Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Wczoraj na Weszło ukazała się rozmowa z moim kolegą mieszkającym w Szwecji, Piotrem Piotrowiczem, który opowiedział trochę o nastrojach po wylosowaniu Polski (KLIK!). Uwagę przykuwa przede wszystkim fakt, że u naszych grupowych rywali sporą wagę przykładało się nie do tego z kim zagra reprezentacja Trzech Koron, ale do tego, które miasto ugości szwedzkich kibiców.

Ostatecznie trafili naprawdę fajnie. Najpierw szybki czerwcowy urlop w Kraju Basków, zwiedzanie Bilbao i okolic, może jakiś wypad na plażę, na basen – na koniec tego wyjazdu mecz otwarcia na San Memes przeciw Hiszpanom. Później tydzień w Dublinie, w którym Szwecja rozegra dwa kolejne mecze, m.in. z nami. W przypadku awansu z drugiego miejsca, Szwedzi mogą się już kierować w stronę domu, bo zagrają w Kopenhadze, przy wyjściu z trzeciej lokaty możliwy jest powrót do Bilbao.

W ich przypadku wychodzi całkiem fajna i wcale nie taka potężnie droga wycieczka krajoznawcza – mecze w odpowiednim odstępie, by wszędzie zwiedzić kawałek miasta czy regionu, połączenia przystępne, miejscowości i stadiony dość urokliwe, a co najważniejsze – bardzo możliwy scenariusz, w którym cztery pierwsze mecze odbywają się w zaledwie dwóch miastach.

Tu jednak pojawia się naturalne pytanie: czy dla wszystkich kibiców w Europie los był równie łaskawy? Dziś już wiemy, że niekoniecznie, czego najlepszym dowodem Szwajcarzy.

Kibice, którzy chcieliby oglądać na żywo całą drogę Xherdana Shaqiriego po półfinał imprezy, będą musieli wydać krocie na podróże lotnicze i hotele, a co gorsza – zjeździć w czasie kilku tygodni całą Europę wzdłuż i wszerz. Wyobraźmy sobie Johanna, kibica z Bazylei, który czuje wewnętrzną potrzebę obserwowania z wysokości trybun wszystkich meczów swojej reprezentacji. Johann najpierw musi polecieć na koniec świata, czyli do Azerbejdżanu, gdzie na Stadionie Olimpijskim w Baku jego ulubieńcy zagrają z Walią. Potem szybka kąpiel i przelot do Rzymu, na drugi mecz grupowy. Ze stadionu Johann wyjdzie pewnie koło północy, właśnie rozpocznie się 18. dzień czerwca. Dokładnie 90 godzin później musi być już w Baku, gdzie zabrzmi pierwszy gwizdek ostatniego spotkania tej fazy.

Załóżmy, że Szwajcaria zajmuje drugie miejsce. 21 czerwca wieczorem Johann dowiaduje się, że 27 czerwca o 18.00 jego kadra gra w Amsterdamie. Zawija więc mandżur z Baku i leci na złamanie karku 4200 kilometrów do Holandii. Najgorsze, co może go w tej chwili spotkać, to zwycięstwo Szwajcarii. To bowiem będzie oznaczało, że zamiast zasłużonego odpoczynku w Bazylei, Johann musi ruszać… z powrotem do Baku, które ugości ćwierćfinalistów 4 lipca. Johann ma duże szczęście – półfinał i finał to już Londyn, więc czeka go już tylko jeden przelot na 4600 kilometrów i potem trasa do domu, do Bazylei, gdzie czeka już kochają żona z pozwem rozwodowym oraz pismem z banku wzywającym do spłaty kredytu zaciągniętego na miesiąc wojaży po Eurazji.

W Polsce, gdzie kibiców generalnie traktuje się jako zło konieczne, w dodatku w Polsce, gdzie nie ma jakichś szalonych tradycji podążania za drużyną reprezentacyjną, nikt właściwie nie zwraca uwagi na logistykę. Rozmawiamy o tym, gdzie kadra zostanie skoszarowana w taki sposób, żeby na każdy mecz lecieć w miarę blisko i bez obciążania drużyny kolejnymi podróżami. Rozmawiamy o tym, gdzie mamy w miarę sporą grupę emigracyjną, która może stworzyć show na trybunach. Ale prawie nie zwracamy uwagi na tych, którzy chcieliby po prostu przejechać za reprezentacją cały turniej. A nie oszukujmy się – odrobinę gorzej zakręcone kulki podczas losowania i zaliczenie stuprocentowej obecności na meczach Polaków stałoby się bardzo, bardzo trudne.

A to przecież dopiero początek cyrków. Weźmy na przykład Austriaka. Jego szlak zaczyna się w Bukareszcie, potem leci do Amsterdamu na mecz z Holandią, wraca do Bukaresztu. W scenariuszu, w którym Austria zajmuje trzecie miejsce w grupie, kolejne lokacje to Glasgow i Rzym lub Bukareszt i… Sankt Petersburg. Ale i tak Austriacy są w lepszej sytuacji niż Ukraińcy. Wyobrażacie sobie, że Jarmołenko i spółka idą tą ścieżką? A ich fani, niektórzy świeżo po powrocie z frontu w Donbasie, na ćwierćfinał lecą na stadion Zenita?

Pomijając, że polityczne szopki zaczną się już w barażach, na przykład przy spotkaniu Irlandii z Irlandią Północną, albo Węgrów z Rumunami. Trzymam też kciuki za Serbów, którzy już w grupie trafiliby na Chorwację, a przy splocie szczęśliwych okoliczności, w Budapeszcie po wyjściu z grupy mogliby zagrać z Kosowem. Niewypowiedziany żal towarzyszył mi, gdy z gry definitywnie wypadła Armenia, bo jej mecz w Baku byłby spełnieniem marzeń wszystkich ludzi trzymających kciuki za to, by świat wybuchnął.

***

Ale już pal licho politykę i logistykę dla kibiców. To Euro 2020 dość ewidentnie pokazuje niepokojący trend w piłce, który można nazwać „siatkowaceniem”. Do tej pory te słynne repasaże z Drużyną Przyjaciół Jarka Jakimowicza, które gwarantowały awans do Grupy B w Dywizji J były domeną siatkarskich imprez. Pamiętam te wielogodzinne dyskusje w rodzinnym gronie, gdy cała familia próbowała mi przetłumaczyć, dlaczego czwarte miejsce w grupie liczącej pięć zespołów jest dla nas najbardziej korzystne w kontekście awansu na Igrzyska Olimpijskie. Ja wówczas – wychowany na formule czterech drużyn w czterech grupach – patrzyłem na nich jak na kosmitów, ale szybko okazało się, że futbol uważnie obserwuje rozwój światowej siatkówki.

Mamy już dwa bardzo wyraźne zapożyczenia z tych wszystkich „Lig Światowych”. Po pierwsze: dodanie turniejów, które będą przedzielać okres pomiędzy tymi największymi imprezami. W siatkówce gra się non stop, momentami można odnieść wrażenie, że w jednym roku mamy Ligę Światową, Mistrzostwa Świata, Mistrzostwa Europy, Igrzyska Olimpijskie oraz dwa bardzo ważne Memoriały. Gra się wszędzie, nie zważając na odległości – jednego dnia jesteś w Brazylii, drugiego lecisz do Chin, by za tydzień próbować przypomnieć sobie nazwę tego polskiego miasta, w którym wylądowałeś nad ranem.

Po drugie zaś: maksymalne obniżenie poprzeczki przy regułach awansu. Domyślam się, że w przypadku siatkówki wynika to po prostu z niewielkiej liczby państw poważnie traktujących ten sport, czyli gwarantujących wystawienie drużyny zdolnej do walki z najlepszymi. Ale w piłce? Te ścieżki D, ścieżki Alfa Prim, ścieżki KMWTW – to jest tak nienaturalne jak Baku w roli gospodarza Euro.

Może zmieniłbym zdanie, gdybyśmy zamiast Lewandowskiego dalej mieli Niedzielana, a do awansu na Euro wystarczyłby nam remis z Białorusią i porażka niższa niż sześcioma golami z Finlandią. Ale na ten moment sądzę, że dalsze kroki w stronę zrobienia z piłki nożnej siatkówki bis to droga donikąd.

KOMENTARZE (15)