Ukraiński numer, czyli jak oszukać system i spędzić tydzień w Katarze na koszt bukmachera
Inne sporty

Ukraiński numer, czyli jak oszukać system i spędzić tydzień w Katarze na koszt bukmachera

Ej, stary, zima przyszła, w Kijowie jutro ma być srogi mróz. Może byśmy tak wyskoczyli na tydzień do Kataru, wygrzejemy się na słonku, pobalujemy trochę, posiedzimy w wypasionym hotelu. Co ty na to?”. „No, pięknie, ale taka zabawa trochę kosztuje, a ja zupełnie nie mam siana”. „Spoko, ogarnę to. Zagram w turnieju tenisowym”. „No jak, Artem, przecież ty w życiu nie trzymałeś rakiety tenisowej w ręku, to jak chcesz zagrać w międzynarodowym turnieju?! To się nigdy nie uda”. „Tak? Potrzymaj mi piwo!”. Bardzo nas ciekawi, czy właśnie tak wyglądała rozmowa dwóch ziomków z Ukrainy, ale faktycznie – finał miała w Katarze. Tak, na turnieju tenisowym. I tak, Artem zarobił w ten sposób na cały wyjazd. Sprawa jednak jest znacznie mniej wesoła niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Kiedyś dobre kryminały zawsze zaczynały się od budowania napięcia, po pewnym czasie pojawiał się trup, a następnie rozpoczynał się mozolny proces poszukiwania sprawcy. Ostatnio coraz częściej mamy do czynienia z zupełnie odwrotnym sposobem konstruowania opowieści. Świetnym przykładem jest bardzo dobry serial „The Sinner”, dostępny na platformie Netflix. Tam w pierwszej scenie widzimy jak na dłoni scenę zabójstwa, nie musimy więc sobie zadawać klasycznego pytania „kto zabił”. Zamiast tego, przez cały sezon, razem z bohaterami produkcji dochodzimy do tego „dlaczego zabił”. Podobnie będzie w tej opowieści, w której od początku jasne jest, kto zagrał w turnieju tenisowym.

Jak zostać zawodowym tenisistą?

Otóż, zagrał pan Artem Bahmet, 22-latek z Ukrainy. Zazwyczaj, gdy piszemy o mało znanym tenisiście, próbujemy przeczesać różnego rodzaju tenisowe fora, sprawdzamy statystyki, pytamy zaprzyjaźnionych trenerów, czy dziennikarzy tenisowych z danego kraju. Praktycznie zawsze udaje się czegoś w ten sposób dowiedzieć, nawet o mocno anonimowych zawodnikach. Nie w tym przypadku. Z banalnego powodu: Artem Bahmet po prostu nie jest profesjonalnym tenisistą. Ba, tenisistą nie jest w ogóle. Doskonale było to widać w transmisji meczu, dzięki któremu nikomu nieznany Ukrainiec nagle zaistniał w sportowych mediach na całym świecie.

A było tak. W katarskiej Dausze odbywa się w tym tygodniu turniej tenisowy. W przeciwieństwie do wielkich imprez, z udziałem Rogera Federera, Novaka Djokovicia, czy choćby naszego Huberta Hurkacza, tym razem jest to malutkie przedsięwzięcie. Ot, turniej w ramach rozgrywek Futures, czyli najniższej rangi zawodowego tenisa. W tego typu zawodach, jak sama nazwa wskazuje, występują głównie młodzi tenisiści, próbujący się przebić do poważniejszego grania. Musicie wiedzieć, że cała zabawa jest zdecydowanie nieopłacalna. W takiej Dausze na przykład pula nagród wynosi 15 tysięcy dolarów. Cała pula nagród. Do podziału na 32 zawodników w turnieju singla i kolejnych 32 w turnieju debla. Wygranie całej imprezy w grze pojedynczej to premia w wysokości 2,160 dolarów, czyli mniej więcej 8 tysięcy złotych. Niby sporo, ale jeśli policzymy ceny biletów lotniczych dla zawodnika i trenera, tydzień noclegów w hotelu i wszelkie dodatkowe koszty, nagle okaże się, że balansujemy na cienkiej linie pomiędzy spięciem budżetu, a prostą drogą do bankructwa. A przecież mówimy o wygranej w turnieju, którą – co oczywiste – cieszyć może się tylko jeden gracz. Finalista z Dauhy wyjedzie z czekiem na 1,272 dolary, półfinaliści zarobią po 753 dolary, a ćwierćfinaliści – po 438. To nie wypłata, to kieszonkowe…

W każdym razie, w Dausze odbywa się właśnie turniej ITF Futures. Grają w nim głównie bardzo młodzi zawodnicy, notowani zdecydowanie z dala od poważnego tenisa. Dość powiedzieć, że aby znaleźć się w gronie ośmiu rozstawionych graczy tej imprezy, wystarczył ranking na poziomie końcówki szóstej setki rankingu ATP. Ba, Gruzin Aleksandre Bakshi, który może się pochwalić 1038. pozycją na liście ATP, mógł zagrać w Dausze bez eliminacji. A to jeszcze nic. Aby wskoczyć do wspomnianych eliminacji, ranking ATP w ogóle nie był potrzebny. Wystarczyło zgłosić się do sekretariatu zawodów, zapłacić wpisowe w wysokości mniej więcej 130 złotych i… szykować się do gry.

Powiecie pewnie w tym miejscu: no, ok, ale to przecież na pewno nie jest takie łatwe, trzeba mieć jakąś kartę zawodnika, jakąś legitymację, papier, cokolwiek. Oczywiście, potrzebna jest legitymacja członkowska ITF (Międzynarodowa Federacja Tenisa), albo IPIN (międzynarodowy numer identyfikacyjny gracza). Rzecz w tym, że wyrobienie takiego numeru na rok kosztuje niespełna 180 złotych, a cała procedura trwa dokładnie tyle, ile zajmuje przesłanie kasy na konto ITF, czyli w dzisiejszych realiach jakieś dwie minuty. Nikt zbędnych pytań nie zadaje.

0 wygranych gemów, 0 wygranych punktów

Pan Artem wyrobił więc sobie IPIN, poleciał do Kataru, zameldował się w drogim hotelu, skąd udał się na korty tenisowe. Tam zgłosił się do sekretariatu turnieju i poprosił o wpisanie go na listę uczestników eliminacji. W wyniku losowania trafił w pierwszej rundzie na Krittina Koaykula, 24-letniego reprezentanta Tajlandii, 1,369 w zestawieniu ATP. I cóż, Koaykul wielkich osiągnięć nie ma, w całym kończącym się sezonie najlepiej spisał się w Kuwejcie, w turnieju ITF o puli nagród 15 tysięcy dolarów, gdzie wygrał dwa mecze w kwalifikacjach, a następnie dwa w turnieju głównym. Od tego tygodnia może się za to pochwalić czymś, co nie udało się większości zawodników, zawodowo grających w tenisa, a mianowicie, tak zwanym „złotym meczem”. W tenisie nazywa się tak spotkanie, w którym ktoś wygra 6:0, 6:0, nie przegrywając ani jednej piłki (48:0). Taj właśnie tak odprawił Artema Bahmeta. Podejrzewamy, że bardziej spocił się w czasie rozgrzewki niż podczas trwającego jakieś pół godziny meczu. Chcielibyśmy napisać, że Ukrainiec robił, co mógł, żeby się przeciwstawić, ale to niestety nieprawda. Zresztą, zobaczcie sami.

Kiedy nagranie z tego meczu trafiło do sieci, Bahmet szybko zyskał przydomek „najgorszy tenisista świata”. Prawda jest jednak taka, że Ukrainiec wcale tenisistą nie jest. Ani najgorszym, ani najlepszym. Po prostu: w ogóle. W czasie meczu z Koaykulem rakietę trzymał w ręku po raz pierwszy w życiu. Po co więc poleciał do Kataru i wziął udział w turnieju? Już wyjaśniamy.

On nawet nie zna zasad gry w tenisa

Na jednym z rosyjskojęzycznych forów internetowych, poświęconych zakładom bukmacherskim, na całą sprawę rzucono nowe światło. Z wpisów tam opublikowanych wynika, że Artem Bahmet jest jednym z administratorów, czy nawet właścicielem forum.

Na tym filmie nasz szef Artem gra w turnieju ITF. Artem dziś ma rakietę tenisową w ręku po raz pierwszy w życiu. To najlepszy mecz w naszym życiu, mój szef gra. Tak przy okazji, Artem nawet nie zna zasad gry w tenisa” – brzmi jeden z wpisów.

Po co więc to wszystko? Happening? Przygoda? Wygłupy? Sposób na zaistnienie na youtube? Cóż, dobrze by było, ale niestety sprawa ma ciemniejszy odcień. Wygląda na to, że był to po prostu bardzo oryginalny sposób na zarobienie pieniędzy. Kolejny wpis ze wspomnianego forum mówi jeszcze więcej:

Zakłady na ten mecz pokryły koszty przelotu do Dauhy dla dwóch osób, tygodnia w doskonałym hotelu i jeszcze niezła kasa została. A to tylko część potencjalnego profitu z tego wyjazdu. Przez cały tydzień Mont i Artem będą na turnieju, robiąc transmisje z kortów, a w przyszłym tygodniu znów zagrają w kwalifikacjach i postawią przeciwko sobie”.

Artema już znacie. Mont to jego ziomek, także specjalista od zakładów bukmacherskich. On w sieci opublikował z kolei screeny z konta na jednej ze stron bukmacherskich. A tam zakłady na łączną kwotę 1,211 euro, wszystkie przeciwko Bahmetowi, w różnych opcjach, jak choćby, że w pierwszym gemie serwisowym Ukraińca zostaną rozegrane tylko 4 punkty (kurs 6,50 do 1), że w pierwszym gemie serwisowym Taja także będą jedynie 4 punkty (4:1), że w danym gemie serwisowym Bahmeta nie będzie równowagi (1,36:1) oraz że przy serwisie Ukraińca w pierwszym gemie wygra Koaykul (1,61:1). Jak wiemy po wyniku, po każdym zakładzie Mont mógł wesoło zakrzyknąć: „weszło!”, po czym bukmacher na jego konto przelał równe 2,203 euro (prawie 9,5 tysiąca złotych). Żeby było śmieszniej, to więcej niż dostanie zwycięzca całego turnieju.

zakłady artem

Co w tym wszystkim jest najciekawsze, to fakt, że prawdopodobnie Ukraińcy zarobili łatwe pieniądze, nie popełniając wcale przestępstwa. Bo złamaniem prawa jest ustawianie wyników meczu, wpływanie na przebieg rywalizacji, czy korumpowanie graczy. W tym przypadku bardzo łatwo będzie udowodnić, że do niczego takiego nie doszło. Mont po prostu dysponował wiedzą o tym, że Bahmet najzwyczajniej w świecie nie potrafi grać w tenisa. Przyznacie – gdybyście wiedzieli, że facet pierwszy raz w życiu trzyma rakietę tenisową w ręku, też byście z dużym prawdopodobieństwem mogli stawiać, że meczu to on raczej nie wygra. Nie, że oszuka, że się podłoży, że celowo zagra w aut. Nie, on zagrał na swoim poziomie, żenującym i kompletnie amatorskim. To zwyczajnie nie jego wina, że ktoś go dopuścił do gry, a ktoś inny pozwolił stawiać pieniądze na jego mecz.

Europol zgarnął 83 osoby

Co na to Międzynarodowa Federacja Tenisowa? Cóż, wygląda na to, że nie może zbyt wiele zrobić, oczywiście, poza ograniczeniem dostępu do gry takim gagatkom, jak Artem Bahmet. Inna sprawa, że na najniższym poziomie rozgrywkowym przecież chodzi właśnie o umożliwienie gry amatorom i graczom mocno początkującym. Turniej w Katarze nie ma problemów z finansowaniem. Ale przecież takich imprez, z pulą po 15 tysięcy dolarów, tylko w tym tygodniu odbywa się na całym świecie siedem, głównie w turystycznych miejscowościach (Santo Domingo, Kair, Heraklion, Monastir, Antalya, Cancun i właśnie Dauha). Dla organizatorów części z nich otworzenie drzwi do kwalifikacji przed amatorami oznacza po prostu dodatkowe dolary, które pomogą spiąć budżet.

Tenis ma duży problem z ustawianiem meczów. W styczniu Europol poinformował na przykład o zatrzymaniu 83 osób, w tym 28 zawodników, zamieszanych w ustawianie wyników meczów. Chociaż tak naprawdę wypadałoby napisać nie „ustawianie wyników”, a raczej „ustawianie przebiegu meczów”. W zakładach bukmacherskich nie obstawia się dziś tylko zdarzeń typu: wygra zawodnik A, albo zawodnik B. Znacznie więcej jest zakładów na poszczególne zdarzenia, tak, jak było w omawianym przypadku z Kataru. Oferta firm bukmacherskich jest bardzo szeroka oraz – co bardzo ważne – dostępna na żywo. Który zawodnik wygra najbliższego gema? Czy w rozpoczynającym się właśnie gemie nastąpi przełamanie? Kto wygra pierwszego seta? A może kiedy gracz A zdecydowanie przegra pierwszą partię, chciałbyś postawić, że jednak wygra cały mecz? Prosimy bardzo. Do wyboru, do koloru.

W praktyce, gdyby ktoś próbował ustawić na przykład wynik meczu piłkarskiego, powinien „zorganizować” co najmniej kilku piłkarzy, a dla bezpieczeństwa – także sędziego. W tenisie jest dużo łatwiej, bo mówimy o sporcie indywidualnym. W dodatku – przykładowy tenisista nawet nie musi się podłożyć i przegrać meczu, wystarczy, że w danym gemie zachowa się „jak należy”, czyli tak, jak obstawiono.

Można też zrobić (i zarobić) inaczej. Na przykład dając nieco pograć słabszemu rywalowi, czy oddając mu pierwszego seta. Młody polski tenisista Arkadiusz Kocyła, nawiasem mówiąc zdyskwalifikowany na kilka lat za udział w ustawionym meczu tenisowym, kiedyś grał z rutynowanym rywalem z Brazylii. Jego ojciec, Krzysztof, opowiadał o tym meczu w „Przeglądzie Sportowym” tak: „Arek wylosował Joao Souzę, Brazylijczyka z pierwszej setki rankingu. Kosa niesamowita, bałem się kompromitacji. Syn był 1400. w rankingu. Ale spojrzałem na kursy u bukmacherów. Na wygranie seta przez syna wynosił 8:1. Normalnie nie było możliwości, by syn wygrał seta, ale Souza odstawił komedię. Udawał kontuzję, wyrzucał piłkę w płot, wzywał lekarza. Syn wygrał seta 6:3. W drugim było 5:5. Ale gdy tylko Souza podkręcał tempo, mój syn nie istniał. Brazylijczyk wygrał 7:5, a trzeciego 6:3. Nie ma opcji, by ktoś nie zarobił. Syn nieświadomy opowiadał w wywiadach, jak był blisko zwycięstwa. A tak naprawdę Souza miał wszystko pod kontrolą. Ten mecz miał ustawiony” – mówił.

Najgorszy mecz tenisa w historii

Rzecz w tym, że czegoś takiego niemal nie da się udowodnić. Oczywiście, o ile nikt się nie wygada, albo ktoś nie przesadzi u bukmachera. Bo naturalnie, kiedy mamy „ustawiony” wynik meczu, czy danego zdarzenia, może się pojawić pokusa, żeby zagrać grubo i wygrać ogromną sumę. Rzecz w tym, że zarówno bukmacherzy, jak i powołana jakiś czas temu Tennis Integrity Unit bardzo uważnie się przyglądają wszelkim podejrzanym ruchom.

Tak zresztą było w przypadku jednej z pierwszych głośnych spraw. Żeby było ciekawiej, wszystko wydarzyło się w… Sopocie. Nad polskim morzem przez wiele lat odbywał się turniej rangi ATP, który do historii przeszedł jako pierwsza zawodowa impreza jaką wygrał młody Rafael Nadal.

W 2007 roku grał tam Nikołaj Dawidienko, wówczas 4. rakieta świata. Rywalem Rosjanina w drugiej rundzie był niemal anonimowy Argentyńczyk Martin Vassallo-Arguello. Murowany faworyt prowadził już 6:2, 3:0, kiedy nagle zaczął popełniać błąd za błędem. W efekcie przegrał drugą partię, a w trzeciej skreczował. Po wszystkim tłumaczył się, że wszystkiemu winne były kłopoty lewą stopą. Oczywiście, takich przypadków w historii tenisa jest mnóstwo, ostatecznie w tym sporcie nie zwycięża ten, kto zdobędzie więcej punktów, ale ten, kto wygra ostatnią piłkę. Trudno jednak nie mieć podejrzeń, skoro nagle, przy stanie 3:0 w drugim secie, tuż przed nagłym zjazdem formy Dawidienki, z wielu różnych kont na stronach z zakładami bukmacherskimi na całym świecie, poszły grube zakłady na zwycięstwo Vassallo-Arguello. Podczas, gdy średnia suma zakładów na mecz tej rangi w tego typu turnieju wynosił wówczas około 350 tysięcy funtów, na wspomniane spotkanie postawiono prawie 4 miliony. Mark Davies, wówczas dyrektor bukmacherskiej firmy Betfair, opowiadał później: „Zadzwonił do mnie dyrektor naszego działu prawnego i powiedział: mamy tu najgorszy mecz tenisowy, jaki kiedykolwiek znajdował się na naszej stronie”.

Ostatecznie Betfair anulowało wszystkie zakłady na wspomniane spotkanie, a ATP rozpoczęło zakrojone na szeroką skalę śledztwo. Nikomu jednak nigdy nic nie udowodniono. W innych przypadkach skuteczność śledczych była dużo większa, w ostatnich latach wydano kilka wyroków wieloletniej, a nawet dożywotniej dyskwalifikacji, także dla znanych i dobrze zarabiających zawodników.

Problem jest o tyle skomplikowany, że przy stosunkowo „typowych” stawkach zakładów trudno kogokolwiek złapać za rękę. Ba, tak naprawdę nie musi nawet dojść do klasycznego „ustawienia” wyniku, zawodnicy mogą się na przykład umówić, że zaczną mecz od dwóch przełamań, a potem będą już grali normalnie. Szybkie zakłady na przełamania w dwóch pierwszych gemach, sensowne stawki i już – wygrane więcej niż można zgarnąć w całym turnieju… Ewentualnie, można zarobić na dobre wakacje w Katarze. Można by tylko zrobić to nieco dyskretniej niż Artem „Najgorszy Tenisista Świata” Bahmet. Inna sprawa, że ma chłopak cojones. Pytanie tylko, czy nie będzie miał także na głowie smutnych panów z Tennis Integrity Unit, którzy nie lubią, kiedy ktoś sobie z nich robi jaja na oczach całego świata…

JAN CIOSEK

KOMENTARZE (16)