Gdzie jest Niźnik kiedy śpi? W bramce GKS-u…
Weszło

Gdzie jest Niźnik kiedy śpi? W bramce GKS-u…

Nie zazdrościmy kibicom GKS-u Bełchatów sytuacji na finiszu 2019 roku. Niepokojące wieści o całkowitym wycofaniu się najważniejszych bełchatowskich firm z finansowania klubu, coraz poważniejsze problemy z wypłacalnością, a przy tym rozczarowująca postawa na murawie. Co gorsza – mamy wrażenie, że akurat dzisiaj w Radomiu można było postawić gospodarzom odrobinę trudniejsze warunki. Wystarczyłoby w porę obudzić Daniela Niźnika.

Na początek może pochwalmy: Niźnik miewał dobre interwencje w tym spotkaniu. Ładnie wyjął jedno uderzenie z dystansu, parę razy przytomnie poruszał się na linii i na przedpolu. Nie da się jednak usprawiedliwić dwóch kardynalnych błędów, które przyniosły dwie bramki dla Radomiaka. Najpierw kuriozalny gol Michalskiego, który wcale nie uderzył mocno, wcale nie uderzył wyjątkowo precyzyjnie. Po prostu uderzył po ziemi, co sprawiło, że piłka miała dość nieobliczalny lot. Nie zmienia to faktu, że bramkarz musi się w takich sytuacjach po prostu spodziewać ewentualnego podbicia. Niźnik tymczasem właściwie położył się na ziemi, przez co chwilę później mógł tylko bezradnie obserwować, jak piłka wlatuje nad nim do siatki.

Drugi błąd to oczywiście spóźnione wyjście do podania, też oczywiście kiepskiego, ale mimo wszystko – pozostającego w zasięgu bramkarza. Czemu golkiper gości nie wyszedł do tej piłki wcześniej? Czemu nie zatrzymał Górskiego zanim jeszcze ten dobiegł do piłki? Trudno nam zrozumieć to zdrzemnięcie się, liczy się efekt – a tym był rzut karny po spóźnionym wślizgu, który trafił w nogi napastnika Radomiaka. Mikita pewnie wykorzystał karnego i zrobiło się 2:0.

GKS Bełchatów, i tak w kiepskiej kondycji psychicznej po szeregu ciosów poza boiskiem, po otrzymaniu gonga na starcie pierwszej i gonga na starcie drugiej połowy był już w zasadzie bezradny. Radomiak nie grał wielkiego meczu, ale dzięki totalnemu pogubieniu się Niźnika, ani przez moment nie drżał o wynik. Wręcz przeciwnie – niemal na życzenie bełchatowian, pod bramką GKS-u cały czas się kotłowało. A to defensywa GKS-u nie potrafiła powstrzymać dryblingów Leandro. A to głupim faulem popisał się Thiakane, który zresztą finalnie wyleciał z boiska. A to Biel podał do rywala, tak jak przy pierwszej bramce dla Radomiaka. Gospodarze właściwie mogli sobie spokojnie stać na murawie i czekać, aż GKS sam stworzy im okazję do podwyższenia prowadzenia.

Pochwalić jednak trzeba determinację, by te potknięcia rywala wykorzystywać. Oczywiście, odrobinę lepiej w paru sytuacjach mógł zachować się Górski, zwłaszcza gdy szukał rzutu karnego zamiast napierać na wstrzeloną w pole karne piłkę. Lepiej wykończyć dwa swoje rajdy mógł Abramowicz. Odrobinę więcej spodziewaliśmy się także od uderzeń Michalskiego, który dość często miał hektar wolnego pola na 20. metrze od bramki Halucha. Ale co to właściwie zmienia? Radomiak wygrał 2:0, w obu połowach skarcił ospałość przeciwnika, a dzięki kompletowi punktów utrzymał dystans do Stali Mielec, dościgając za to Podbeskidzie na odległość zaledwie jednego oczka.

Radomiak – GKS Bełchatów 2:0 (1:0)

5′ Michalski, 49′ Mikita

Fot.400mm.pl

KOMENTARZE (1)