowanie zarówno ligowych rywali, jak i klubów z najwyższej klasy rozgrywkowej. Ofensywnego pomocnika widziałby u siebie m.in. Radomiak, a poza tym łódzkie media informowały, że zakusy na niego miał też Widzew Łódź. 25-latek wybrał „Górali”, którzy teraz mogą się pochwalić posiadaniem w składzie dwóch z czterech zawodników zajmujących miejsce na podium klasyfikacji strzelców I ligi. Kim jest w ogóle sprawca zamieszania?

Mateusz Marzec przygodę z futbolem zaczynał w całkiem przyzwoitym miejscu do pójścia na pierwsze treningi. Małapanew Ozimek to prawdziwa kuźnia talentów; niewielki klub wypuścił w świat m.in. Adama Ledwonia, Waldemara Sobotę i Pawła Olkowskiego. Z tym ostatnim zresztą Marzec grał na podwórku. – Raczej nie rywalizowaliśmy w klubie, bo Paweł jest starszy i grał w starszych rocznikach. Bardziej graliśmy razem na boisku, takie mecze osiedle na osiedle. Kto był lepszy? Ciężko stwierdzić, chyba nie patrzyliśmy na to w ten sposób. Jak to bywa za młodych lat, liczyło się, żeby wyjść na boisko i pograć z kolegami – wspomina sam zainteresowany.

W Małejpanwii Marzec poznał polską piłkę od zaplecza. Dosłownie, bo załapał się na podróż klubu z Ozimka z A-klasy do III ligi i grę w B-klasowych rezerwach klubu. – Ozimek to miasteczko, mamy niezłą bazę i dobrze położony stadion, więc u nas nie dochodziło do absurdalnych zdarzeń, kur na boisku nie było, ale na wyjazdach bywało różnie. Za czasów juniorskich zdarzało się, że trzeba było przebrać się w autokarze, czasami rywale nie zdołali się zebrać na mecz i do końca nie wiedzieliśmy czy zagramy. W seniorach zadebiutował w wieku 16 lat i gra na niższym poziomie na pewno mnie zahartowała, chociaż nie było łatwo. Niższe ligi to mocno fizyczna gra, ja dzisiaj nie jestem wysoki, a co dopiero wtedy. Chucherko ze mnie było, więc starsi mocno mnie obijali, przy starciach fizycznych nie miałem szans. Bywało też, że polowali na nogi. Na pewno dobrze mnie to przygotowało na przyszłość – opowiada pomocnik Podbeskidzia.

Przełomowym momentem w karierze Marca był awans Małejpanwii do trzeciej ligi. Klub z Ozimka co prawda nie radził sobie w niej zbyt dobrze, ale 20-letni pomocnik w pół roku przekonał do siebie silniejsze ekipy. Do Ruchu Zdzieszowice ściągnął go Łukasz Rogacewicz, który wspomina, że od dawna czekał na możliwość sprowadzenia go do swojej ekipy. – Myślałem o nim dużo wcześniej, ale dopiero w Ruchu mogłem złożyć mu atrakcyjną ofertę. Nie ukrywam, że czekałem na tę współpracę. Patrzyliśmy w kierunku zawodników z Opolszczyzny, lokalnych a Mateusz Marzec i Dawid Czapliński byli na tę chwilę najlepsi w naszym województwie i wzięliśmy ich w pakiecie. Znałem zresztą Mateusza z rozgrywek juniorskich i zawsze był wyróżniającym się zawodnikiem. Nie bałem się stawiać na młodszych piłkarzy, pasował do naszego stylu, bo chcieliśmy grać atrakcyjny, ofensywny futbol.

Najlepszy okres w Zdzieszowicach Mateusz przeżył jednak za kadencji trenera Adama Noconia. Wówczas trafił do Ruchu na wypożyczenie po nieudanej jesieni w drugoligowej Odrze Opole, gdzie nie przebił się do składu. U Noconia Marzec zaliczył komplet występów od pierwszej minuty i przyczynił się do tego, że jego drużyna wiosną przegrała tylko dwa ligowe mecze. Nic dziwnego, że ówczesny szkoleniowiec dobrze wspomina tę współpracę. – Powtarzałem mu, że ma predyspozycje do gry w wyższej lidze niż trzecia. Widać to było zwłaszcza na treningach, zdarzały się mecze, w których nie potrafił tego sprzedać, ale z czasem to się poprawiło. Było widać u niego dużą jakość i różnicę w porównaniu z innymi trzecioligowcami, potrafił sam zadecydować o wyniku meczu. Podobało mi się też, że widział, jakie ma braki, zostawał po treningach i ćwiczył te cechy. Talent poparty pracą przynosi teraz efekty, tak wysoka pozycja w klasyfikacji strzelców nie będąc napastnikiem to duże osiągnięcie.

W międzyczasie Odra awansowała na zaplecze Ekstraklasy, a klub przejął trener Mirosław Smyła. Marzec zaczął sezon jako podstawowy zawodnik, jednak z czasem spadł w hierarchii, a przez cały sezon nie zdobył nawet gola. Mimo to ówczesny szkoleniowiec klubu z Opola nie szczędzi mu ciepłych słów. Mało tego, chętnie widziałby go pod swoimi skrzydłami w Ekstraklasie. – Nie zgodzę się, że jego pobyt w Odrze był nieudany. Był ruchem spod znaku „uda się albo się nie uda”, a w pierwszych meczach bardzo dobrze sobie radził. Dynamiczny, szybki, potem dopiero jego forma spadła poniżej oczekiwań. Na pewno początek miał bardzo dobry i wyglądał na zawodnika, który może zaistnieć. Czasami takie są ruchy w klubie, że zawodnik musi swoje przeżyć i myślę, że Mateusz się z tego podniósł. Teraz jest czołową postacią ligi, wiem też, że zmienił swoje podejście i stał się ultra profesjonalny, założył rodzinę i ustabilizował się, z czego bardzo się cieszę. Miło go wspominam i zdarzyło mi się pomyśleć o nim w Koronie Kielce. Zastanawiałem się nad tym mocno i nadal się zastanawiam, kto wie, co nam życie przyniesie. Góra z górą się nie zejdą (śmiech).

Skoro jego postawa w Odrze była budująca, to dlaczego pierwsze zderzenie Marca z Fortuna I ligą było tak bolesne? – Zabrakło mu doświadczenia. Zawsze grał na 100 procent. Starsi zawodnicy mają takie zasady: wejdź w mecz prostym podaniem, jeżeli gra nie idzie, to rób tylko to, co do ciebie należy. Poprzez robienie czegoś więcej, można dać więcej złego niż dobrego. Graj to, co jesteś w stanie, bo to nie jest twój dzień. On miał takie wahania formy, chciał bardzo mocno i niepotrzebnie bardzo się angażował. Zamiast wejść prostym podaniem, to utrudniał sobie życie. Doświadczenie przychodzi z czasem i myślę, że teraz już je ma. Nie ma takich, brzydko to zabrzmi, ale głupich strat. W takim momencie rośnie jakość zawodnika, on nie schodzi poniżej pewnego poziomu. W pierwszej lidze patrzy się na to, żeby uzbierać jak najwięcej punktów, więc te wahania formy mu wtedy nie pomogły. Dzisiaj na pewno jest wartością dodaną, mam nadzieję, że sprawdzi się w ekstraklasie. Trzymam za niego kciuki – wyjaśnia Smyła.

Marcowi wyszło to jednak na dobre. W Olimpii Grudziądz zaliczył dobry sezon w drugiej lidze i wywalczył z tym klubem awans na wyższy szczebel. Nastąpił jednak kolejny zwrot akcji – rozstanie z beniaminkiem rozgrywek, który zmienił politykę kadrową. Pomocnikowi udało się jednak załapać na pierwszoligowy poziom, bo przeniósł się do niedawnego ligowego rywala, GKS-u Bełchatów. Tam forma Mateusza eksplodowała. Marzec ma na koncie 11 goli, 2 asysty i asystę drugiego stopnia co sprawia, że jesienią brał udział przy 58% bramek „Brunatnych”. W całej ligowej stawce tylko Łukasz Grzeszczyk miał większy wpływ na wyniki swojej drużyny. Gole lub asysty Marca sześć razy dały „Brunatnym” prowadzenie, a czterokrotnie doprowadzały do remisu. – Trzeba dodać, że był egzekutorem rzutów karnych, ale to też dobrze o nim świadczy. Podejmując się takiej odpowiedzialności, trzeba być pewnym siebie – zauważa trener Artur Derbin.

Kluczowym ruchem było przestawienie go na „dziesiątkę”. Była to kolejna migracja w karierze zawodnika, który grywał także w środku pomocy oraz na skrzydle. – Większość ataków przechodziła przeze mnie, a ja byłem bliżej bramki przy wszystkich akcjach. Musiałem brać ciężar gry na siebie i poukładać sobie w głowie, że dużo więcej zależy ode mnie. Poza tym dobrze się czułem, byłem spokojny, nie stresowałem się, czułem zaufanie – wymienia składniki dobrej formy sam zainteresowany.

Gole strzelał w przeróżny sposób. Oprócz wspomnianych bramek z „wapna” trafiał także z dystansu, zdobył też kilka goli głową, dwukrotnie pogrążył swoje byłe kluby. Przed startem sezonu w rozmowie z oficjalnym portalem ligi mówił, że chciałby poprawić skuteczność, bo w Olimpii mógł mieć znacznie lepszy dorobek. To też udało się spełnić: spośród najczęściej strzelających piłkarzy w lidze tylko jego nowy klubowy kolega, Marko Roginić, ma większą skuteczność strzałów. W przypadku Marca wynosi ona 51%. – Już w Grudziądzu piłka w polu karnym mnie szukała, mimo że to była inna pozycja. Dochodziłem do sytuacji i czasami brakowało kropki nad i. W Bełchatowie to poprawiłem, zostawałem po treningach, ćwiczyłem uderzenia czy wykończenie dośrodkowań. Grając na 10, mając piłkę na nodze, decydowałem się na strzały i takie bramki też wpadały. To też ćwiczyłem na treningach, zawsze kilka takich prób oddawałem. Analizując moje sytuacje z Grudziądza i z Bełchatowa miałem dość wysoki procent skuteczności strzałów – mówi nowy gracz „Górali”.

Forma Marca rosła, podobnie jak problemy GKS-u. W takich sytuacjach nie zawsze udaje się skupić na grze, jednak piłkarze Bełchatowa poszli drogą zawodników Polonii Warszawa sprzed kilku dobrych lat. – Nie dostając pensji, mogliśmy spuścić głowy i grać z obrażonymi minami, ale to jest nasza praca. Każdy chciał się pokazać, jeśli nie dostajesz wypłaty i nie dajesz z siebie wszystkiego, to kariera może się szybko skończyć. Chcieliśmy przyciągnąć sponsora swoją grą, bo pokazaliśmy, że potrafimy to robić. Trener Artur Derbin też nam pomagał, podtrzymywał nas na duchu. Mówił, że mamy swoją pracę do zrobienia i jeśli się na niej skupimy, to życie nam to wynagrodzi.

Czego kibice Podbeskidzia mogą spodziewać się po Marcu? Wszyscy szkoleniowcy, z którymi rozmawialiśmy, są bardzo zgodni w określeniu jego największych atutów.

Łukasz Rogacewicz: Jest bardzo dobry technicznie, dobrze gra na pełnej prędkości i, jak to się mówi, piłka mu nie przeszkadza. Był zadziorny i charakterny, dlatego nie bałem się, że jest młodszy, bo nigdy nie widziałem u niego strachu w konfrontacji ze starszymi. Był bardzo pracowity, punktualny i zapadł mi w pamięć tylko pozytywnymi rzeczami. Kilka razy rozstrzygnął wynik meczu indywidualnymi akcjami czy uderzeniem z dystansu. Spodziewałem się, że zajdzie wysoko. Talentów jest dużo, ale w pewnym momencie trzeba mocno postawić na pracę i poświęcić się dla piłki. On się nie zniechęcił, osiąga swoje cele i wróżę mu jeszcze więcej.

Adam Nocoń: Dynamiczny piłkarz, potrafi wygrywać pojedynki, co jest dla mnie bardzo ważne. Szybki zawodnik, ma dobre uderzenie z prawej nogi, to na pewno jego atuty. Z czasów naszej wspólnej pracy pamiętam, że mógłby poprawić lewą nogę, czasami też nadużywał dryblingu, mógł wcześniej operować piłką, dostrzegać kolegów. Aczkolwiek to i tak wychodziło na plus, a teraz patrząc na urywki z Bełchatowa to i lewa noga jest lepsza i współpraca dobrze się układa, czyli wszystko się zgadza.

Mirosław Smyła: Był bardzo dynamiczny, miał silne uderzenie, dobry drybling. Brał na siebie bardzo dużo gry, jak to wychodziło, to strzelał bramki, natomiast wahania formy były duże i nie zawsze tak było. Też trzeba powiedzieć, że na skrzydle miał dużą rywalizację, Odra była wiceliderem ligi.

Artur Derbin: To zawodnik, który bazuje na swojej mobilności i dynamice. Dzięki temu szuka sobie wolnych przestrzeni, zdobywa tę przestrzeń z piłką i to jest jego największy atut. Sprowadzając go, miałem na niego pomysł jako 7/11, natomiast później zdarzyła się możliwość sprawdzenia go na 10, wahaliśmy się czy na pewno go tam przestawić, a okazało się to strzałem w dziesiątkę. Sprawdzał się na tej pozycji w naszym sposobie gry, pasował do szybkiego ataku.

Podobne przemyślenia ma sam Marzec, który wciąż wyznacza sobie nowe cele do poprawy. – Lubię grę jeden na jeden, pojedynki szybkościowe z głębi pola. Chcę jak najczęściej cieszyć się piłką, potrafię też uderzyć z dystansu. Natomiast poprawiłbym grę tyłem do bramki i grę głową. Grałem bliżej dziewiątki i z rosłymi obrońcami najczęściej przegrywałem główki. Chciałbym też poprawić timing wyjścia do piłki. Na ten moment mogę grać i na skrzydłach i na 10, nie robi mi to różnicy.

Wygląda na to, że Podbeskidzie sprowadziło zawodnika, który dobrze wpasuje się w ofensywny styl gry „Górali”. No i przede wszystkim – Marzec to piłkarz perspektywiczny, najlepszy wiek dla piłkarza jeszcze przed nim. Niewykluczone, że wówczas będziemy oglądać go już w PKO Bank Polski Ekstraklasie i przekonamy się czy znów dokonał słusznego wyboru, wybierając okrężną drogę i podejmując próbę awansu z Podbeskidziem. A dla atrakcyjności I ligi tym lepiej, że czołowy snajper tych rozgrywek zostanie w grze o koronę króla strzelców. W obliczu prawdopodobnego transferu Omrana Haydarego ligę wyżej Marzec wystartuje do tego wyścigu z pole position.

SZYMON JANCZYK

KOMENTARZE (1)