Amaral z Jóźwiakiem rywalizują na noże, a Lech korzysta
Weszło

Amaral z Jóźwiakiem rywalizują na noże, a Lech korzysta

Wczoraj na przykładzie Górnika Zabrze przekonaliśmy się, ile znaczy dobra ławka rezerwowych. Dziś z kolei patrząc na Lecha Poznań mogliśmy zobaczyć, jak cenna jest rywalizacja dwóch zawodników potrafiących sporo dać drużynie. Gdyby walka o skład w klubach Ekstraklasy na co drugiej pozycji wyglądała tak jak między Joao Amaralem a Kamilem Jóźwiakiem, to niektórzy po wyjeździe na Zachód mówiliby, że tam pod tym względem jest bardziej lajtowo. Dla kibiców „Kolejorza” najważniejsze, że ich zespół na tej rywalizacji wymiernie korzysta.

Powoli dobiegała godzina meczu z ŁKS-em. Amaral już na pewno wiedział, że Jóźwiak szykuje się do wejścia i prawdopodobnie to on zostanie ściągnięty. W sumie mógł się czuć rozczarowany, bo już do tego momentu grał naprawdę nieźle. Gdyby Pedro Tiba zdobył wreszcie swoją pierwszą bramkę w tym sezonie, zanotowałby klasową asystę, ale skończyło się strzałem na wślizgu w maliny. Portugalski skrzydłowy potrafił też nieźle kopnąć zza pola karnego. Albo założyć siatkę – gdy Jan Sobociński już niejako w swoim stylu podał piłkę pod nogi rywali – i groźnie dośrodkować. Gości bardzo przytomną interwencją uratował wtedy Kamil Juraszek, który w ostatniej chwili wskoczył do wyjściowej jedenastki za chorego Masymiliana Rozwandowicza. Okazał się znacznie pewniejszy niż jego młodszy kolega ze środka obrony.

Dobra, wróćmy do Amarala. Nastąpiła przerwa w grze i Jóźwiak mógł już wejść. Mimo to sędzia Daniel Stefański dostał sygnał z ławki, że jeszcze nie teraz. Gra znów się rozpoczęła. Lubomir Satka, po kontuzji Roberta Gumnego przestawiony na prawą obronę, podał do Portugalczyka, a ten najwyraźniej uznał, że nie ma już nic do stracenia, po tej akcji schodzi, więc niech się dzieje. I działo się! Najpierw Amaral schodząc ze skrzydła do środka łatwo minął Guimę, który po chwili chciał go jeszcze sfaulować i nawet na to był za wolny. Następnie, już w polu karnym, nawinięty został Łukasz Piątek i nastąpił strzał pod poprzeczkę w bliższy róg. Naprawdę niezły, nie ulega jednak wątpliwości, że Arkadiusz Malarz powinien zrobić więcej. Pięknie wpadło, 1:0, Amaral triumfował. Trener Dariusz Żuraw docenił ten fakt, wstrzymał zmianę, a kiedy do niej wrócono, do boksu powędrował Tymoteusz Puchacz. Portugalczyk ostatecznie wydłużył swój występ do 70. minuty.

Cała zamieszanie na pewno trochę nabuzowało Jóźwiaka. W poprzedniej kolejce pauzował, musiał zaleczyć drobny uraz, teraz zaś zaczął na ławce. A przecież dopiero co debiutował w seniorskiej reprezentacji, trzeba iść za ciosem. Jak już się zameldował na boisku, non stop był pod grą. Dwukrotnie wbiegał ze skrzydła w pole karne, dochodząc w ten sposób do stuprocentowych sytuacji. Za pierwszym razem z podania innego rezerwowego, Jakuba Kamińskiego, nie skorzystał, Malarz zrewanżował się za nie najlepszą interwencję przy golu Amarala. W trzeciej minucie doliczonego czasu (było ich aż dziewięć przez dym z rac) Jóźwiak już się nie pomylił. Ponownie pokazał się 17-letni Kamiński. Efektownie poklepał z Darko Jevticiem, znów zagrał na dziesiąty metr i tym razem piłka zatrzepotała w siatce. Na koniec Jóźwiak dołożył do pieca, ośmieszając wręcz Grzesika widowiskowym przerzuceniem piłki nad jego głową. Takie rzeczy w Ekstraklasie dostajemy tak rzadko, że jak już się wydarzą, trzeba je pokazywać do znudzenia.

ŁKS przed przerwał miewał lepsze fragmenty, ale w gruncie rzeczy – mimo dwunastu strzałów, z czego trzech celnych – przez cały mecz nie wypracował sobie żadnej konkretnej okazji. Czyli klasyka. Wielu ludzi do grania wstępu na fortepianie, nikogo do dania czadu w refrenie. Dani Ramirez nieźle rozdzielał piłki, tyle że potem nie było z kim grać. Pirulo przynajmniej jeszcze próbował strzałów z dalszej odległości. Guima nie zrobił nic, a żadnego zagrożenia nie stanowił Łukasz Sekulski. Jak już zabrał piłkę przy linii bocznej Tomaszowi Dejewskiemu, to mając w perspektywie 1 na 1 w polu karnym, w banalny sposób za mocno ją sobie wypuścił i było po wszystkim. Słabo w środku pola wypadł kapitan Piątek. Sporo niefrasobliwości w defensywie, zero pożytku w ofensywie.

Jasne, można dyskutować, czy gościom nie należała się jedenastka, gdy piłka najpierw odbiła się od ręki Muhara, później zaś od ręki Rogne. Nie mamy stuprocentowej pewności, ale bardziej skłanialibyśmy się ku temu, co postanowili sędziowie: gramy dalej. Tak czy siak, nie zmienia to faktu, że ŁKS pokazał dziś za mało.

Lech powinien wygrać wyżej. O sytuacji Tiby już mówiliśmy, a przecież była jeszcze setka Gytkjaera po jego idealnym dośrodkowaniu, która zakończyła się podaniem do bramkarza. Do tego kilka niezłych prób z daleka, Malarz musiał się porzucać.

„Kolejorz” odniósł trzecie z rzędu ligowe zwycięstwo, a licząc Puchar Polski, od pięciu meczów nie stracił gola. Kontakt z czołówką ponownie nawiązany. W Łodzi po staremu – przedostatnie miejsce, raczej bez widoków na coś przełomowego w tym roku.

lech lks grafa pomeczowa

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (13)