Finały nie są od kalkulacji. Finały są od gry z mocnymi
Blogi i felietony

Finały nie są od kalkulacji. Finały są od gry z mocnymi

Trafiliśmy do grupy trudnej jak chińskie krzyżówki panoramiczne. Ale nie mam zamiaru z tej przyczyny lamentować, płakać w maminy rękaw, otwierać 0.5 do lustra. W polskiej piłce za dużo jest kalkulacji, za mało grania w piłkę. Owszem, są takie zawody, w których nie wstyd kalkulować, ale Euro do nich nie należy.

Uważam, że z całej światowej czołówki z nikim – na papierze – nie jest nam trudniej się zmierzyć niż z Hiszpanią. Może Jerzy Brzęczek zastosuje jakiś przemyślny plan, który kiedyś sprawdził się za jego rządów w GKS-ie Katowice, względnie przypomni mu się jakiś genialny trik, który stosował Eugeniusz Różański w Olimpii Poznań.

To możliwe, futbol widział dziwniejsze scenariusze.

Futbol pisze różne dziwactwa tydzień w tydzień.

Ale w polskiej lidze sensacją są hiszpańscy trzecioligowcy, bywa – pozdrowienia dla Daniego Ramireza – że nawet kolesie z tamtejszych kartoflisk u nas uchodzą za nauczycieli techniki, ustawiania się, gry piłką. La Liga, dla odmiany, zupełnie nas nie chce. Jedynym, który w ostatnich latach coś tam osiągnął, był Krychowiak, który w zasadzie może uchodzić za efekt francuskiej myśli szkoleniowej.

Jasne, kadrowicze to ze trzy półki wyżej.

Ale pewne dominujące w polskiej piłce przymioty i w większości z nich zostały zaszczepione.

I jeśli ktoś ma obnażyć wady tych cech, to hiszpańscy piłkarze, szczególnie u siebie.

Szwecja kojarzy mi się z metodycznym praniem Polaków, mało: metodycznym praniem poprzedzonym gadaniną „to zespół na równym nam poziomie”. Oczywiście historia nie wychodzi na boisko. Nie ma znaczenia to, że Dudek za Janasa wpadł do bramki, a Jerzy Brzęczek zebrał na Śląskim od Ljungberga lekcję dynamiki.

Ale uważam, że dziś Szwecja to synonim doskonałej organizacji gry. To jest przemyślana, zostawiająca przypadkowi tak mało jak się da maszyna. Konsekwentnie walą w bęben, którzy wybrzmiał na cały świat podczas mundialu w Rosji – podczas eliminacji przekonała o tym choćby Hiszpania, która miała ciepło w Sztokholmie, zerwała się ze stryczka w ostatniej minucie.

Czwarty z rywali – jak Irlandia, no to gramy z gospodarzem, wiemy, jak to się kończyło w przeszłości, mamy długie tradycje trafiania na gospodarzy. Widzę też ewentualnie 50421. odcinek dramatu „dlaczego Słowacy mogą, a my nie”.

Ale darujmy temu. Wczoraj pisałem: chcę Anglię, nic więcej mnie nie interesuje. Chcę Anglię, bo to gwarancja wielkiego meczu – oczywiście mógłby się okazać boiskowo paździerzem nad paździerze, ale liczba kontekstów, ogólna waga takiego starcia, byłaby kolosalna.

Drobiazgowe kalkulowanie w rytm „z kim najłatwiej” uważam za stosowne w dwóch momentach: po pierwsze, w europejskich pucharach. Można czasami w tej samej rundzie eliminacji trafić piątą drużynę Premier League i wicemistrza Albanii. I na wczesnym etapie wolę Albańczyków, bo w pucharach rządzi współczynnik – bez zbudowania go nigdy nie wyleziemy z dołu, który z konsekwencją godną lepszej sprawy sobie wykopaliśmy. Zwycięskie męczarnie z ekipą z Gruzji to wciąż ziarnko do ziarnka, jakoś nas zbliża w rejony względnej powagi, heroiczne 0:1 z Wolverhampton zwyczajnie nie.

Jestem też zwolennikiem dobrych losowań dla reprezentacji Polski w eliminacjach. Za dobrze pamiętam czasy, gdy w zasadzie już w momencie losowania mieliśmy pozamiatane. Druga kadencja Antoniego Piechniczka była żartem na tysiąc głosów, od nocowania w sąsiedztwie rosyjskiego burdelu, po powołanie Waldemara Adamczyka, tajnej broni na Anglików. Ale los też był bezlitosny:

Włochy.

Anglia.

Nawet ta Gruzja to przecież bodaj najlepsza Gruzja w dziejach, z Kecbają czy braćmi Arweładze.

A czy nie mieliśmy farta stulecia losując z pierwszego koszyka Norwegię za Engela, która właśnie nie była na wznoszącej?

W jednym z wyżej wymienionych przypadków polskie kluby grają o swoją przyszłość – o to by była trochę bardziej kolorowa, o to by była pewniejsza. W drugim przypadku gramy o to, by załapać się na wielki turniej, czyli tę niesamowitą jazdę, przygodę zdolną porywać całe narody.

Ale czy na finałach Euro walczysz o swoją przyszłość, tak jak klub w eliminacjach Ligi Mistrzów? Nie. To „tu i teraz”, w bardzo mocnym sensie. To wręcz mecze zawieszone… w przeszłości, bo z miejsca zapisywane do historii polskiej piłki.

Dlatego wielki turniej nie polega na ślizganiu się, bo ślizganie historii nie pisze.

Po to się jedzie na duży turniej, żeby grać z poważnymi drużynami.

Spaczyły nas chyba te puchary, poszukiwanie najłatwiejszych ścieżek.

Nie mam wątpliwości, że zarówno Hiszpania, jak i Szwecja są od nas na papierze lepsi, ale to jest piłka nożna, w jednym czy drugim meczu może zdarzyć się wiele, a tacy rywale to – w razie naszego wyniku – potencjał pod wydarzenie godne rangi turnieju.

Jak się prześlizgniesz po słabeuszu, wyjdziesz w ten sposób z grupy, a potem odpadniesz: to zupełnie nie jest to. Cele, jakie stawiasz sobie na Euro, nie będą zrealizowane, bo to, o co tu się naprawdę gra, to ogólnonarodowa gorączka.

Wygrana z Finlandią 1:0 czy gładki oklep od – powiedzmy – Niemiec w żaden sposób w to się nie wpisze i nikt takiego wyjścia z grupy za sukces by nie uznał.

Leszek Milewski

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (11)