Cuda! Znośny w odbiorze mecz w Krakowie!
Weszło

Cuda! Znośny w odbiorze mecz w Krakowie!

Przygotowaliśmy się na konkurs lotów piłkarskich, gdzie futbolówka będzie frunęła jak najlżejsi skoczkowie na mamuciej skoczni w Planicy, tymczasem dostaliśmy kawałeczek bardzo fajnej piłki w wykonaniu obu drużyn. Oczywiście, podstawowym orężem i Rakowa, i Cracovii pozostawał efektowny upadek na trzydziestym metrze, po czym wstrzelenie piłki w pole karne ze stojącej piłki, ale pomiędzy tymi okresami kolejnych dośrodkowań, mieliśmy naprawdę sporą porcję futbolowego mięsa. 

Raków atakował w sposób, którego w sumie byśmy nie przewidzieli. Najlepsze ich sytuacje to bowiem nie te momenty, gdy Petrasek ruszał w szesnastkę rywali, ale gdy Piotr Malinowski czy Sebastian Musiolik nieco mocniej się garbili, zamykali oczy i parli w pole karne Cracovii. Jeszcze przed przerwą jeden taki rajd pomiędzy dwoma obrońcami Cracovii skończył się świetną sytuacją Babenki, drugi, w wykonaniu Musiolika, rzutem wolnym z 20. metra. Gdy dodamy do tego uderzenie w słupek Bartla, mamy obraz naprawdę fajnej połówki w wykonaniu gości. Po przerwie atakowali już nieco rzadziej i mniej efektywnie, ale też trzeba przyznać, że Cracovia zaczęła prowadzić grę.

O ile w pierwszych czterdziestu pięciu minutach najlepszą sytuację miał chyba Piszczek, gdy zmarnował świetne podanie od Dimuna, o tyle po przerwie „Pasy” atakowały rytmicznie, co kilka minut, za każdym razem z podobnym efektem: doskonałą pozycją do strzału i fatalnym momentem samego uderzenia. Taśmowo mylili się Strózik i Vestenicky, ten drugi miał zresztą też niezłą patelnię jeszcze przed przerwą. Schemat był cały czas identyczny – Cracovia przytomnie rozciąga do boku, ale zamiast w swoim stylu pakować dośrodkowanie na środek pola karnego, próbuje kombinować. A to Strózik wjeżdża odważnie dryblingiem i jest o krok od wywalczenia rzutu karnego, gdyby zamiast Jacha był inny obrońca, pewnie nie zdołałby przeszkodzić przeciwnikowi bez faulu. A to Rakoczy zagrywa płaską piłkę zewniakiem. A to niska centra, zablokowana łokciem przez Azemovicia (naszym zdaniem bez karnego, sędziowie oraz VAR też tak uważali, Michał Probierz twierdził, że raczej karny).

Fajnie to wychodziło, bo sporo roboty miał Gliwa, sporo emocji czuli nawet postronni kibice, a przede wszystkim – w głównych rolach grali ci słynni młodzi Polacy, przede wszystkim Rakoczy. Antybohaterowie? Cecarić i Diego, na takim poziomie dokładności, że prawdopodobnie do teraz próbują trafić w drzwi tunelu prowadzącego do szatni. Gdybyśmy mieli jeszcze kogoś wyróżnić na plus, pewnie postawilibyśmy na Siplaka, który tak się rozkręcił ze stojącej piłki, że niemal strzelił gola bezpośrednio z rzutu rożnego. Ogólnie centrostrzałów było z pięć, wszystkie groźne, ale mamy wrażenie, że trochę też panikował Gliwa, za każdym razem przerzucając strzał nad poprzeczką, zamiast złapać w ręce.

Jak sami już na pewno się domyślacie – w tym meczu było wszystko. Malinowski w roli Bale’a. Jach szarżujący na lewym ataku. Petrasek, który pomiędzy stałymi fragmentami nawet nie wracał na swoją połowę. Piszczek w roli błyskotliwego skrzydłowego. Piszczek w roli niegramotnego napastnika. Był nawet ukarany żółtą kartką wiceprezes Michał Probierz. Nie było tylko jednego – goli, przez co po 90 minutach naprawdę fajnej gierki dostaliśmy jeszcze bonusowe pół godziny.

Tempo dogrywki trochę siadło, ale też mieliśmy tutaj jedną świetną sytuację, gdy po ofiarnym rajdzie (tak, w słowniku Piotra Malinowskiego istnieje takie zagranie) Rakowa świetną okazję miał Piątkowski. Uderzył mocno, nawet w miarę celnie, ale na posterunku był Hrosso.

Hm, co można napisać o tym, co działo się później? Przez jakieś 20 minut nie działo się kompletnie nic, po czym widowisko w swoje ręce wziął Michał Probierz, który nieomal eksplodował, gdy sędziowie nakazali strzelać rzuty karne na bramkę, która znajdowała się pod sektorem gości. Jego obawy, że kibice z Częstochowy zdekoncentrują Hrosso okazały się bezpodstawne. Bajecznie wyjął uderzenie Schwarza, potem wyczuł, że Jach nie nadaje się do kopania z jedenastego metra i po trzeciej serii karnych zrobiło się 3:1. Dimun dopełnił formalności i pierwszy z dwóch meczów Cracovii z Rakowem – dla tych pierwszych.

Czego życzymy sobie w lidze? Gry z okresu od 1. do 70. minuty. Ale coś nam podpowiada, że skończy się takim pykaniem jak w dogrywce. Tak czy owak – Cracovio, gratulacje.

Cracovia – Raków Częstochowa 0:0 (w karnych 4:1)

karne: Gol, Jablonsky, Dytiatiew, Dimun – Domański (nie strzelili Schwarz i Jach)

Fot.400mm.pl

KOMENTARZE (9)