Leandro śmieje się, że z Legią odpali Garetha Bale’a
Weszło

Leandro śmieje się, że z Legią odpali Garetha Bale’a

Dzisiejszy mecz z Legią to dla Górnika Łęczna nagroda po świetnej rundzie w II lidze, ale też powrót do czasów, gdy najlepsze drużyny w Polsce przyjeżdżały na Lubelszczyznę regularnie. Przed meczem porozmawialiśmy z Maciejem Orłowskim, defensorem Górników, byłym piłkarzem Lecha Poznań. Orłowski opowiedział, że Łęczna czeka na mecz, wszystkie bilety zostały sprzedane, humory w drużynie dopisują, a dla niego, rodowitego poznaniaka, to mecz szczególny, a także mecz, o który się założył… z Lechem Poznań. Zapraszamy!

***

Jak analiza dzisiejszego przeciwnika?

Dobrze. Mogę powiedzieć, że to konik naszego sztabu szkoleniowego. Trener Kiereś to profesjonalista w każdym calu, nie tylko żyje każdym treningiem, ale też mamy bardzo dużo analiz. Mogę porównać i powiem, że analizy przeciwników są robione na poziomie Ekstraklasy.

Możesz zdradzić cokolwiek, co analizy powiedziały wam o Legii?

Mogę powiedzieć, że choć to jeden z najlepszych klubów w Polsce, i tak ostatecznie trzeba patrzeć na siebie, bo bez tego nic nie będzie. Prywatnie, jako że oglądam dużo Ekstraklasy, powiem, że uważam Luquinhasa za świetnego piłkarza. Szczególnie po tym, jak został przesunięty na środek – widać, że ma to coś, robi różnicę. Na pewno jeszcze Jose Kante, silny, szybki, dobry piłkarsko. Takiego gracza trzeba pilnować skrupulatnie.

Będziesz szedł w tą zgraną narrację, że „każdy mecz jest tak samo ważny”, która brzmi fajnie, z szacunkiem dla drugoligowych rywali, ale w którą i tak nie uwierzę?

Na pewno jest większy dreszczyk. Nie ukrywajmy, to więcej niż zwykły mecz. Dla mnie, jako rodowitego poznaniaka, to też szansa, by spełnić swoje marzenie, bo w barwach Lecha nie miałem okazji zmierzyć się z Legią, a zawsze tego chciałem. Wchodzi też w grę zakład z Twittera, jaki mam z Lechem.

Na czym polega?

Jeśli przejdziemy Legię, przyślą nam zaległe rogale świętomarcińskie.

Powiedziałeś chłopakom w szatni, że jest się o co bić?

Spróbowali, mówili, że im smakują, teraz w razie czego przyszłyby dla całego zespołu – myślę, że lepszej motywacji nie potrzeba.

Czuć w Łęcznej większe podekscytowanie meczem?

Tak, zdecydowanie. W tym momencie w klubie sprzedano pięć tysięcy biletów, gdzie ostatnio taka sytuacja miała miejsce w przedostatnim sezonie Górnika w Ekstraklasie. W II lidze przychodzi kibiców około tysiąca. To największe zainteresowanie meczem w Łęcznej od lat. Dla nas super, po to się gra w piłkę, żeby występować przed jak największą liczbą widzów. Musimy pokazać się z dobrej strony i sprawić, by jak najwięcej tych, którzy przyjdą zobaczyć nas pierwszy raz bądź po przerwie, zostało z nami również w lidze.

Wy tak naprawdę możecie do tego meczu podejść na luzie. To deser po udanej rundzie.

Nagroda za dobrą rundę, tak to trzeba określić, bo dwie porażki w ciągu dwudziestu meczów każdy brałby w ciemno przed startem. Ten mecz to czysta przygoda, możliwość sprawdzenia się.

Jakie mieliście cele przed startem sezonu?

Gdzieś wewnętrznie w zespole mówiliśmy, że chcielibyśmy być w czubie tabeli, na miejscach barażowych, potem spokojnie przygotować się przez zimę do ważniejszej rundy, bo wiadomo, że najwięcej wydarzy się wtedy. Chcieliśmy zbudować mocny fundament do kolejnej rundy, do walki o awans – to się udało zrobić, dziś myślę, że wszyscy w klubie, tak zawodnicy, sztab i prezesi są zadowoleni.

Takim przełomem, po słabszym początku, patrząc po waszych wynikach był remis na Widzewie.

Na pewno to był dodatkowy bodziec. Wiadomo jaka jest atmosfera na Widzewie, wiadomo jakie zrobił wzmocnienia, jaki ma budżet. Tymczasem my tamten mecz kontrolowaliśmy przez 80 minut, gdzie prowadziliśmy 2:0 a RTS nie stworzył sobie żadnej klarownej sytuacji. To nam wszystkim pokazało jaki mamy zespół i jaka praca jest wykonywana przez sztab. Szkoda, że ostatecznie skończyło się na 2:2, ale i tak plusów było więcej niż minusów, może trzy punkty uciekły przez proste błędy, ale z perspektywy tego, że Widzew złapał gaz, trzeba ten punkt szanować.

Kursy na Górnik Łęczna – Legia w ETOTO: Górnik 9.25 – remis 5.10 – Legia 1.39

A jaką wagę miały dla ciebie mecze z Lechem II? W żadnej drużynie nie spędziłeś więcej czasu.

Fajnie było spotkać starych znajomych, trenerów, twarze kojarzone w klubie. Na pewno bardziej emocjonalne było spotkanie we Wronkach…

Nie pomyliłeś szatni gości z szatnią gospodarzy?

Dziwnie było. W szatni gości wcześniej nie za wiele czasu spędziłem, łącznie może byłem tam ze trzy razy. Ciągnęło do szatni gospodarzy – wszedłem do niej na chwilę zbić piątki po meczu, zobaczyć też miejsce, przy którym siedziałem kilka lat.

Gdy ostatnio rozmawialiśmy, miałeś dobry moment, byłeś rozpatrywany do gry w lidze, a sam powiedziałeś mi, że marzysz, aby na koniec sezonu Lech był mistrzem, a ty w tym mistrzostwie żebyś pomógł. Życie jednak to nie bajka.

I tak to było spełnienie jednego z marzeń, by debiutować w ukochanym Lechu. Potem było tak, a nie inaczej, taka jest piłka. Znalazłem się w Górniku Łęczna i dobrze się tu czuję. Temat Lecha nie jest zamknięty, cały czas jestem zawodnikiem wypożyczonym.

Mogło się to potoczyć w Lechu inaczej? Przynajmniej jeśli chodzi o ciebie.

Zawsze może się potoczyć inaczej. Mam pretensje do siebie, powiem tak: spodziewałem się po sobie więcej. Przyszedł trener Nawałka, wielka postać, chciałem mu się pokazać, ale nie widział we mnie tego czegoś, więc spróbowałem na Lubelszczyźnie pod okiem kolejnego selekcjonera, Franciszka Smudy. Wątpię, by wielu zawodników miało okazję pracować w jednym roku z dwoma selekcjonerami reprezentacji Polski.

Była obawa, by ruszać? Jednak tyle lat spędziłeś w Poznaniu, miałeś w razie czego plac w dwójce.

Była lekka obawa, bo ja i moja narzeczona nigdy nie mieszkaliśmy dalej niż te – powiedzmy – sto kilometrów od Poznania. Pewną niewiadomą była też sytuacja Górnika, który spadał rok po roku. Ale magnes stanowiła osoba Franciszka Smudy. Wypowiedział się też, że zależy mu na mnie – spróbowaliśmy. Tamta runda pod względem wyników była taka sobie, teraz jest pozytywnie i z optymizmem patrzymy w przyszłość.

Dla ciebie Franz to ciekawa karta w Lechu Poznań, pewnie wtedy oglądałeś jego mecze, zastanawiałeś się jak to jest trenować u takiego szkoleniowca – dlatego też był takim magnesem.

Tak, słyszałem kilka historii o trenerze, myślałem, że są podkoloryzowane, ale wiele się sprawdziło. Jak powiedziałem Darkowi Dudce, że idę do Łęcznej do trenera Smudy, pierwsze co złapał się za głowę i powiedział:

– Zobaczysz, będziesz musiał pressować na całym boisku, a trener jeszcze będzie stał przy linii i krzyczał „press! press!”.

I faktycznie, przyjechałem, pierwszy trening, 30 minut biegania dookoła boiska, potem gierka mająca na celu taki pressing bramkarza, żeby nie mógł wybić piłki. Trener podkręcał wszystko spod linii. U trenera Smudy miałem też na pewno jeden z najcięższych okresów przygotowawczych, ale dla mnie to było super, cieszę się, że miałem okazję u niego trenować i mam nadzieję, że jeszcze kariery trenerskiej nie kończy.

Był tego lata temat, żebyś zamiast Górnikowi Łęczna w II lidze pomógł rezerwom Lecha w II lidze?

Były rozmowy, tam też potrzebują zawodników troszkę bardziej doświadczonych, ale trener Kiereś i prezesi Górnika chcieli, żebym został. Widzieli mnie w tym projekcie, a ja się cieszę, że jestem jego częścią. Tu też mam możliwość awansu sportowego, bo rezerwy nie mogą awansować. Specyfika gry rezerw też jest inna – możesz grać świetnie, ale schodzi ktoś z pierwszego zespołu to ustępujesz miejsca. Może jakbym był młodym zawodnikiem łatwo by to przychodziło, ale mam 25 lat, chcę grać w piłkę na wyższym poziomie, uważam, że jestem w stanie to robić, więc trudniej byłoby mi zaakceptować taką sytuację. Dopóki ambicji starczy, chcę powalczyć, chcę być po prostu pełnoprawnym piłkarzem. Może jak będę bliżej końca kariery wtedy mogę pomóc swoim doświadczeniem.

Paweł Sasin i Leandro, weterani szatni, często opowiadają dawne dzieje?

To ikony, przeżyły niejedno w klubie. Teraz Leandro śmieje się, że szykuje na Legię taką akcję, jaką zrobił już kiedyś, gdy odpalił Garetha Bale’a i przebiegł wzdłuż linii, a potem zagrał idealnie na główkę do Grzesia Bonina. Życzyłbym sobie, żeby tak dograł czy to Pawłowi Wojciechowskiemu czy komukolwiek i żebyśmy wygrali skromnie 1:0.

Pamiętam tę akcję. Trawa za linią przystrzyżona?

Trzeba będzie trochę wywałować, żeby mógł się rozpędzić.

Fot. NewsPix

KOMENTARZE (0)