Smutny obraz jesiennej Jagi: nawet Musiolik wyrywa jej punkty
Weszło

Smutny obraz jesiennej Jagi: nawet Musiolik wyrywa jej punkty

Jagiellonia Białystok nakreśliła na stulecie klubu wielkie plany. Zawodnikom przedstawiono, że cel na obecny sezon to triumf w Pucharze Polski i wygranie ligi. I cóż – może nie wyjść. Z Pucharu Jagę wyrzuciła pierwsza poważna przeszkoda, a liga…

Nie możesz myśleć o sukcesie, jeśli oprawcami twojego zespołu są Kolew i Musiolik.

Nie możesz myśleć o sukcesie, jeśli tylko raz na sezon potrafisz wygrać dwa mecze z rzędu.

Nie możesz myśleć o sukcesie, jeśli przy 1:0 w miejsce skrzydłowego wprowadzasz środkowego obrońcę (!) i chcesz bronić wyniku.

Ta zmiana dobitnie uświadomiła nam, z jakim nastawieniem wyszła na boisko Jagiellonia. Camara oczywiście wuja grał, ale żeby od razu wprowadzać za niego Arsenicia i jeszcze wystawiać go w środku pola? Był to jasny sygnał dla wszystkich oglądających spotkanie: panowie, niczego się już po nas nie spodziewajcie, my tu tylko chcemy dotrwać do końca! Zwłaszcza, że minutę później Raków dokonał diametralnie innej zmiany – za obrońcę Azemovicia wszedł ofensywnie usposobiony Bartl. 

W pierwszej połowie Jagiellonia atakowała jeszcze z jakąś śmiałością, ale po zdobyciu pierwszego gola stwierdziła, że nie ma sensu się wychylać. Był to gol swoją drogą całkiem ładnej urody – Bida zagrał na klepkę z Imazem, a potem przywalił z woleja. Można się było zastanawiać, jak Jaga poradzi sobie w obliczu nieobecności Klimali (niegroźny uraz przeciążeniowy), ale akurat nie pozycja numer dziewięć była w tym meczu największym problemem.

A co nie grało, poza samym podejściem do meczu, które można zawrzeć w sformułowaniu “kupa w majtkach”? Skrzydła, które były totalnie niewidoczne. Pospisil i Imaz, obaj niedokładni, niepotrafiący wykreować żadnej akcji. Raków obserwował sparaliżowanych białostoczan i z minuty na minutę przesuwał się coraz bliżej do wysłania światu komunikatu pt. „dziabniemy ich”.

No i dziabnęli. Nieoczekiwanie impulsem do odważniejszej gry częstochowian było wprowadzenie Bartla. Czech już w pierwszym kontakcie z piłką zaliczył „asystę” – wrzutka w pole karne, Kolew skacze do głowy z Wójcickim i wprawdzie sam nie trafia w piłkę, ale obrońca Jagi idzie na dzika i przypadkowo kieruje piłkę do własnej bramki. Chwilę potem Bodvarsson położył się przez Bartlem jak kłoda, otwierając mu autostradę do bramki, ale… mając do wyboru sto opcji wybrał akurat trafienie w bramkarza. W zasadzie wtedy ten mecz powinien się już rozstrzygnąć. 

Ale Raków strzelić nie potrafił, a że nie lubi się dzielić się punktami, zgodnie z dżentelmeńską etykietą najpierw zaproponował gościom, by ci wywieźli z Bełchatowa komplet – zainteresowani oni jednak nie byli, zarówno w momencie, gdy Sapała dwa razy oddawał gościom piłkę pod polem karnym, jak i wtedy, gdy Imaz znalazł się w końcówce meczu w sytuacji, którą MUSI WYKORZYSTAĆ. Mógł zdobyć bramkę na wagę zwycięstwa, a trafił w słupek. Tak samo zresztą, jak w pierwszej połowie Prikryl (choć on uderzał głową z dość trudnej pozycji).

Jaga nie tyle pogardziła zwycięstwem podanym na tacy, co wręcz sama oddała je Rakowowi w ostatniej akcji meczu, której bohaterem okazał się – tak! – Sebastian Musiolik. Kwiecień stracił futbolówkę na środku boiska, poszło podanie do Musiolika a ten… biegł jak jakiś Usain Bolt, położył na glebę Wójcickiego, stanął oko w oko z Sandomierskim i posłał piłkę między jego nogami. Musiolik! 

Jagiellonio – jeśli masz ambicje na mistrzostwo Polski i w ostatniej minucie meczu załatwia cię Musiolik, coś musi być z tobą nie tak.

screencapture-207-154-235-120-mecz-555-2019-12-01-15_05_09

Fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (14)