Liverpoolu, to MUSI być ten sezon
Anglia

Liverpoolu, to MUSI być ten sezon

Nigdy nie udało się żadnemu zespołowi w historii Premier League odrobić czternastu punktów straty do lidera i zostać mistrzem kraju. Dziś Liverpool ma taką właśnie przewagę nad Manchesterem City. Po derbach Manchesteru, starciu jednego z najbardziej poważanych trenerów na świecie z tym bodaj najczęściej kwestionowanym, z podniesionym czołem Etihad Stadium opuści ten drugi.

I trzeba przyznać, że co jak co, ale Ole Gunnar Solskjaer patent na mecze z największymi tej ligi ma. Trudno w to uwierzyć, ale po starciach ze wszystkimi pozostałymi gigantami, Manchester United pozostaje niepokonany. Tottenham? Ograny 2:1 kilka dni temu. Chelsea? Rozjechana 4:0 w pierwszej kolejce. Arsenal i Liverpool? Remisy po 1:1.

No i dziś City.

Prawdziwa machina ofensywna, zdecydowanie najlepszy atak całej ligi, dziś z wypuszczonymi w bój wszystkimi najlepszymi żołnierzami Guardioli. Nie było kontuzjowanego Aguero, wiadomo, ale poza tym – De Bruyne, Bernardo Silva, Sterling – uwielbiający rotację Guardiola zwykle na najtrudniejsze starcia wypuszcza właśnie to trio. Z nimi próbował bezskutecznie zdobyć Anfield, oni mieli dzisiaj sprawić, że Etihad nie zostanie w tym sezonie ligowym podbite po raz drugi.

Tym większy musiał być zawód szkoleniowca City, gdy to właśnie Bernardo Silva był zalążkiem wszystkich nieszczęść. Do wjazdu Marcusa Rashforda w pole karne oba zespoły były w klinczu, aż tu świetnie ostatnio dysponowany Anglik wpadł z futbolówką pomiędzy kilku rywali i w tym gąszczu nóg jego kończyna skrzyżowała się z tą Portugalczyka. Trzeba było analizy VAR, by stwierdzić przewinienie, ale to było ewidentne. I choć United na początku sezonu częściej karne marnowali niż wykorzystywali, Rashford ostatnimi czasy uderza już dużo pewniej.

Chyba szok, w jakim trwali gracze City po tym zdarzeniu sprawił też, że niedługo później było już 2:0. Trudno inaczej tłumaczyć ich bierność i to, jak dali się duetowi Martial-James rozklepać czterej otaczający ich gracze gospodarzy. Uformowali ładny, choć niezbyt ruchliwy kwadrat, z którego z piłką wyszedł Francuz i jeszcze podbił wartość ogólnej konsternacji.

Ta była tym większa, że City, rozjeżdżające w środku tygodnia defensywę Burnley od lewej do prawej, nie mogło się przebić przez mur zbudowany przez Czerwone Diabły. Raheem Sterling, jeden z przecież najbardziej drapieżnych skrzydłowych świata, z plastrem w osobie Aarona Wana-Bissaki był dziś groźny jak gumowa kaczuszka. Niewiele więcej udało się zrobić Riyadowi Mahrezowi – cały czas szukał swojej klepki do uderzenia, odnalazł ją dopiero w końcówce, gdy na medal spisał się De Gea.

Tym większą wspomniana interwencja Hiszpana miała wartość, że w końcu udało się w murze defensywnym United znaleźć wyrwę. Na pięć minut przed końcem, gdy z rzutu rożnego dorzucił Mahrez, a najwyżej wyskoczył rezerwowy Otamendi. Był to też gol symboliczny, bo to jedna z niewielu sytuacji, gdy City spróbowało być bardziej bezpośrednie, a nie tylko wjeżdżać jak najbliżej piątki i stamtąd grać w pole bramkowe. Każda z tych akcji była czytelna, za każdą podążało dość graczy United, by prędzej czy później ją skasować.

Tak jak mówił niedawno Pep Guardiola, Manchesterowi City zdecydowanie czegoś brakuje. I to coś, to nie jest tylko czternaście punktów. Wymowne, że Pep Guardiola nigdy wcześniej nie zdobył w swojej menedżerskiej karierze tak małej liczby punktów w szesnastu pierwszych kolejkach sezonu. Że gdyby od dziś do końca sezonu City wygrało wszystkie 22 spotkania, tylko wyrównałoby punktowy wynik z poprzednich rozgrywek.

Manchester City – Manchester United 1:2
Otamendi 85’ – Rashford 23’, Martial 29’

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (18)