Muzyka, taniec, futbol. Oto Laurie Cunningham i jego pokręcona historia
Hiszpania

Muzyka, taniec, futbol. Oto Laurie Cunningham i jego pokręcona historia

Koledzy, trenerzy i dziennikarze nazywali go niekiedy „Czarną Perłą”, w oczywistym nawiązaniu do legendarnego Eusébio. Na jednej z okładek madryckiego pisma „AS” został natomiast szumnie obwołany „czarnym aniołem”. Były prezydent Realu Madryt, Luis de Carlos, mówił o nim nawet: „gwiazda, która zstąpiła na Ziemię”. Z kolei Hiszpanki określały go najczęściej jednym, prostym słowem: entrañable. Ujmujący. Laurie Cunningham, bo o nim mowa, z pewnością nie był postacią czarno-białą, choć można powiedzieć – podchodząc do tematu bardzo dosłownie – że właśnie tak go poniekąd zapamiętano. Czarnoskóry piłkarz, pędzący po murawie w śnieżnobiałej koszulce Realu Madryt czy też biało-niebieskim trykocie angielskiej drużyny narodowej. Przed czterdziestoma laty to był naprawdę nieczęsty, przykuwający uwagę widok.

Cunningham to zaledwie drugi czarny piłkarz w dziejach, który zagrał dla – nomen omen – Los Blancos i drugi czarnoskóry reprezentant Anglii. Wielu kibiców nie potrafiło zaakceptować tak rażącego kontrastu, lecz Laurie nigdy nie pozwolił, by rasistowskie uprzedzenia podcięły mu skrzydła. Za bardzo kochał życie, by ktokolwiek mógł mu je zatruć. Miał w sobie niemożliwy do zmącenia, naturalny luz, co z jednej strony stanowiło jego siłę, a z drugiej było jego przekleństwem.

Oczywiście fenomen Cunninghama nie sprowadza się tylko do koloru jego skóry. Fascynująca historia tego zawodnika jest znacznie, ale to znacznie bardziej skomplikowana.

Zacząć opowieść wypada od kwestii absolutnie podstawowej, a zarazem najistotniejszej. Laurie Cunningham był przede wszystkim wybitnie utalentowanym piłkarzem. Dowód? Wedle wszelkich źródeł jest ostatnim (a być może nawet jedynym) graczem Realu Madryt, który swoim zjawiskowym występem na Camp Nou zapracował na owację na stojąco od kibiców FC Barcelony.

PODWÓJNY WYJAZD NA MADRYCKIE EL CLASICO TO NAGRODA GŁÓWNA W LOTERII NIVEA MEN!

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ

Jeżeli zagłębić się w historię madrycko-katalońskiej rywalizacji, to łatwo o wniosek, że sympatycy „Królewskich” nieco chętniej okazują  uznanie swoim odwiecznym przeciwnikom. Każdy szanujący się fan futbolu na pewno doskonale pamięta te słynne sceny, gdy w listopadzie 2005 roku widzowie zgromadzeni na Estadio Santiago Bernabéu powstali z krzesełek i gromkimi oklaskami podsumowali genialny występ Ronaldinho. Będący u szczytu formy Brazylijczyk pognębił tamtego dnia galaktyczny Real, ze szczególnym uwzględnieniem nieopierzonego jeszcze Sergio Ramosa. Madryccy fani nie potrafili się jednak rozgniewać na widok szalonych popisów wiecznie uśmiechniętego czarodzieja z Barcy. Docenili jego klasę, choć przyczyniła się ona wydatnie do bolesnej klęski ich ulubieńców w „Klasyku”. Dziesięć lat później owacją kibiców Realu został też uhonorowany Andrés Iniesta, a jeszcze w latach osiemdziesiątych kibice Los Blancos bili brawo Diego Maradonie za jego kapitalny drybling, spuentowany nonszalanckim wturlaniem piłki do pustej bramki.

No dobra, ale co z owacjami na stojąco w drugą stronę?

Te zdarzyły się najprawdopodobniej tylko jeden, jedyny raz. 10 lutego 1980 roku, gdy piłkarze Realu Madryt pojawili się w paszczy katalońskiego lwa, na murawie stadionu Camp Nou. I zdeklasowali ekipę gospodarzy.

***
Czarny dzień Barcelony.
El Mundo Deportivo komentujące popis Laurie’ego Cunninghama na Camp Nou
***

„Królewscy” byli w tamtym czasie potężniejszą drużyną od Blaugrany, która na mistrzowski tytuł czekała od 1974 roku i w tabeli notorycznie oglądała plecy oponentów z Madrytu, czasami nie będąc nawet ich głównym rywalem w wyścigu po pierwsze miejsce w lidze. Co oczywiście w żaden sposób nie umniejszało wagi samego El Clásico, starcia nafaszerowanego emocjami niezależnie od okoliczności. Różnymi emocjami – tymi bardziej i mniej związanymi z futbolem.

To chyba nie wymaga dodatkowych wyjaśnień. Mijają lata, a madrycko-kataloński konflikt wciąż wrze.

We wrześniu 1979 roku zwycięsko z derbowego starcia – pierwszego w tamtym sezonie ligowym – wyszedł Real. „Królewscy” przed własną publicznością pokonali Barcelonę trzy do dwóch. Spotkanie miało dość nietypowy przebieg, ponieważ wszystkie bramki padły jeszcze przed przerwą. To była naprawdę ognista, niemalże furiacka wymiana ciosów. W drugiej połowie kibice tłumnie zgromadzeni na madryckim stadionie nie obejrzeli już o dziwo ani jednego trafienia. Tak czy owak, triumf gospodarzy uznano za w pełni zasłużony. Swoją drogą, trudno się temu rozstrzygnięciu dziwić. Oczywiście Barca dysponowała wtedy naprawdę niezłym składem, nawet biorąc pod uwagę, że opuścił już jej szeregi Johan Cruyff. Potwierdza to choćby jej triumf w Pucharze Zdobywców Pucharów, odniesiony w maju 1979 roku. Jednak kadra Realu nie była tak po prostu mocna, tylko wręcz naszpikowana gwiazdami. Zawodnikami, którzy z biegiem lat dorobili się w madryckim klubie statusu legendy.

C2tO7-8WIAEJYrw

Real Madryt w 1978 roku. (fot. Vintage Olympia)

Wymieniać sławne nazwiska można naprawdę bardzo długo.

Carlos Alonso González, którego z racji na miejsce urodzenia przezwano krótko: Santillana. Piekielnie dynamiczny i sprytny strzelec. Specjalista w dziedzinie gry głową, autor prawie trzystu goli dla „Królewskich”. José Martínez Sánchez, czyli wielki Pirri. Niezłomny kapitan zespołu, dziesięciokrotny mistrz Hiszpanii. Juan Gómez González, znany jako Juanito. Ultrasi Realu do dziś siódmą minutę każdego spotkania poświęcają na okrzyk: „Illa illa illa, Juanito maravilla”, czcząc pamięć dawnego idola. Kto jeszcze? Choćby Vicente del Bosque i José Antonio Camacho, najpierw charakterni zawodnicy, później słynni trenerzy. Na dokładkę można również dorzucić do wyliczanki między innymi dwóch świetnych golkiperów – Miguela Ángela Gonzáleza i Mariano Garcíę Remóna. Obaj strzegąc dostępu do bramki Realu napisali kawał pięknej historii. Do tego drugiego przylgnął zresztą malowniczy przydomek El gato de Odesa („Kot z Odessy”), nadany mu przez media po niewiarygodnym występie przeciwko Dynamu Kijów w Pucharze Europy. I tak dalej, i tak dalej. Sami giganci.

To wszystko rzecz jasna Hiszpanie. Albo wychowankowie Realu, albo zawodnicy, który w barwach madryckiej ekipy spędzili lwią część swoich karier. Nie należy jednak zapominać także o roli obcokrajowców.

Niegdyś limity narzucane przez poszczególne federacje dość mocno ograniczały klubom, nawet tym potężnym i bogatym, możliwość wzmacniania swoich szeregów zawodnikami zagranicznymi. Real, w myśl reguł panujących w hiszpańskiej ekstraklasie w latach siedemdziesiątych, mógł sobie pozwolić tylko na dwóch stranierich w składzie. Działacze madryckiego klubu najczęściej w tamtych czasach sięgali po piłkarzy pochodzących z Niemiec. Na Estadio Santiago Bernabéu trafili między innymi Günter Netzer i Paul Breitner. Od 1977 roku środkiem pola w ekipie Los Blancos zaczął natomiast zarządzać niezmordowany Ulrich „Uli” Stielike.

Lewe skrzydło miało zaś zostać królestwem Laurence’a „Laurie’ego” Cunninghama. Pierwszego Anglika, który założył koszulkę Realu Madryt. Zatrudnienie 23-latka wymagało istotnego uszczuplenia zasobów madryckiego skarbca – skrzydłowy kosztował bowiem „Królewskich” aż 950 tysięcy funtów. Światowy rekord transferowy wynosił w tamtym czasie około 1,75 miliona w brytyjskiej walucie.

***

77279630_757053648039939_6007920461189480448_n

***

Cunningham do Madrytu trafił przed sezonem 1979/80, a więc wspomniany powyżej „Klasyk” był pierwszym, w jakim przyszło mu wystąpić. Lewoskrzydłowy natychmiast zasygnalizował kibicom ze stolicy Hiszpanii, że jest zdolny do wielkich rzeczy i niewykluczone, że nie będzie mu nawet potrzebny żaden mozolny proces aklimatyzacji w nowych realiach ligowych. To on był autorem trzeciego trafienia dla „Królewskich” w starciu z Barcą, które ostatecznie okazało się golem na wagę prestiżowego triumfu. Przed meczem kapitan Barcelony, potężny i włochaty stoper Migueli, zwany często Tarzanem, groźnie ostrzegał Brytyjczyka: – Tutaj nie jest jak w Anglii. Niech Cunningham przygotuje się lepiej na ostrą grę. Okazało się jednak, że to strachy na lachy.

Działaczom Realu kamień spadł z serca na widok tej bramki. I to z donośnym łoskotem. Anglik był wszakże najdroższym wzmocnieniem w dziejach klubu. Zarabiał więcej niż cała stara gwardia w zespole – niektórych zasłużonych zawodników Los Blancos taki stan rzeczy trochę drażnił, żeby nie powiedzieć – uwierał. Było więc wskazane, by nowy gwiazdor jak najszybciej udowodnił, przede wszystkim swoim nowym kolegom z zespołu, że faktycznie tkwi w nim coś wyjątkowego. Wyjątkowego na tyle, że jego tłusty kontrakt ma swoje uzasadnienie.

Gol w „Klasyku” był dobitnym sygnałem, iż sprawy zmierzają w odpowiednim kierunku. Jednak pełnię swego potencjału Cunningham objawił dopiero w Barcelonie.

Real w lutym 1980 roku przyjechał do Katalonii na rewanżowe starcie z Barcą i zatriumfował na Camp Nou dwa do zera. Wynik może na to nie wskazuje, lecz to było naprawdę miażdżące zwycięstwo przyjezdnych. Tym razem Laurie nie trafił już do siatki ani razu, jednak jego nieprawdopodobne rajdy kompletnie zdezorganizowały defensywę Blaugrany. Kiedy Rafa Zuviría, prawy obrońca gospodarzy, kolejny raz wylądował na tyłku po konfrontacji z szybkim jak gazela przeciwnikiem, kibice Barcelony nie wytrzymali. Widownią wstrząsnął dziwny, niespotykany szmer. Ktoś wstał, wściekle wymachując gazetą. Ktoś inny w przypływie niezadowolenia cisnął w stronę murawy kapeluszem. Lecz ta naturalna frustracja szybko przerodziła się w uznanie. Zaczęło się od skromnych, nieśmiałych oklasków, do których pomału dołączali się kolejni widzowie. Jak gdyby nieco niechętni, zmuszeni do tego jakąś trudną do opisania, wewnętrzną siłą, sterującą ich dłońmi. W przeciągu kilkudziesięciu sekund burza braw rozlała się już po całych trybunach Camp Nou. Cunningham, niejako w podziękowaniu za ten niespotykany gest sympatii… odebrał kolejny przerzut od Stielikego i raz jeszcze nawinął nieszczęsnego Zuviríę jak kompletnego nowicjusza, do reszty go kompromitując.

Kibice gospodarzy na ten widok ryknęli. Ale znowu – nie z wściekłości, tylko z uciechy. Po czym jeszcze bardziej wzmogli wiwaty. Do końca spotkania celebrowano już każdy kontakt Cunninghama z piłką. Anglik był w swoim żywiole – natychmiast podłapał interakcję z trybunami i decydował się na coraz to zmyślniejsze warianty dryblingu. Bawił się piłką niczym koszykarz Harlem Globetrotters. To była piłkarska improwizacja najwyższych lotów, gdzie jedyną barierę stanowiła wyobraźnia.

Laurie wyraźnie rozkoszował się tym, że wszystkie oczy są zwrócone na niego. Potraktował boisko jak estradę, prezentując kibicom futbol w rytmie swojego ulubionego funku. Tańczył wśród przeciwników.

Tymczasem przedmeczowe ostrzeżenia kierowane wobec nowego zawodnika Realu nie wzięły się przecież znikąd. Na początku lat osiemdziesiątych w Hiszpanii grało się raczej do nut „Marsza Pogrzebowego”. Nie był to oczywiście szczyt piłkarskiej siermięgi, jednakowoż La Liga była w znacznym stopniu zdominowana przez rzemieślników, często brutali. Finezyjny Cunningham prezentował się na tym tle jak przybysz z innego świata. James Brown postawiony na jednej scenie z orkiestrą górniczą. Isidoro San José, jeden z uczestników tamtego spotkania, wspominał: – W Realu byliśmy wszyscy wojownikami. On zagwarantował drużynie element fantazji.

B0txV-sCcAA2zD8

Cunningham frunie nad głową zawodników Barcelony. (fot. Getty Images)

Miguel Ángel Portugal, tamtego wieczora zmiennik w zespole Realu, mógł te niebywałe popisy obserwować z bliska, ponieważ Cunningham upokarzał przeciwników akurat na wysokości ławek rezerwowych, gdzie inicjował kolejne rajdy. – Hej, Zuviría! Jeśli chcesz, załatwimy ci zdjęcie Laurie’ego! – krzyczał w kierunku zawodnika Barcy, gramolącego się z murawy i sprawdzającego, czy jego nadwyręż0ne kostki do czegokolwiek się jeszcze nadadzą. – Jak dostaniesz zdjęcie to może w końcu zdążysz obejrzeć sobie jego twarz!

Zuviría zwany był przez kolegów El Torito, czyli „Byczek”. Mocno zbudowany i w sumie całkiem szybki defensor znał sposoby na to, by uprzykrzyć życie skrzydłowemu drużyny przeciwnej. To nie był przypadkowy zawodnik. Jednak przez bite dziewięćdziesiąt minut „Klasyku” nie znalazł żadnej skutecznej metody na okiełznanie Cunninghama. Anglik był dla niego najzwyczajniej w świecie zbyt dynamiczny i zbyt pomysłowy. Grał nieszablonowo. – Tamtego dnia miałem go wyłączyć z gry, to prawda, takie były polecenia trenera – wspominał Zuviría. – Kompletnie sobie z tym zadaniem nie poradziłem. Nie było jak. Cokolwiek Cunningham zrobił na boisku, wszystko mu się udawało. Powiem tylko tyle – to był jedyny przypadek w mojej karierze, gdy w nocy po meczu nie mogłem zasnąć. Nie zmrużyłem oka. W pewnym momencie nasi kibice zaczęli nagradzać owacją każdy kontakt Cunninghama z piłką. Myślę, że chodziło im o dwie rzeczy. Po pierwsze, chcieli docenić klasę przeciwnika, a po drugie – zasygnalizować dodatkowo nam, jak beznadziejni byliśmy tamtego dnia. To był protest przeciwko naszej grze.

Po tym spektakularnym występie hiszpańskie media na krótko oszalały na punkcie Cunninghama. „Schował całe Camp Nou do kieszeni”, „Czarny zawodnik, który w piłkę gra jak anioł”. Dziennikarze prześcigali się w pełnych zachwytu nagłówkach. Tym trudniej uwierzyć, że był to nie tylko jeden z pierwszych, ale i jednocześnie jeden z ostatnich naprawdę wielkich występów Anglika w barwach madryckiego Realu.

***
Kiedy grałem w Anglii, na treningu trzeba było się pojawić o dziesiątej. To znaczy, że zajęcia zaczynały się pół godziny później, a o kończyły o dwunastej. W Realu też trzeba było przyjść na dziesiątą – czyli punktualnie o tej godzinie stać już na boisku w pełnej gotowości. Za każdą minutę spóźnienia – tysiąc peset kary. (…) Najpierw pracował z nami trener, potem jego asystenci. Ćwiczenia były zróżnicowane. Po paru godzinach przerwa na lunch i powrót na boisko, aż do zmroku. Real Madryt był klubem opętanym na puncie dyscypliny.
Laurie Cunningham
***

Kibice „Królewskich” koniec sezonu 1979/80 przyjęli z poczuciem pewnego niedosytu.

Jako się rzekło – drużyna dysponowała w tamtym czasie naprawdę nielichą siłą. Szalejący na skrzydle Cunningham miał być tym brakującym elementem madryckiej układanki, który pomoże klubowi powrócić wreszcie na należne mu miejsce – czyli nie tylko na krajowy, ale i europejski tron. Real w latach siedemdziesiątych i na początku kolejnej dekady świętował bowiem regularnie ligowe sukcesy, lecz zawsze czegoś madryckiej drużynie brakowało, by dołożyć też do klubowej kolekcji siódmy Puchar Europy. A tylko to zapewnić mogło mocarzom z Madrytu pełnię satysfakcji. Poczucie stuprocentowego spełnienia. Zresztą, w pewnym sensie ta mentalność tli się na Estadio Santiago Bernabéu do dzisiaj, niewiele się zmieniło.

W 1980 roku Real z dużą przewagą zatriumfował w La Lidze, dorzucając też do kolekcji Puchar Króla. Żeby dodatkowo podkreślić potęgę Los Blancos wystarczy dodać, że zmierzyli się oni w finale Copa del Rey z… Realem Madryt Castilla. Druga drużyna „Królewskich” po drodze wyrzuciła za burtę między innymi Real Sociedad – wicemistrzów kraju.

Na europejskiej arenie też wszystko szło – zdawać by się mogło – jak po maśle. Real dotarł do półfinału Pucharu Europy, eliminując między innymi Celtic Glasgow i FC Porto. W pierwszym starciu półfinałowym „Królewscy” także zademonstrowali wielką klasę, bezproblemowo pokonując przed własną publicznością silny wówczas Hamburger SV. Mistrzowie Niemiec mieli w swoim składzie kilka naprawdę wielkich gwiazd europejskiego futbolu, choćby Horsta Hrubescha – napastnika słynącego z doskonałej gry w powietrzu. Albo Manfreda Kaltza, specjalistę od precyzyjnych dośrodkowań. Jak nietrudno się domyślić – ten duet doskonale ze sobą na boisku współpracował. Przede wszystkim jednak w ekipie HSV błyszczał słynny Kevin Keegan. Gwiazdor nagrodzony Złotą Piłką w 1978 i 1979 roku. Anglik był w tamtym czasie powszechnie uznawany za czołowego, o ile nie w ogóle najlepszego zawodnika Starego Kontynentu.

Niespodziewanie zatem na głównych bohaterów starcia Realu i HSV wyrosło dwóch Brytyjczyków, Cunningham i Keegan. – Myślę, że był dzisiaj najlepszy na boisku – chwalił swojego rodaka Kevin po pierwszym meczu, przegranym przez niemiecką drużynę. – Kiedy tylko dostawał piłkę, coś wisiało w powietrzu.

Ostatecznie jednak tę angielsko-angielską konfrontację zwyciężył ten starszy i słynniejszy z Brytyjczyków.

– Większość ekspertów była zdania, że jest już po nas, gdy w Hiszpanii przegraliśmy zero do dwóch – wspominał tamten dwumecz Keegan w swojej autobiografii. – Myślę, że większość piłkarzy Realu też doszła do takiego wniosku. Tym bardziej, że finał Pucharu Europy miał być rozegrany na ich stadionie, więc rewanż w Hamburgu potraktowano w Madrycie jako czystą formalność. To było błędne podejście. W drugim meczu kompletnie ich zmiażdżyliśmy, rozgrywając jeden z najlepszych meczów, w jakich kiedykolwiek miałem okazję wziąć udział. Wygraliśmy pięć do jednego, cztery gole zdobywając jeszcze przez przerwą. Dostali takie lanie, że Vicente del Bosque wyleciał z boiska, gdy w przypływie frustracji rzucił się na mnie z pięściami.

tumblr_nhmcbfXVu61srijuro1_1280

Wyrzucony z boiska del Bosque ogląda obserwuje przebieg spotkania na bieżni. (fot. NewsPix)

Gospodarze odnieśli porażający, spektakularny triumf na Volksparkstadion, upokarzając Real Madryt i kradnąc „Królewskim” marzenia o zdobyciu potrójnej korony przed własną publicznością. Keegan triumfował, Cunningham zaś musiał obejść się smakiem. Choć on akurat rozegrał w Hamburgu całkiem przyzwoity mecz, zdobywając nawet honorową bramkę dla Realu, dodatkowo trafiając też w poprzeczkę. Jako jedyny nie dał się złamać psychicznie i do samego końca spotkania walczył o uratowanie wyniku. Futbol był dla niego przecież tylko zabawą, widowiskiem. Nie nosił w sobie pierwiastka dumy, tak typowej dla reprezentantów Realu, przesiąkniętych do szpiku kości filozofią tego klubu. Takich jak choćby wyprowadzony z równowagi Del Bosque. A skoro jej w sobie nie miał, to przeciwnicy nie byli w stanie ugodzić go w ten czuły punkt. Niezależnie od rozmiarów porażki, Laurie robił swoje. Tańczył. Dla jego kolegów futbol nie był zaś tańcem, lecz wojną, której stawką był honor. – Nie jest łatwo przyćmić takiego piłkarza jak Kevin Keegan, ale Cunningham tego dokonał. (…) Jego występ był wspaniały. Zaprezentował szybkość, umiejętności, odwagę i – przede wszystkim – niezbędny element indywidualizmu, który tak często wskazuje się jako jego wielką słabość – pisał brytyjski „Guardian”. Pisał tak o piłkarzu, który zszedł z boiska dotkliwie pokonany.

W kolejnej edycji Pucharu Europy mistrzowie Hiszpanii znów szukali zatem powrotu na szczyt piłkarskiego Olimpu, co już wtedy stanowiło naprawdę absolutny priorytet dla kibiców i szefostwa klubu. I znowu im się nie udało, a tym razem było jeszcze bliżej wytęsknionego sukcesu. Dowodzony przez Vujadina Boškova zespół dotarł aż do finału prestiżowych rozgrywek, w decydującym starciu ulegając jednak Liverpoolowi. To ostatni finał Pucharu Europy przegrany przez Real.

Sam Cunningham w sezonie 1980/81 wyraźnie spuścił jednak z tonu. W poprzednich rozgrywkach nie tylko cudownie dryblował i kreował sytuacje bramkowe partnerom, ale i sam całkiem regularnie trafiał do siatki, co było specjalnością niewielu skrzydłowych, nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę tych najzdolniejszych. Nie przestawały go jednak dręczyć drobne kontuzje, które stawały się coraz bardziej uciążliwe. – Pierwszy sezon w Realu wyszedł mi całkiem nieźle, ale trochę zbyt często musiałem grać nie będąc w pełni sił – żalił się hiszpańskiej prasie już wcześniej. Kolejne rozgrywki zaczął od zdobycia paru bramek, ale wkrótce jego zdrowie całkiem się posypało. W listopadzie 1980 roku obrońca Realu Betis – Francisco Bizcocho – z premedytacją zdemolował Cunninghama brutalną nakładką. Arbiter nawet nie dostrzegł tego chamskiego przewinienia, ale jego skutki okazały się opłakane. Złamany paluch lewej stopy. Była to kontuzja wymagająca natychmiastowej operacji i długiego odpoczynku od futbolu.

Jednak sztab szkoleniowy Realu nie chciał zaakceptować dłuższej pauzy Cunninghama. Dwa tygodnie po meczu z Betisem czekało na „Królewskich” kolejne starcie z Barceloną. Obolały Anglik wystąpił więc w tym spotkaniu, choć pogruchotany palec dokuczał mu przez cały czas. Barca zatriumfowała, odgryzając się za poprzednie niepowodzenia. O żadnej owacji dla Laurie’ego mowy być tym razem nie mogło. – Klub sądził, że zawodnikowi nie dolega nic poważnego, tymczasem ta kontuzja wymaga natychmiastowego leczenia. Muszę operować – krótko poinformował prasę pan Lopez Quiles, lekarz na usługach madryckiej drużyny.

Wtedy Laurie Cunningham popełnił poważny błąd.

Nigdy nie był człowiekiem stroniącym od imprez. Wręcz przeciwnie – stanowiło tajemnicę poliszynela, że angielski skrzydłowy jest gościem wręcz uzależnionym od suto zakrapianych wizyt w nocnych klubach i nie prowadzi się zbyt profesjonalnie. A w Madrycie było gdzie się zabawić, oj było. Dopóki Real wygrywał, nikt nie miał do Cunninghama większych pretensji o hulaszczy tryb życia. Czasem przez media przemknął krytyczny artykuł, czasem ktoś z trybun zagwizdał albo cisnął grubym słowem. Normalka, nic ponadto. Ale wizyta w klubie Pacha ledwie dwie doby po klęsce w El Clásico nie tyle zbulwersowała, co rozjuszyła opinię publiczną. Momentalnie zapomniano o Cunninghamie-piłkarzu, który w poprzednim sezonie miewał przebłyski fenomenalnej gry. W głowach kibiców Realu narodził się wizerunek Cunninghama-imprezowicza. Lekkomyślnego durnia, który z nogą w gipsie kuśtyka po parkiecie, w jednej ręce trzymając szklankę z drinkiem, a drugą obściskując jakąś panienkę po tyłku. – Ten moment zniszczył jego karierę w Realu. Jego reputacja została zszargana – stwierdził Dermot Kavanagh, autor biografii Laurie’ego.

Cunningham nie spodziewał, że spotka go aż taka nagonka. Szukał żenujących usprawiedliwień – zaczął opowiadać jakieś dyrdymały, że w klubie Pacha tańcował nie on, lecz jakiś jego czarnoskóry kumpel, przypadkowo również z zagipsowaną stopą. Oczywiście nikt nie uwierzył w te absurdalne banialuki. Sprawa była jasna – Anglik nie prowadzi się jak sportowiec. Nie zachowuje się jak piłkarz godny śnieżnobiałej koszulki Realu. Może to dlatego byle starcie z przeciwnikiem kończy się u niego kontuzją? Gdyby więcej trenował, a mnie balował, jego odporność na urazy byłaby większa. Spirala

– To pierwszy przypadek w historii klubu, gdy jeden z naszych zawodników łamie wyraźne zalecenia naszego lekarza. Laurie Cunningham nie miał pozwolenia na wieczorne wyjście, zachował się lekkomyślnie i zaryzykował pogłębieniem kontuzji. Brak mu dyscypliny – w oficjalnym oświadczeniu oznajmił rzecznik prasowy klubu.

Madryt żył tym skandalem całymi tygodniami. Cunningham się kajał i przepraszał. Zapewniał, że zaszło nieporozumienie. Zapłacił bez szemrania milion peset grzywny, najsroższą karę dyscyplinarną w historii hiszpańskiego futbolu. Ale mleko już się rozlało.

Screenshot_2019-12-12 Sharp shooter the story of Laurie Cunningham

Cunningham w Madrycie. (fot. YouTube)

– Szesnaście miesięcy temu Real Madryt zapłacił za tego zawodnika dwa miliony dolarów. Cunningham do dzisiaj nie zdołał udowodnić, że jest wart tych pieniędzy – grzmiał jeden z publicystów. Trochę populistycznie wpisując się w atmosferę ogólnej nagonki na skrzydłowego, ale trochę – mimo wszystko – bazując też na faktach. Laurie rzeczywiście, pomimo początkowych sukcesów, miał pewne problemy z zaadoptowaniem się do taktyki trenera Boškova. Żeby to w miarę krótko wyjaśnić, można powiedzieć tak – kiedy Anglik dostawał piłkę, wyczyniał z nią cuda. Ale dostawał ją rzadko. Drażnił tym dziennikarzy związanych z madryckim klubem. „Marca” nie pozostawiała na nim suchej nitki. – Real to drużyna wojowników. Tutaj nie ma straconych piłek i dlatego Cunningham tu nie pasuje. On na boisku nie zabija. On nie zostawia na nim całego zdrowia. On się chyba nawet nie poci. Długimi fragmentami po prostu nie bierze udziału w grze. Zarabia sporo kasy jak na gościa, który skupia się wykonywaniu rzutów rożnych zewnętrzną częścią stopy. Gdybym był jego przyjacielem, powiedziałbym: „Laurie, synu, bierz udział w grze. Nie czekaj, poszukuj. Nie chowaj się, szukaj sobie miejsca. Będziesz obrywał – hiszpańscy obrońcy już tacy są. Albo ryzykujesz, albo wracaj skąd przyszedłeś. Z powrotem do swojej londyńskiej mgły. W Hiszpanii świeci słońce. My tutaj wszystko dokładnie widzimy”.

Ostro, prawda? Zwłaszcza zwraca uwagę ta złośliwostka odnośnie zagrań zewniakiem. Cunningham notorycznie ich próbował, znacznie częściej niż obecnie robi to Ricardo Quaresma. Początkowo traktowano te zagrania jako przejaw technicznego zaawansowania Anglika. Z czasem zaczęto je jednak postrzegać jako tandetne, cyrkowe sztuczki.

Boškov był naturalnie łagodniejszy w swojej retoryce niż media, ale w sumie dość podobnie recenzował grę Cunninghama: – To Anglik, nie zapominajcie o tym – pouczał cierpliwie krwiożerczych dziennikarzy. – Jemu trudno jest tak po prostu przyjechać do Hiszpanii i co noc błyszczeć. Pierwszy sezon był w jego wykonaniu udany, takie jest moje zdanie. Miał świetne mecze, czasem też słabsze. Trzeba to zrozumieć. Myślę, że musi bardziej angażować się w grę. Jest za cichy. Nigdy nie krzyczy, nie domaga się piłki.

Niektórzy doszukiwali się jakiegoś konfliktu na linii Stielike – Cunningham. Niemiec pełnił w układance Boškova centralną funkcję – występował jako środkowy pomocnik w formacji 4-3-3 i zwykle to to właśnie on rozrzucał piłki na skrzydła, napędzając ofensywę Los Blancos. Najczęściej posyłał futbolówkę na prawą stronę boiska, gdzie urzędował Juanito, któremu z kolei doskonale się współpracowało z Santillaną, napastnikiem. Summa summarum, Cunningham tkwił więc wyizolowany z lewej strony pola gry, odcięty od podań. Niektóre źródła sugerują również, że koledzy nigdy nie potraktowali Anglika z sympatią z uwagi na to, jak bardzo jego pensja przewyższała ich zarobki. Nikt nie miał zamiaru ułatwiać Cunninghamowi życia. – Ceniłem Laurie’ego, to najbardziej kompletny skrzydłowy z jakim kiedykolwiek grałem – zarzekał się po latach Stielike. – Dwie nogi, niewiarygodna szybkość, doskonała gra w powietrzu. Miał w zasadzie tylko dwie słabe strony – podatność na kontuzje i styl życia.

***

77279630_757053648039939_6007920461189480448_n

***

Alfredo Di Stéfano zalecał cierpliwość. Sam był zawodnikiem słynącym z tego, że na boisku nigdy nie stronił od odpowiedzialności za piłkę. Wierzył, że Cunningham też z czasem się w tym kierunku rozwinie. – Gra w Hiszpanii diametralnie różni się od tego, co dotychczas znał ten chłopak. Poczekajmy. Drugi sezon będzie prawdziwym testem jego możliwości.

Cóż – test wypadł fatalnie.

Pierwsza operacja poturbowanego palca nie zakończyła się pomyślnie. Zawodnika wysłano zatem na kolejne medyczne konsultacje. Tam Cunningham dowiedział się, że jego stopa już nigdy nie odzyska stuprocentowej sprawności, ponieważ uszkodzenia są zbyt poważne. Prawdopodobnie nie bez znaczenia było to, że operacji nie przeprowadzono od razu po feralnym spotkaniu z Betisem. Laurie potraktował te groźby z przymrużeniem oka, ale okazały się one w stu procentach prawdziwe. Anglik rzeczywiście nie odzyskał już dawnej dynamiki, na bardzo wczesnym etapie kariery gubiąc swój najważniejszy atut. Nie mógł jednak oczekiwać w Madrycie współczucia – kontrowersje wokół jego stylu życia stały się na tyle uciążliwe, że władze „Królewskich” właściwie postawiły na zawodniku krzyżyk. Na Estadio Santiago Bernabéu coraz głośniej przeklinano dzień, w którym Cunningham złożył podpis na swoim gwiazdorskim i długim kontrakcie.

Na domiar wszystkiego, drużyna w nieprawdopodobnych okolicznościach straciła mistrzowski tytuł na rzecz Realu Sociedad. O triumfie baskijskiej ekipy przesądził lepszy bilans bramek, zapewniony dzięki trafieniu w ostatnich sekundach finałowego spotkania w lidze. Do piłkarzy „Królewskich” wieści o sukcesie ekipy z San Sebastian dotarły już podczas celebrowania triumfu.

Honor Los Blancos mógł uratować tylko zwycięski finał Pucharu Europy. Sukces, na który czekano od piętnastu lat. – Włączyłem Cunninghama do kadry meczowej na finał – poinformował dziennikarzy Boškov. – Ma jeszcze jedenaście dni, powinien być w pełni sił.

***

PODWÓJNY WYJAZD NA MADRYCKIE EL CLASICO TO NAGRODA GŁÓWNA W LOTERII NIVEA MEN!

Jak zwyciężyć w loterii „W Realu wygrywasz”? Po pierwsze – trzeba kupić dowolny produkt marki NIVEA MEN i zarejestrować dowód zakupu. A potem wystarczy już zaczekać na losowanie nagrody głównej, które odbędzie się 7 stycznia 2020 roku. Poza biletami na mecz Real Madryt – FC Barcelona, do wygrania również 3000 innych nagród: telewizory, piłki z logiem „Królewskich”, zestawy kosmetyków NIVEA MEN czy też bony podarunkowe.

Szczegóły: TUTAJ. Regulamin: TUTAJ.

***

Laurie – co oczywiste – w pełni sił być nie mógł. Zaplanowany na 27 maja finał Pucharu Europy miał być przecież dla niego pierwszym występem po półrocznej absencji. Szkoleniowiec Realu nie chciał jednak słyszeć żadnych wymówek. W głowie poukładał już sobie taktykę na Liverpool, triumfatorów rozgrywek w latach 1977-78. Głęboka defensywa, agresywne krycie i dynamiczne kontry z wykorzystaniem szybkości i błyskotliwości atakujących, w tym Cunninghama. „Królewscy” mieli odzyskać najcenniejsze europejskie trofeum w swoim stylu – wyrywając je przeciwnikowi z gardła. Szkoleniowiec Realu wymyślił nawet, że José Antonio Camacho przez całe spotkanie będzie krył Graeme’a Sounessa na plaster. – Od początku meczu graliśmy w dziesiątkę, oni też. Trener uznał, że możemy sobie pozwolić na stratę Camacho, jeśli oni stracą Sounessa – wspominał Santillana.

Na dwa dni przed finałem do Cunninghama zadzwonił jeszcze jeden z dyrektorów Realu, kurtuazyjnie dopytując o zdrowie i samopoczucie. Kiedy skrzydłowy zaczął coś gderać o opuchliźnie, nie dano mu nawet dokończyć zdania: – Powiem krótko. Albo wystąpisz w tym meczu, albo nie masz już czego szukać w Realu Madrytu – usłyszał w słuchawce. Rozmówca już nawet nie markował sympatycznego usposobienia. Jego lodowaty ton mógłby zamrozić cały Atlantyk.

Boškov – może zgodnie z własnym zamysłem, a może w ramach jakichś wytycznych z „góry” – trzymał na boisku katastrofalnie dysponowanego Cunninghama przez cały mecz finałowy. Chyna do końca wierzył w przebłysk geniuszu ze strony swojego podopiecznego. Nic z tego jednak nie wyszło. Liverpool pokonał Real Madryt jeden do zera, a Laurie był najgorszym aktorem całego widowiska. Zagrał pod każdym względem beznadziejnie. Straty, nieudane dryblingi, niecelne dośrodkowania. Kompletna klapa.

Zresztą – finał generalnie był fatalny, rozegrany na pełnym dziur boisku, z dziwacznie wyznaczonymi liniami. Dzisiaj aż trudno uwierzyć, że w takich warunkach najznakomitsi zawodnicy swoich czasów pisali historię europejskiego futbolu.

Tak czy siak, w Madrycie już nigdy nie odzyskano zaufania do Cunninghama. Właściwie to tylko czyhano, by się go raz na zawsze pozbyć z klubu, a przede wszystkim z listy płac. Jesienią 1981 roku wydawało się jeszcze przez moment, że Anglik zaczyna zdradzać na treningach przebłyski nieco lepszej formy, co zresztą otwarcie doceniał trener Boškov. Wtedy jednak Ángel Pérez García – ten sam, który kilka lat temu prowadził zespół Piasta Gliwice – na amen wykończył skrzydłowego. Do zwarcia doszło podczas zwykłego treningu. Bezmyślny wślizg, donośny trzask, krzyk pełen cierpienia. Zerwane więzadła. Na początku lat osiemdziesiątych taka diagnoza brzmiała jak wyrok. Niektórzy spekulowali nawet, że był to dokonany z premedytacją zamach na zdrowie zawodnika, choć to już chyba zbyt daleko idąca teoria. Świętej pamięci Pérez García był zbyt uroczym gościem, by posądzać go o rolę cyngla.

Cunninghama wkrótce już nie było na Estadio Santiago Bernabéu. Dla kibiców Realu na zawsze pozostał niespełnioną obietnicą. Jednym z powodów, dla którzy przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych bywa określany jako „szare lata”. Niby mnóstwo sukcesów, a jednak bez kropki nad „i”.

Anglik miał tę szarość przełamać, zapewnić drużynie odrobinę polotu. Niezbędną do osiągnięcia prawdziwej wielkości. Być artystą wśród wybitnych, ale jednak tylko rzemieślników. Już na pierwszym treningu pokazał, że jest do tego zdolny. Gierkę z nowymi kolegami zaczął od założenia siatki klubowemu kapitanowi. Przerażony Vicente del Bosque natychmiast wymyślił jakiś pretekst, by wyciągnąć naiwnego żółtodzioba poza plac gry. – Nigdy więcej tego nie rób – mruknął. – Wiem, że to część futbolu, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że następnym razem Camacho po prostu połamie ci nogi. Potem były bramki w lidze, był popis w „Klasyku”, nagrodzony wiwatami całego Camp Nou. Występy lepsze i gorsze, ale kierunek – wydawać się mogło początkowo – właściwy. Aż do feralnej kontuzji i nieszczęsnej, wieczornej popijawy w klubie.

Ostatecznie Cunningham opuścił Real w niesławie i na kilkadziesiąt lat wyleczył działaczy z Estadio Santiago Bernabéu z zatrudniania w klubie Anglików. Znacznie cieplej zapamiętano go jednak w ojczyźnie. Dla wielu czarnoskórych piłkarzy był kimś więcej niż idolem z boiska. Był przykładem, że można zawędrować na szczyt i pozostać sobą.

***
Solo voy con mi pena
Sola va mi condena
Correr es mi destino
Para burlar la ley
Manu Chao – Clandestino
***

Laurence Paul Cunningham przyszedł na świat 8 marca 1956 roku w Londynie. Był synem jamajskich imigrantów. Jak większość tej społeczności, dzieciństwo spędził zatem w Finsbury Park – dzielnicy, która skupiała mniejszości ze wszystkich stron świata, a przede wszystkim właśnie przybyszów z Karaibów.

To generalnie nie były łatwe czasy dla imigrantów w stolicy Anglii. Dwanaście lat po narodzinach Laurie;ego brytyjski rząd przyklepał co prawda kolejny akt o relacjach rasowych, zabraniający obywatelom Zjednoczonego Królestwa odmawiania kwaterunku, zatrudnienia i usług publicznych osobom o innym kolorze skóry lub pochodzeniu. Wydawać by się mogło, że nadchodzi normalność. Równość. A jednak to posunięcie wzbudziło gwałtowny sprzeciw wielu prominentnych polityków. Najgłośniej zaprotestował słynny Enoch Powell z Partii Konserwatywnej, będącej wówczas w opozycji do rządu laburzystów. Parlamentarzysta wygłosił bardzo mocne, wręcz brutalne przemówienie, które przeszło do historii Wielkiej Brytanii jako „mowa o rzekach krwi”, z racji na zawarte w niej, efektowne nawiązanie do wergiliuszowej „Eneidy”.

– Musimy być szaleni, dosłownie szaleni jako naród, aby pozwalać na roczny napływ tysięcy ludzi, będących na naszym utrzymaniu – grzmiał Powell. – Nie mogło być większej pomyłki w ocenie rzeczywistości od tej, przejawianej przez ludzi głośno domagających się legislacji zwanej przez nich „antydyskryminacyjną”. (…) Dyskryminacja i pozbawianie praw, poczucie niepokoju i urazy przynależy nie do społeczeństwa imigrantów, lecz do tych, do których oni przybyli i ciągle przybywają. Dlatego właśnie uchwalanie takiego prawa w tym momencie stanowi ryzyko podpalenia beczki prochu.

Dziś niektórzy uważają Powella za proroka, inni traktują go jako najgorszy przykład podłego rasisty. Nie czas i miejsce, by te skomplikowane kwestie roztrząsać. Chodzi o to, że retoryka „powellizmu” trafiła na bardzo podany grunt w brytyjskim społeczeństwie. Złożoną, kwiecistą przemowę polityka szybko uproszczono. Sprowadzono do paru prostych, skrajnie obrzydliwych haseł.

Jedno z nich wywieszano często na witrynach sklepowych: „Żadnych czarnuchów, żadnych psów, żadnych Irlandczyków”.

Imigranci z państw karaibskich na dworcu w Londynie. (fot. MirrorPix)

– Finsbury Park było jednym z najbiedniejszych obszarów nie tylko w samym Londynie, ale w całej Anglii – dowodził cytowany już Dermot Kavanagh. – Życie młodych, czarnych dzieciaków nie było tam proste. Wzbudzali zainteresowanie policji samym spacerowaniem po ulicy w większej grupie. Byli pod ciągłą obserwacją, taka była ich codzienność. Tabloidy dzień w dzień straszyły plagą przestępstw – rozpisywały się o młodych murzynach, którzy napadają bezbronne staruszki. To podsycało atmosferę grozy. Kiedy jeden z mieszkańców Islington złożył skargę na policjanta, który w jego obecności bezpodstawnie osaczył czternastolatka, w przeciągu następnego miesiąca został zatrzymany i odwieziony na dołek ponad trzydzieści razy. Nie potrzeba było do tego ani dowodów, ani zeznań świadków, ani nakazu. (…) Bezrobocie wśród czarnej młodzieży wynosiło 25%. Drugie pokolenie imigrantów było inne od swoich rodziców. Nie tak religijne i pracowite. Nie potrafiło znaleźć dla siebie przestrzeni w społeczeństwie.

– W okolicy domu Cunninghamów atmosfera wrzała – pisał Paul Rees, inny z biografów Laurie’ego. – Jeden z najbliższych przyjaciół chłopaka opowiedział mi: „Czuło się ciągłą presję. Pamiętam, że kiedy bawiłem się z białymi dzieciakami to co jakiś czas matka któregoś z nich wyglądała przez okno, krzycząc: ‚Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie zadawał się z tymi czarnuchami?’. Skinheadzi dzień w dzień ganiali po ulicach naszych braci, nam też notorycznie spuszczano łomot”.

Nastoletni Laurie musiał się jakoś w tych ponurych realiach odnaleźć.

Skoncentrował się na swoich dwóch wielkich pasjach – tańcu i futbolu. Właściwie to na swój sposób łączył te dwie aktywności. Na boisku poruszał się inaczej niż inni piłkarze. Fruwał z piłką wśród przeciwników tanecznym krokiem. Trzecim jego zamiłowaniem była natomiast moda. Laurie był tak zwariowanym strojnisiem, że nawet szkolny mundurek potrafił zmodyfikować na swoją modłę. W trakcie piłkarskiej kariery Anglik znaczną część swoich pokaźnych zarobków trwonił na nowe kostiumy. Stylowe garnitury, koszule i futra piętrzyły się w jego garderobie. Kiedy tylko wywęszył jakiś nowy, modny ciuch, natychmiast musiał go zdobyć i pokazać się w nim na mieście. Tkwiła w nim ogromna skłonność do lansu.

Można właściwie stwierdzić, że to była zwykła próżność, choć znajomi Cunninghama tego nie potwierdzają. Ich zdaniem był niezwykle skromnym, trochę wręcz wyciszonym facetem. Niekiedy aż za bardzo. Słabość do efektownych strojów stanowiła w jego przypadku raczej świadectwo artystycznej duszy, która kołatała się w atletycznym ciele czarnoskórego młodzieńca. Marzącego o tym, o czym jego rówieśnicy nie zwykli marzyć. – Cunningham chciał, żeby jego piłkarskie umiejętności stały się przepustką do pozostawienia po sobie jakiegoś trwałego śladu. Miał potrzebę tworzenia – tłumaczył Paul Rees. – To pragnienie pozwoliło mu się wydostać z szemranych zakamarków północnego Londynu i zamieszkać w elitarnej dzielnicy Madrytu. Laurie głęboko wierzył, że uda mu się z biegiem lat wyewoluować w postać, którą naprawdę chciał być. W artystę. Poetę. Projektanta. Architekta. Filantropa. W jego głowie wiele planów i ambicji przeważało nad futbolem.

Przyjaciele Cunninghama ze szkolnych lat znacznie lepiej zapamiętali go właśnie z artystycznych, a nie piłkarskich dokonań: – Laurie kochał taniec. Był z tego powodu idolem dla czarnych chłopaków z Londynu, zakochanych w soulu. Te wszystkie nienaganne garnitury szył mu na miarę pewien stary, żydowski krawiec z południowej części miasta. Na konkursach tańca Laurie pojawiał się cztery albo pięć razy w tygodniu. Najczęściej wychodził na scenę przy melodiach, do których tańczył też Fred Astaire. Nie miał ustalonego układu – to była pełna improwizacja, dawał upust emocjom. Taneczne zawody obserwowały tłumy ludzi. Tańczyliśmy tak długo i energetycznie, że nasze ubrania pod konie uciekały już od potu.

Jednak to nie taniec i wymyślne stroje pchnęły Cunninghama ku sławie, lecz futbol. Choć nigdy nie poświęcił mu się w pełni.

PODWÓJNY WYJAZD NA MADRYCKIE EL CLASICO TO NAGRODA GŁÓWNA W LOTERII NIVEA MEN!

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ

Nietuzinkowy talent Cunninghama był dostrzegalny gołym okiem nawet dla niezbyt bystrego skauta. A łowcy talentów w Anglii do nierozgarniętych raczej nie należeli, więc błyskotliwy chłopak szybko wpadł w oko obserwatorom z paru londyńskich klubów. Najmocniej jego możliwościami zachwycił się pracownik Arsenalu. W 1973 roku Laurie podpisał nawet wstępny kontrakt z „Kanonierami”, co zresztą niezwykle mu odpowiadało – słynny stadion Highbury mieścił się rzut beretem od miejsca, w którym Cunninghamowie wówczas pomieszkiwali. Manager londyńskiego klubu, Bertie Mee, nie podzielił jednak entuzjazmu swoich współpracowników odnośnie nowego nabytku. Siedemnastoletni Cunningham jawił się surowemu trenerowi jako piłkarz kompletnie pozbawiony boiskowej dyscypliny.

Mee był starym wojskowym – w jego drużynie wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik, jak oficerski mundur. Laurie wyjątkowo go drażnił tymi swoimi fikuśnymi garniturkami, rozchełstanym krawatem i kolorowymi butami. Swoimi boiskowymi sztuczkami, no i tym nieznośnym zamiłowaniem do zakładania rywalom siatki.

Trudno sobie wyobrazić piłkarza, który jeszcze gorzej by pasował do tamtego Arsenalu. Cunningham był dokładnie tym typem zawodnika, którego Mee nie chciał widzieć w swoim oddziale „Kanonierów”.

Anglikowi nie było zatem dane rozpocząć profesjonalnej kariery w klubie z samego topu. Wylądował na zapleczu angielskiej ekstraklasy, w ekipie Leyton Orient. I tam jego kariera, o dziwo, gwałtownie ruszyła z kopyta. Nabrała galopującego tempa. – To co wyprawiał z piłką było naprawdę niesamowite – wspominał jeden z jego byłych kolegów z drużyny, Brendon Batston. – Potrafił żonglować przez dziesięć minut bez przerwy, mając futbolówkę pod całkowitą kontrolą. Albo wykopać ją z całej siły w powietrze i przyjąć na czoło, gdy spadnie. Kiedy zaczął się uczyć te sztuczki, kilka razy piłka walnęła go prosto w nos. Ale trenował tak długo, aż opanował ją do perfekcji. W grze był natomiast pełen gracji, pewny siebie. Poruszał się jak w balecie. Potrafił dostać piłkę do nogi i w ciągu sekundy rozpędzić się z nią jak bolid Formuły 1. Zapraszał przeciwnika do wślizgu, by w ostatniej chwili mu umknąć. Był niezwykły.

– Jako młody chłopak pojechałem na Fulham, żeby obejrzeć mecz z Leyton Orient. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem w akcji Cunninghama. Kręcił kółeczka wokół mojego ulubieńca, Bobby’ego Moore’a. Bobby schodził już wtedy ze sceny, ale wciąż był świetnym zawodnikiem. Tymczasem Laurie rozerwał go na strzępy. Nie wiedziałem, że można grać w piłkę w taki sposób. Nie wiedziałem, że brytyjski zawodnik może dysponować takimi umiejętnościach. Cunningham był elastyczny w swoich ruchach – opowiadał z kolei Dougie Blaxland.

Z wspomnianym wyżej baletem to naprawdę żadna przesada. Cunningham uczęszczał na lekcje tego tańca, ćwiczył też jogę, która miała pomóc mu w zachowywaniu pełnej gibkości, niezbędnej w dryblingu. Przed meczami Anglik rozgrzewał się wygibasami do piosenek Jamesa Browna.

Na piłce w stu procentach nie skoncentrował się ani przez moment. Zwłaszcza odkąd w nocnym klubie spotkał miłość swojego życia – nastoletnią Jacqueline „Nicky” Brown. Białą nastolatkę, która – podobnie jak on – była pełna energii i uwielbiała uczestniczyć w nocnym życiu Londynu. – Poznaliśmy się na parkiecie. Nagle pojawił się przede mną. Ależ on potrafił tańczyć! Był niesamowity, jak gdyby urodził się w tańcu. Akurat tańczyliśmy stand-off. Polegało to na powtarzaniu ruchów partnera i dodawaniu własnych. Dołączyłam do niego i od razu coś między nami zaiskrzyło.

Iskra zauroczenia płonęła długo, choć związek czarnego chłopaka z białą dziewczyną był przez wielu uważany za praktykę budzącą zgorszenie. Ale Nicky i Laurie żyli w swoim świecie, zaangażowani w życie – nazwijmy to szumnie – londyńskiej bohemy. – Popołudniami wpadali do baru na wino. Potem wracali do domu, żeby coś zjeść i odpocząć – relacjonował Bobby Fischer, kolega Cunninghama. – O północy wychodzili znowu, żeby tańczyć do piątej nad ranem. W każdy piątek można było ich spotkań w jednym z klubów północnego Londynu, gdzie brali udział w konkursach z nagrodami. Lokal przypominał nowojorskie Studio 54. Olbrzymia grupa dziewcząt i chłopców tworzyła kółko na parkiecie, a w środku Laurie i jakiś inny gość demonstrowali swoje umiejętności. Oczywiście Laurie zwykle wygrywał. Pieniądze mu się przydawały – opłacał nimi kary na spóźnienia na poranne treningi. Któregoś dnia skończył jednak melanż zupełnie bez pieniędzy. Nie miał nawet na bilet, żeby dotrzeć na zajęcia. Zadzwonił więc do trenera i poprosił, żeby ten odebrał go z lokalu.

nicky-brown-and-laurie

Nicky i Laurie. (fot. Female First)

Trudno uwierzyć, że Cunningham potrafił w jakikolwiek sposób łączyć ten szalony związek z treningami piłkarskimi. Tym bardziej, że jego relacja z Nicky generowała nie tylko wesołe przygody. – Groźby śmierci spotykały nas codziennie – wspominała partnerka skrzydłowego. – To mogło być naprawdę przytłaczające i przerażające dla pary zakochanych, ale my staraliśmy się odpowiadać agresorom pięknym za nadobne. Jeżeli ktoś nas zaczepiał, próbowaliśmy mu wyjaśnić, żeby nie wtykał nosa w cudze sprawy. Jeżeli zrobił to ponownie, broniliśmy się.

Zakazany związek rozpadł się dopiero w Madrycie. Wbrew pozorom – hiszpańska opinia publiczna była chyba jeszcze bardziej cięta na relację, jaka łączyła Nicky i Laurie’ego. Przede wszystkim dlatego, że para żyła ze sobą bez ślubu. Z dzisiejszej perspektywy może to brzmi absurdalnie, ale w latach siedemdziesiątych kibice Realu Madryt nie życzyli sobie tego rodzaju ekscesów w swoim klubie. Piłkarz „Królewskich” miał sobie układać życie po katolicku i tyle. Co bardziej wścibscy dziennikarze wypytywali nawet zakochanych, kiedy mają zamiar wreszcie się pobrać. Cunningham grzecznie unikał tego rodzaju rozmów, ale to chyba jeszcze bardziej drażniło sympatyków Los Blancos. Nicky przez dłuższy czas nic sobie z tego nie robiła – wspierała swojego ukochanego w trudnych chwilach i z rozkoszą przesiadywała z nim do bladego świtu w klimatycznych lokalach, gdzie tańczyło się flamenco.

W końcu jednak Hiszpania ją przytłoczyła. – Pamiętam, że kiedyś klub zorganizował imprezę dla zawodników Realu Madryt i ich rodzin. Wszystko działo się koło wielkiego basenu. To spotkanie było jednak tak wyrafinowane, że żadna z kobiet nie weszła do wody. Za to każda z nich trzykrotnie zmieniła swój kostium. Ja nurkowałam sobie ubrana w bikini albo wskakiwałam Laurie’emu na głowę, a on mnie podrzucał. Hiszpanki tak się ie zachowywały. Prasa określiła mnie jako mącicielkę i panienkę do towarzystwa. Klub dał mi oficjalny zakaz wstępu do ośrodka treningowego Realu. To było upokorzenie. Ja po prostu byłam sobą.

Zdaniem wielu dawnych kumpli Cunninghama, to właśnie rozstanie z Nicky było gwoździem do trumny, jeżeli chodzi o jego piłkarską karierę. Stracił w Madrycie jedyną osobę, z którą mógł szczerze porozmawiać. Która nie widziała w nim perfidnego darmozjada, tylko trochę pogmatwanego, lecz w gruncie rzeczy dobrego człowieka. – Real wciąż był jeszcze klubem generała Franco. Nie pasowaliśmy tam. Ani Laurie, ani ja.

A jak to się w ogóle stało, że Cunningham przykuł uwagę „Królewskich”?

Cóż – dwa bardzo udane sezony spędzone w drugoligowym Leyton Orient zaowocowały upragnionym transferem do First Division. Po bajecznego technika sięgnęło West Bromwich Albion, jedna z najefektowniej grających drużyn w angielskiej ekstraklasy. Przede wszystkim za sprawą popisów czarnoskórych zawodników. Cyrille Regis, Brendon Batson i Laurie Cunningham stworzyli w zespole z okolic Birmingham naprawdę kultowe trio, które nazywano „The Three Degrees”. Było to nawiązanie do amerykańskiego zespołu muzycznego, bijącego w latach siedemdziesiątych rekordy popularności na listach przebojów. West Brom był drugim klubem w historii angielskiej ekstraklasy, który odważył się wystawić jednocześnie trzech czarnych piłkarzy.

Największy przebój zespołu.

Boiskowe szlagiery proponowane przez tercet Regis – Batson – Cunningham także rozpalały kibiców do czerwoności. U niektórych wypieki na policzkach powodowane były zachwytem, u innych zaś wściekłością. Tak czy inaczej – przenosiny do West Bromu okazały się dla Laurie’ego strzałem w samo sedno tarczy. Wylądował w tym klubie jako 21-latek i natychmiast zasygnalizował, że nie było dla niego ani trochę za wcześnie na grę na najwyższym szczeblu. The Baggies szybko dorobili się zresztą statusu ulubionej drużyny każdego neutralnego, wolnego od rasistowskich uprzedzeń kibica – sprawiali jedną sensację za drugą, grając ofensywnie i z fantazją. W sezonie 1978/79 podopieczni legendarnego Rona Atkinsona wystąpili nawet w Pucharze UEFA, gdzie zawędrowali aż do ćwierćfinału, eliminując po drodze Valencię. W dwumeczu z hiszpańskim klubem Cunningham zaprezentował się z najlepszej strony. Kompletnie przyćmił Mario Kempesa, bohatera mundialu. „Argentyńczyk wyglądał na jego tle jak przeciętniak”, ekscytowali się dziennikarze The Sun.

Wtedy właśnie działacze „Królewskich” uznali, że muszą mieć tego chłopaka w swoich szeregach.

Wkrótce Laurie upewnił ich zresztą, że to słuszna koncepcja, gdy w mediach obwołano go głównym bohaterem ligowego triumfu 5:3 nad Manchesterem United. Ofensywa WBA prezentowała futbol najwyższej próby, a czarnoskórzy zawodnicy zdawali się nie zauważać, że trybuny Old Trafford każdy ich kontakt z piłką kwitują małpim pohukiwaniem, a w stronę boiska fruną kolejne banany. Cunninghama wygwizdywano najgłośniej, bo grał najlepiej z całego towarzystwa. Zaprzeczając tym samym wszelkim stereotypom, jakoby czarni zawodnicy byli tchórzliwi i niezdolni do udźwignięcia presji. On się dodatkowo napędzał niechęcią widzów.

– Jak ktoś może mówić, że czarni to tchórze, gdy Muhammad Ali jest mistrzem świata w boksie? – pytał retorycznie w jednym z wywiadów. Tak jak Ali stał się herosem dla czarnoskórych mieszkańców Ameryki, tak on – zachowując odpowiednie proporcje, ale wielkiej przesady w tym porównaniu nie ma – swoimi występami w West Bromwich Albion natchnął wielu chłopców karaibskiego i afrykańskiego pochodzenia do poszukania swoich szans w świecie sportu. Bez Cunninghama mogłoby dzisiaj nie być w Premie League choćby Sterlinga.

Nawet biorąc poprawkę na to, że Anglikowi nie powiodło się ostatecznie w wyśnionym Realu, a jego licznik występów w reprezentacji narodowej zatrzymał się ledwie na sześciu.

***

14 lipca 1989 roku 33-letni Cunningham przebywał w Madrycie. Negocjował warunki swojego nowego kontraktu z prezydentem klubu Rayo Vallecano. Los Franjirrojos byli jego szóstym klubem, odkąd przez sześcioma laty przepędzono go z Estadio Santiago Bernabéu. A jeśli doliczyć jeszcze krótkie i zupełnie nieudane wypożyczenie do Manchesteru United, to siódmym. Anglik nigdzie nie potrafił jednak zagrzać sobie miejsca na dłużej – albo przeszkadzały mu w tym kontuzje, albo zwyczajnie nie grał na tyle dobrze, by zapracować na podpisanie kolejnej umowy. Najlepiej wyszedł chyba na krótkiej przygodzie z Wimbledonem, z którym w 1988 roku sięgnął po Puchar Anglii.

Ten sukces „Szalonego Gangu” był w sumie jedną z większych sensacji tamtej dekady w brytyjskim futbolu, więc dołożenie do niego cegiełki na pewno się Cunninghamowi chwali. Nawet jeżeli była to naprawdę niewielka cegiełka. Cegiełeczka.

***

77279630_757053648039939_6007920461189480448_n

***

Summa summarum – powiedzieć, że w 1989 roku Cunningham był już past-prime to jednak pewne niedopowiedzenie. Wciąż wzbudzał zainteresowanie z racji na swoją niezwykłą osobowość i piękną przeszłość, ale piłkarsko był już wrakiem. Zależało mu jednak na kolejnej umowie z Rayo. Dopiero co urodził mu się syn, owoc związku z Sylvią Sendin, którą poślubił rok wcześniej. Miał rodzinę i potrzebował forsy. Dawniej nie dbał o zabezpieczenie swojej sytuacji finansowej. Roztrzepana Nicky też nie pilnowała tych spraw.

Można było Anglikowi włożyć w usta kwestię Eryka z filmu „Sztos”. Nie kolekcjonował pieniędzy, żył. Dużo zarabiał, dużo wydawał.

Spotkanie z prezydentem Rayo zakończyło się dla Laurie’ego niepowodzeniem. Kontrakt nie został ani dogadany, ani tym bardziej podpisany. Cunningham postanowił zatem – co bardzo dla niego typowe – rozgonić kiepski humor wizytą na słynnym Hipódromo de la Zarzuela, gdzie akurat odbywały się wyścigi konne. Często tam wpadał. Tym razem jednak nie interesowały go żadne gonitwy, lecz spotkanie biznesowe. Umówił się bowiem z pewnym studentem ze Stanów Zjednoczonych, z którym miał omawiać bliżej nieokreślone plany prowadzenia wspólnej restauracji. Te tajemnicze rozmowy zakończyły się około szóstej rano, gdy obu panów wyproszono z jednej z okolicznych knajp. Niepocieszeni imprezowicze – chcąc nie chcąc – udali się do samochodu. Cunningham usiadł za kółkiem i zaczął się kierować w stronę centrum Madrytu. Nie zapiął pasów. Co było dość zaskakujące, bo słynął z tego, że robi to zawsze i ma na tym punkcie niemalże chorobliwą obsesję.

Godzinę później już nie żył. Po wyjeździe zza zakrętu zaskoczył go zaparkowany na poboczu samochód. Cunningham zdążył uniknąć zderzenia ze stojącym autem, ale stracił panowanie nad własnym pojazdem. Jego Seat przekoziołkował przez kilkanaście metrów, aż wreszcie zaległ w przydrożnych chaszczach, zgnieciony jak aluminiowa puszka. Co ciekawe – jego zagadkowy współpasażer przeżył straszliwy wypadek i… jeszcze tego samego dnia, na własne życzenie wypisał się ze szpitala. Ślad po nim zaginął.

Statue unveiled of the late former Leyton Orient and Real Madrid player, Laurie Cunningham, who was the first black player to play for England at senior level. The statue was unveiled in Coronation Gardens in Leyton, East London. November 30 2017 POMNIK PILKARZ REAL MADRYT PILKA NOZNA FOT. SWNS/NEWSPIX.PL POLAND ONLY !!! --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Tablica pamiątkowa poświęcona Cunninghamowi. (fot. NewsPix)

33 lata. Laurie Cunningham żył szybko i szybko odszedł. W gruncie rzeczy nie osiągnął w futbolu wystarczająco wiele, by zapisać się złotymi zgłoskami w jego dziejach. A jednak dla wielu pozostaje zawodnikiem absolutnie niezapomnianym. Wręcz kultowym.

– Jako młodzi, czarni chłopcy, znaliśmy oczywiście wszystkich słynnych czarnoskórych zawodników. Było ich już wtedy w Anglii tylko paru. Cyrille Regis, Garth Crooks, Viv Anderson i tak dalej. Wcześniej pojawili się także Clyde Best, Ade Coker. Cieszyliśmy się, że możemy ich oglądać, ale oni… niewiele dla nas znaczyli jako piłkarze. Byli nieźli, lecz grali w bardzo bezpośredni sposób. Odebrać, oddać. Odebrać, oddać. Na boisku zachowywali się tak samo jak biali zawodnicy. Trochę nas to śmieszyło. Ale wtedy właśnie pojawił się Laurie Cunningham – wspominał swojego idola Ian Wright, 33-krotny reprezentant Anglii. Dla niego, podobnie jak dla wielu innych czarnoskórych zawodników, kariera Cunninghama była drogowskazem. – Laurie miał wielkie umiejętności, ale – przede wszystkim- miał też w sobie ten vibe. Grał tak, jak my chcielibyśmy grać. Do profesjonalnego futbolu wniósł wolność.

MICHAŁ KOŁKOWSKI

fot. NewsPix.pl

źródła: First Among Equals – The Laurie Cunningham Story (KLIK); Laurie Cunningham – the poet, ballet dancer and shopaholic who always wore an ironed white shirt on match day (KLIK); Different Class: Football, Fashion and Funk – The Story of Laurie Cunningham; Laurie Cunningham: the dancing footballer with eternal youth (KLIK); The Three Degrees: The Men Who Changed British Football Forever; Ron Atkinson: The Manager; Kevin Keegan: My Life in Football; Enoch Powell: Ulicami popłyną rzeki krwi. „Musimy być szaleni jako naród, aby pozwalać na napływ tysięcy imigrantów” (KLIK).

KOMENTARZE (6)