Złota Piłka – początki, reformy, kontrowersje
Weszło Extra

Złota Piłka – początki, reformy, kontrowersje

Czy tego chcemy czy nie, Złota Piłka – czyli z francuska: Ballon d’Or – to najcenniejsze indywidualne wyróżnienie w świecie futbolu. Jej siłą dzisiaj jest przede wszystkim tradycja. Ostatecznie nagrodę przyznaje się już grubo ponad pół wieku i niezmiennie budzi ona olbrzymie emocje – od ekscytacji po irytację. Nic dziwnego, wszak kontrowersyjna jest już sama jej natura i podstawowe założenia. Po pierwsze, przy przyznawaniu Złotej Piłki wrzuca się do jednego kotła wszystkich piłkarzy, niezależnie od ich boiskowej roli, czy nawet pozycji. Porównywani są napastnicy z bocznymi obrońcami, ważone są dokonania stoperów i rozgrywających. Mało tego – nagroda wręczana jest za dokonania w danym roku kalendarzowym, choć piłkarskie życie Europy toczy się przecież w systemie jesień – wiosna, co jeszcze bardziej gmatwa całą sprawę. Jeżeli ktoś wiosną wymiatał, dokładając do kolekcji najcenniejsze puchary, ale jesienią totalnie dawał ciała, to zasłużył na nagrodę, czy może jednak trzeba go pominąć? Takich dylematów rodzi się mnóstwo. Tym bardziej, że głosowanie nie kończy się przecież 31 grudnia, ale znacznie wcześniej. Wątpliwości można mnożyć.

Czy wszystkie te niejasności sprawią jednak, że Złota Piłka traci na znaczeniu? Nic z tych rzeczy. Nadal nie ma w futbolu większego zaszczytu niż zajęcie pierwszego miejsca w tym plebiscycie, nawet jeżeli na przestrzeni przeszło sześćdziesięciu lat jego historii wiele wyroków kapituły było nie tylko podważanych, ale otwarcie mieszanych z błotem.

Jeżeli chodzi o czasy współczesne, to największe kontrowersje wzbudził bez wątpienia krótki i zdecydowanie niepotrzebny eksperyment pod nazwą „Złota Piłka FIFA”. W latach 2010 – 2015 dwa najważniejsze piłkarskie plebiscyty, czyli Złota Piłka France Football i Piłkarz Roku FIFA (FIFA World Player of the Year), scaliły się w jeden, w założeniu super-prestiżowy. Kompletnie zrewolucjonizowało to system głosowania. Wcześniej nagrodę przyznawano na podstawie głosowania dziennikarzy. Można szumnie powiedzieć – znawców futbolu, żyjących z codziennego opowiadania o piłce. W 2009 roku, ostatnim przed fuzją, kapituła składała się w sumie z 96 redaktorów. 53 pochodziło z federacji piłkarskich zrzeszonych w UEFA, 13 z Afryki, 10 z Ameryki Północnej, 9 z Ameryki Południowej, 9 z Azji i dwóch z Oceanii. W UEFA prawo głosu otrzymali zatem przedstawiciele wszystkich federacji, a poza Europą wybierać mogli dziennikarze pochodzący z krajów, które choć raz wystąpiły na mundialu. Te obostrzenia niemal całkowicie wykluczały z jury ludzi, dla których piłka nożna stanowi zupełną egzotykę.

Światowa federacja piłkarska wprowadziła jednak do scalonego konkursu nowe rozwiązania. Do głosu dopuszczono nie tylko dziennikarzy, ale również kapitanów i selekcjonerów wszystkich reprezentacji zrzeszonych w FIFA. W sumie – 624 osoby z prawem wyboru najlepszego piłkarza roku na świecie. Jury zostało rozdęte do niemożliwości – na pierwszą aferę nie trzeba było długo czekać.

10 stycznia 2011 roku w Zurychu zainaugurowano przyznawanie nagrody w nowej formule. Pierwszą Złotą Piłkę FIFA za 2010 rok otrzymał Lionel Messi, a za jego plecami uplasowało się dwóch Hiszpanów – Andres Iniesta oraz Xavi. Werdykt wywołał olbrzymie zamieszanie. Argentyńczyk indywidualnie miał za sobą cudowny czas – w 2010 roku zdobył w sumie aż 60 bramek w 64 występach, a licznik trafień to i tak o wiele za mało, by w pełni oddać poziom gry, na jaki Messi się wzniósł. Poziom niedostępny dla zwykłych śmiertelników. Jednocześnie Leo zawiódł jednak na mistrzostwach świata w Republice Południowej Afryki, a jego FC Barcelona nie zwyciężyła w Lidze Mistrzów. Niżej od Messiego uplasowali się natomiast bohaterowie mundialu, czyli Iniesta oraz Xavi, a w ogóle poza podium wylądował zaś Wesley Sneijder, który poprowadził Inter Mediolan do triumfu w Champions League, a na turnieju w RPA prezentował się – w przeciwieństwie do Messiego – fantastyczne i z reprezentacją Holandii zawędrował aż do finału.

Z drugiej strony – Holender kompletnie klapnął jesienią, notując potężny spadek formy, zaś wymieniani jednym tchem Xavi i Iniesta zwyczajnie podzielili się popularnością oraz głosami.

1524533274_918496_1524533428_noticia_normal

Tercet wychowanków Barcelony znalazł się na podium plebiscytu w 2010 roku.

Na tym smród wokół głosowania się jednak nie zakończył. Stosunkowo wysokie, dziesiątce miejsce w plebiscycie zajął w 2010 roku inny z Hiszpanów, Xabi Alonso. W Internecie zaczęły się pojawiać pogłoski, że część głosów zaliczonych defensywnemu pomocnikowi Realu Madryt w rzeczywistości miało wpaść na konto Xaviego, ale niektórzy z głosujących… popełnili błąd w pisowni. Najbardziej jaskrawym przykładem tych wątpliwości były wybory dokonane przez kapitana reprezentacji Komorów, który – według oficjalnych danych FIFA – na pierwszy miejscu umieścił Messiego, na trzecim Samuela Eto’o, a na drugim, o dziwo, znalazło się miejsce właśnie dla Xabiego Alonso. Pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, że przedstawiciele FIFA najwyraźniej nie mieli pojęcia, jak ten gość w ogóle się nazywa, bo w rubryce na imię i nazwisko głosującego wpisano po prostu „kapitan drużyny narodowej”. Co zresztą dość dobrze podsumowuje cały plebiscyt organizowany w ten sposób, abstrahując już nawet od werdyktu. – Nagroda dla Messiego to niesprawiedliwość wobec hiszpańskiego futbolu – pieklił się dziennikarz Orfeo Suarez na łamach „El Mundo”. Padło nawet określenie o „policzku” wymierzonym reprezentacji Hiszpanii, nie brakowało sugestii dotyczących jakiegoś złowrogiego spisku. Z drugiej strony, Christina Cuber z „El Mundo Deportivo” twierdziła wówczas: – Piłkarski świat poznał się na prawdziwej magii Messiego. To wyjątkowy piłkarz i nikt nie może się z nim równać.

– Szczerze mówiąc, to nie spodziewałem się, że dzisiaj wygram – mówił zaś lekko zawstydzony Leo, dla którego była to druga z rzędu nagroda. Licząc tylko głosy dziennikarzy – zwyciężył jednak Sneijder, ze sporą przewagą Xavim, Iniestą. Messi był czwarty.

Trzy lata później doszło do podobnej sytuacji – Złotą Piłkę FIFA otrzymał Cristiano Ronaldo, który strzelał bramki jak szalony i generalnie prezentował nieziemską formę, ale nie przełożyło się to na żadne drużynowe sukcesy Realu Madryt, nawet mistrzostwo kraju. Kapituła doceniła jednak indywidualne wyczyny Portugalczyka wyżej niż osiągnięcia Francka Ribery’ego, lidera Bayernu Monachium, choć Bawarczycy sezon 2012/13 zakończyli z potrójną koroną. Francuz w głosowaniu zajął dopiero trzecią lokatę, ustępując jeszcze pola Messiemu. Nie krył frustracji: – To wszystko polityka. Zasłużyłem na nagrodę. Wygrałem w tym roku wszystko. Ronaldo nie zdobył niczego – wściekał się Ribery.

W 2016 roku z hukiem powrócono do dawnej formuły. Nagroda znowu została rozdzielona na Złotą Piłkę, plebiscyt przeprowadzany pod szyldem pisma France Football, oraz na tytuł Piłkarza Roku FIFA. Co nie oznacza, że nadszedł kres kontrowersyjnych werdyktów. One towarzyszyły plebiscytowi od zawsze.

***
Idea klubowych mistrzostw Europy zasługuje na inaugurację. Podejmujemy się tego!
Gabriel Hanot na łamach L’Eqiupe
***

Historia Złotej Piłki zaczyna się w połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Wszystko zapoczątkował niejaki Gabriel Hanot. Facet kompletnie zbzikowany na punkcie sportu, ze szczególnym uwzględnieniem futbolu i lotnictwa. Na początku XX wieku doskonały zawodnik piłkarskiej reprezentacji Francji, a potem – gdy samolotowy wypadek pozbawił go pełnej sprawności – wzięty publicysta, który o futbolu rozpisywał się między innymi na łamach L’Equipe i France Football. Hanot zasługuje zresztą na nieco dłuższe wspomnienie, bo to postać absolutnie fundamentalna dla historii europejskiej piłki. Niekoniecznie z uwagi na swoje boiskowe wyczyny, ale właśnie ze względu na działalność pisarską, reporterską, a przy okazji – co szczególnie istotne – również wizjonerską. To właśnie on wpadł na pomysł, by zorganizować pierwszy Puchar Europy – kontynentalne rozgrywki, które stanowiłby pole do konfrontacji najpotężniejszych ekip Starego Kontynentu.

Hanot swoją koncepcję stworzenia takiego turnieju przedstawił ówczesnemu szefowi redakcji L’Equipe, Jacquesowi Goddetowi. Były obrońca inspirował się w dużej mierze doniesieniami z Ameryki Południowej, gdzie olbrzymie zainteresowanie kibiców wywoływały rozgrywki Campeonato Sudamericano de Campeones, które z biegiem lat przepoczwarzyły się w znane do dziś Copa Libertadores.

Hanot już podczas Igrzysk Olimpijskich w 1924 roku zachłysnął się poziomem futbolu, prezentowanym przez drużyny z Ameryki Południowej. Imponowało mu przygotowanie techniczne piłkarzy z tamtych rejonów świata, połączone z ich wrodzoną zajadłością i czuciem przestrzeni na boisku. Taki futbol kochał i chciał oglądać. – Rozgrywki wygrała najlepsza drużyna spośród dwudziestu dwóch, które przystąpiły do turnieju – relacjonował triumf Urugwaju. – Podstawową zaletą zwycięzców była nieprawdopodobna wirtuozeria w przyjęciu piłki i kontrolowaniu jej. Jednak piłkarze wykazywali się nie tylko doskonałą techniką, ale również świetnym przeglądem pola. Cały czas szukali na boisku partnerów i podawali sobie piłkę. Zawodnicy ani na moment się nie zatrzymywali, w oczekiwaniu na dogranie. Pozostawali w nieustannym ruchu, uciekając od krycia.

Gabriel ze swoimi pomysłami trafił pod dobry adres – Goddet był podatny na tego rodzaju inspiracje, a nawet sam bywał ich autorem. Poza tym, we Francji nie było żadną nowiną, że kluczowe impulsy przy tworzeniu ważnych sportowych wydarzeń płyną właśnie ze świata prasy. To od właściciela dziennika L’Auto, potem przekształconego w L’Equipe, wyszła inicjatywa stworzenia kolarskiego wyścigu, który dzisiaj może bez wątpienia uchodzić za najsłynniejszy na świecie. Chodzi rzecz jasna o Tour de France.

L’Equipe była wydawana na żółtymi papierze, co odróżniało ją od konkurencji – stąd wzięła się potem żółta koszulka lidera wyścigu.

1946

Hanot liczył, że gazeta przysłuży się również rozwojowi futbolu. Zarówno we Francji, jak i w całej Europie. Do piłki podchodził śmiertelnie poważnie. W latach czterdziestych pełnił funkcję doradcy, a w gruncie rzeczy nieformalnego selekcjonera reprezentacji Francji (conseiller technique du sélectionneur). Z czasem przejął pełną kontrolę nad kadrą. Kiedy jego drużyna zagrała kompletnie nieudany mecz przeciwko ekipie Holendrów, przegrywając  w nędznym stylu 1:4, Hanot w środku nocy pojawił się w pokoju hotelowym jednego ze swoich podopiecznych. Jean Prouff, bo o tym nieszczęśniku mowa, był zaskoczony nocnym pukaniem do drzwi. Z trudem zwlókł się z łóżka i ze zdumieniem spostrzegł swojego trenera.

– Spałeś? – zapytał retorycznie Hanot, patrząc ostrym wzrokiem na zawodnika, który w przegranym spotkaniu był pierwszy raz w swojej karierze kapitanem drużyny narodowej.

– Tak, spałem – odparł niemrawo Prouff. Co innego mógł robić o trzeciej nad ranem po tak ciężkim spotkaniu?

– Tak myślałem – warknął trener, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł, pozostawiając skonsternowanego zawodnika w samotności.

O co chodziło z całym tym teatrzykiem? Zdaniem Hanota, Prouff zagrał tak słaby mecz, że powinien się swoim beznadziejnym występem zadręczać aż do samego świtu. Skoro jednak udało mu się zasnąć, to znaczy, że nie ma w nim odpowiedniej mentalności, by dalej reprezentować francuskie barwy. Po tej krótkiej pogawędce selekcjoner bez ceregieli wypieprzył Prouffa z kadry. Gdy następnego dnia spotkał piłkarza w windzie hotelowej, czytał tylko: „Jeszcze tu jesteś?”. Prouff nie miał jednak żalu o tak surowe potraktowanie: – On w taki sposób okazywał swoje niezadowolenie. Ale cóż mogłem zrobić, skoro w tamtej sytuacji miał po prostu rację? Nic. Myślę, że chciał pokazać pozostałym zawodnikom, że nawet ja – a uchodziłem za jego ulubieńca – nie mam w reprezentacji żadnych przywilejów. Myślę, że zachował się wspaniale. A potem często do mnie dzwonił jak do starego przyjaciela.

Hanot był zresztą surowy nie tylko wobec zawodników, ale również dla siebie. Kiedy Francja przegrała 1:5 z Hiszpanią, co przekreśliło jej szanse na udział w pierwszych powojennych mistrzostwach świata, na okładce L’Equipe pojawiła się napisana drukowanymi literami tyrada, wskazująca na potrzebę zmiany na stanowisku selekcjonera.

Autorem tekstu był niejaki… Gabriel Hanot. Domagał się zwolnienia samego siebie, a federacja przychyliła się do tych sugestii.

Francuz był – jak widać na podstawie tych anegdotek – człowiekiem specyficznym. Przede wszystkim bardzo zasadniczym, ale i przy okazji nieulęknionym. Kochał futbol, lecz rozumiał też, jakie miejsce winna zajmować piłka nożna w hierarchii życiowych wartości. Podczas I Wojny Światowej uciekł z niemieckiego obozu jenieckiego, by dobrowolnie dołączyć do sił powietrznych francuskiej armii. Jak wyliczył Philippe Auclair, spośród 17 tysięcy żołnierzy, którzy w latach 1914 – 1918 ruszyli do boju w samolotach, zginęło aż 30%. – To było jak gra w rosyjską ruletkę z dwoma nabojami w magazynku. Kiedy przeżyłeś coś takiego, potrafiłeś się potem w życiu obywać bez różnych społecznych subtelności – pisał Auclair. Utrafił w sedno – Hanot subtelny na pewno nie był.

Piekło wojen światowych tylko wzmocniło u Francuza wyznawany przez niego egalitaryzm. Po porażce z Hiszpanami selekcjoner nie tylko zażądał własnej głowy, ale rozpisał też w gazie wielostronnicowy plan reformy francuskiego futbolu. Wściekał się, że piłkarze i trenerzy nad Loarą są przepłacani, a jednocześnie znacznie gorzej wykształceni niż w krajach sąsiednich. Uważał, że we francuskich ligach gra za dużo klubów, a terminarz piłkarzy jest zbyt napięty, co nie pozwala im potem na skuteczną grę w narodowych barwach. Przede wszystkim jednak – a to dla opowieści o Złotej Piłce kluczowe – Hanot marzył o większej wymianie futbolowych doświadczeń między europejskimi państwami. Wpadł nawet na szalony pomysł, by w lidze francuskiej występowały dwa kluby spoza kraju. Organizował międzynarodowe konferencje i wyjazdy. Osobiście był zafascynowany kulturą niemiecką, co we Francji – z przyczyn oczywistych – było, żeby ując to łagodnie, bardzo niezwykłe.

W 1955 roku zrealizowane zostało wielkie marzenie Hanota. 4 września na Estadio Nacional w Lizbonie rozegrane zostało pierwsze starcie w dziejach Pucharu Europy, czyli rozgrywek, które dzisiaj funkcjonują jako Liga Mistrzów i trudno sobie bez ich wyobrazić piłkarski świat. Miejscowy Sporting zremisował 3:3 z Partizanem Belgrad.

Decydującym bodźcem, który popchnął Hanota i całą redakcję L’Equipe w stronę realizacji pomysłu o skonfrontowaniu najlepszych europejskich drużyn było towarzyskie, lecz niezwykle prestiżowe starcie między Wolverhampton Wanderers i Budapest Honvéd z grudnia 1954 roku. Angielska drużyna pokonała węgierski klub 3:2, a brytyjskie media okrzyknęły to spotkanie rewanżem za niesławną klęskę 3:6, jaką Węgrzy zadali wcześniej reprezentacji Anglii na Wembley, łamiąc tym samym dumę „Synów Albionu”. Stan Cullis, manager drużyny Wolverhampton, okrzyknął swój zespół najlepszym na świecie, co natychmiast podchwyciła prasa, grzmiąc triumfalnie w nagłówkach.

Hanot, który naprawdę dokładnie śledził europejski futbol, uznał to za wierutną bzdurę. Doszedł do wniosku, że dość już prężenia muskułów w meczach towarzyskich.

Francuz postanowił, że nie ma na co dłużej czekać i trzeba wreszcie opracować oficjalne rozgrywki, które w obiektywny sposób pozwolą wyłonić najlepszy zespół Starego Kontynentu. – Takich pomysłów pojawiało się w tamtym czasie coraz więcej, ale to francuska idea zyskała międzynarodowe poparcie – dowodził Paul Dietschy, historyk futbolu. – Transport lotniczy stawał się coraz przystępniejszy, a oświetlenie stadionów coraz bardziej powszechne.

hanot_wolves-450x313

 

– Wszyscy w redakcji uważaliśmy, że pomysł zorganizowania klubowych mistrzostw Europy jest fantastyczny – wspominał Jacques Ferran, w tamtym czasie jeden z dziennikarzy L’Equipe. – Nasz szef, Jacques Goddet, uznał pociągnięcie tego tematu za ciekawy sposób, by jeszcze podnieść sprzedaż pisma. Przedstawiciele największych klubów Europy także zareagowali z entuzjazmem. Najbardziej pozytywny odzew dostaliśmy z Realu Madryt. Prezydent Santiago Bernabeu wysłał nam natychmiast list, w którym wyraził pełne poparcie dla projektu. Wątpliwości były tylko odnośnie formuły rozgrywek. Działacze Anderlechtu kategorycznie sprzeciwili się jednak tworzeniu dodatkowej ligi, optując za systemem pucharowym. Dzięki temu można było kontynuować występy w ligach krajowych, a w środku tygodnia organizować mecze międzypaństwowe.

Skoro pojawił się turniej wyłaniający najlepszy klub Starego Kontynentu, to trzeba też było wykombinować metodę na wytypowanie najlepszego piłkarza Europy. Gabriel Hanot i na to znalazł sposób. Uwielbiał snuć tego rodzaju rozważania. Pod tym względem bardzo przypominał dziennikarzy amerykańskich, też lubujących się w porównaniach i rankingach.

O piłce pisał ponoć bardzo kwieciście i pięknie – nie na zasadzie relacjonowania wyników, przedstawiania jedenastek i opisywania, jak padły gole. Był poetą futbolu, przynajmniej gdy chwytał do ręki pióro, bo na boisku preferował twardą grę. Inspirował się brytyjską piłką. – Przede wszystkim, miał prawdziwą wiedzę na temat gry. Znał się na piłce nożnej, bo był nie tylko dziennikarzem, ale i praktykiem. Łączył wiedzę zdobytą w roli piłkarza i trenera z lekkim piórem i zdolnością plastycznego opowiadania o futbolu – pisał Dietschy.

W 1956 roku Hanot – już jako redaktor France Football, czyli magazynu, który ze względu na poziom zamieszczanych tam publikacji dorobił się tytułu „Biblii Futbolu” – wcielił w życie kolejną ze swoich śmiałych idei. Zorganizował wśród dziennikarzy głosowanie na europejskiego piłkarza roku. Do wzięcia udziału w plebiscycie zaprosił piętnastu kolegów z całej Europy. Zagłosowali dziennikarze z Austrii, Belgii, Czechosłowacji, Anglii, Francji, Węgier, Włoch, Holandii, Portugalii, Szkocji, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Turcji, Niemiec Zachodnich i Jugosławii. Pomysłodawca zakładał, że premierową Złotą Piłkę otrzyma Alfredo Di Stefano – wielki gwiazdor Realu Madryt, który w sezonie 1955/56 sięgnął z „Królewskimi” po Puchar Europy, pokonując w finale (rozgrywanym w paryskim Parku Książąt) Stade de Reims. Hanot o dziwo nie sprzyjał rodakom – nie przepadał za Raymondem Kopą, największą gwiazdą drużyny. Z kolei opisując grę Di Stefano, cytował słynny aforyzm: – On jest jak Bóg. Jego środek jest wszędzie, a obwód nigdzie.

Elektorzy jednak zaskoczyli – aż sześciu z nich pierwsze miejsce przyznało Stanleyowi Matthewsowi, a tylko pięciu na szczycie swojej listy ulokowało Di Stefano. Tym samym Anglik został pierwszym w historii laureatem Złotej Piłki w wieku… 41 lat. Tego rekordu, niezależnie od rozwoju medycyny, długo nikt mu nie odbierze.

***
Jego nazwisko nie było słynne tylko w Anglii. Matthewsa za geniusza wszyscy w całej Europie.
Berti Vogts
***

Pierwsze głosowanie, pierwsza kontrowersja.

Matthews w 1956 roku był rzecz jasna żywą legendą angielskiego futbolu, choć z kadrą na wielkich turniejach nigdy nie osiągnął żadnych istotnych sukcesów. Nazywano go jednak „Magikiem” albo „Czarodziejem Dryblingu”. Wielce wymowne pseudonimy – rzeczywiście, jeżeli chodzi o przygotowanie techniczne i boiskową fantazję, był to piłkarz zdecydowanie przerastający swoich kolegów. Sam Hanot określał go zaś mianem „Charliego Chaplina futbolu”. Za jego największe dokonanie uznaje się triumf w finale Pucharu Anglii z 1953 roku, gdzie jego Blackpool po piłkarskim thrillerze pokonało 4:3 Bolton Wanderers. Trzy gole w tamtym spotkaniu strzelił wprawdzie imiennik Matthewsa, Stan Mortensen, ale spotkanie dorobiło się w mediach tytułu „Matthews final”. Mortensen pozostał w cieniu słynnego kolegi razem ze swoim hat-trickiem.

Fakt, „Czarodziej” był dla swojego zespołu inspiracją w odwróceniu wyniku z 1:3 do 4:3. Po dwóch bolesnych porażkach w finale FA Cup, udało mu się wreszcie zdobyć najcenniejsze wówczas trofeum w angielskim futbolu.

Spotkaniu towarzyszyły dodatkowe atrakcje, które uczyniły je niesamowicie głośnym wydarzeniem. Nie tylko w Anglii, ale w całej Europie. Przede wszystkim – na trybunach pojawiła się królowa Elżbieta II, która na tron wstąpiła zaledwie rok wcześniej. Jej osoba budziła zatem sensację i żywe zainteresowanie dziennikarzy ze Starego Kontynentu. Ponadto – telewizja BBC rozbiła bank, wydając oszałamiającą wówczas kwotę tysiąca funtów na przeprowadzenie telewizyjnej transmisji meczu. Starcie w telewizji obejrzało zatem 10 milionów widzów, a kilka razy tyle słuchało relacji radiowej. O meczu mówili wszyscy. Jak na tamte czasy, było to jedno z najgłośniejszych wydarzeń piłkarskich w dziejach. W jakimś sensie popularnością dorównujące nawet mundialom. No i zwyciężył je ten, któremu wszyscy w Anglii tego życzyli.

Matthews wiele lat oczarowywał kibiców swoją grą. Wreszcie ukoronował karierę długo wyczekiwanym triumfem.

Czf9t4WWIAAoFkd

Stanley był jednym z pierwszych sportowych celebrytów w Wielkiej Brytanii. Zarabiał 12 funtów tygodniowo – maksymalną stawkę dopuszczaną przez angielską federację. Cieszył się powszechną, szaloną sympatią, a jednak pozostawał zawodnikiem niespełnionym. – Wiem, że masz już 37 lat. Wiem, że przegraliśmy finał. Wierzę jednak, że twoje najlepsze czasy dopiero nadejdą – pocieszał go Joe Smith, trener Blackpool, po porażce z Newcastle United w finale Pucharu Anglii 1951.

Tydzień przed finałem z 1953 roku w piśmie „News of the World” ukazał się natomiast tekst Franka Butlera: – Jeżeli Blackpool zwycięży, ten mecz zapisze się w historii jako „Finał Stanleya Matthewsa”. Jeszcze nigdy tak wielu kibiców w całym kraju nie życzyło złotego medalu jednemu zawodnikowi.

Jak widać – mit pod tytułem „Finał Matthewsa” narodził jeszcze… przed meczem.

Kiedy angielscy dziennikarze przeanalizowali spotkanie po latach, już na spokojnie i bez żadnych dodatkowych podniet, „Magik” znalazł się w ich rozważaniach na szóstym miejscu, jeżeli chodzi o najlepszych piłkarzy pamiętnego starcia na Wembley. Zagrał po prostu nieźle, nic więcej. Zresztą – nie wybrano go najlepszym zawodnikiem spotkania. Mecz obrósł bluszczem legendy dopiero później. David Tossell, historyk futbolu, szaleństwo na punkcie występu Matthewsa w tamtym spotkaniu ocenił tak: – Moim zdaniem wzięło się to nie stąd, że Matthews tamtego wieczora był najlepszy na boisku, bo nie był. Nie poprowadził swoich kolegów w pojedynkę do odrobienia strat, nic takiego się nie wydarzyło. Jednak w sposób oczywisty uznano go za najbardziej klasowego piłkarza spośród tych, którzy biegali po placu gry. Dominował przebieg spotkania, konstruowanie akcji. Poza tym, publiczność go po prostu kochała – stanowił uosobienie wszystkich zalet Anglików.

W sezonie 1955/56 angielski prawoskrzydłowy strzelił w barwach Blackpool zaledwie trzy gole w 37 spotkaniach. Drużyna zajęła drugie miejsce w lidze, z kolei w Pucharze Anglii odpadła w przedbiegach. Ale mit trwał. To właśnie tego weterana wskazano najlepszym piłkarzem roku w Europie. Pierwsza Złota Piłka powędrowała w jego ręce.

Wręczył mu ją osobiście Gabriel Hanot.

article-0-16CA4165000005DC-662_308x185

Matthews otrzymuje Złotą Piłkę.

Czy to wszystko oznacza, że Matthews kategorycznie nie zasługiwał na wyróżnienie? Dzisiaj próżno już spekulować. Najwięksi piłkarze tamtych czasów postrzegali go jako niekwestionowanego geniusza, jego klasy piłkarskiej nikt nie podważał, bo i nie było ku temu powodów. Grał fenomenalnie, poza boiskiem był wielkim dżentelmenem. Niemniej – trudno powiedzieć, by 1956 rok należał akurat do niego.

Z drugiej strony – kolejna okazja, by go nagrodzić mogłaby się już po prostu nie nadarzyć.

Rok później sprawa była już jasna – aż dwunastu elektorów na pierwszym miejscu widziało Alfredo Di Stefano, który – choć pochodził z Argentyny – był dopuszczony do udziału w głosowaniu, ponieważ posiadał także europejskie obywatelstwo. Zmiażdżył konkurencję, zdobywając pierwszą ze swoich dwóch Złotych Piłek. Plebiscyt szybko – choć na krótko – został zresztą zdominowany przez zawodników Realu Madryt i FC Barcelony. Di Stefano triumfował w w 1957 i 1959 roku, a w międzyczasie jedyną nagrodę zgarnął reprezentujący już barwy „Królewskich” Raymond Kopa. Jakim cudem udało mu się przerwać dominację słynnego kolegi, choć nie był nawet postacią numer jeden we własnym zespole? Otóż kapituła zastosowała dość kuriozalną zasadę, że nagrody nie można otrzymać dwa razy z rzędu. Reguła ta, jak można się domyślać, nie przetrwała zbyt długo.

W 1960 wyróżniony został gwiazdor Barcy, Luis Suarez. Smakiem obejść musiał się natomiast Ferenc Puskas – największa postać węgierskiej „Złotej Jedenastki” to mocny kandydat do miana najwybitniejszego piłkarza bez Złotej Piłki w dorobku. Nie wystarczyły nawet cztery gole wpakowane Eintrachtowi Frankfurt w finale Pucharu Europy z 1960 roku.

***
Siedziałem sobie w domu, gdy nagle dostałem telefon z informacją, że przyznano mi Złotą Piłkę. Myślałem, że źle policzono głosy.
Dennis Law
***

Dziwaczne historie z dziejów Złotej Piłki można wyliczać właściwie bez końca. Żeby daleko nie szukać – pierwsza z nich dotyczy wspomnianego już Luisa Suareza. W 1964 roku Hiszpan był wielkim faworytem do drugiej w karierze statuetki. Występował już wówczas nie w Barcelonie, lecz Interze Mediolan, ale również na włoskiej ziemi cieszył się statusem mega-gwiazdy. Nerazzurri byli w tamtym czasie uważani za najpotężniejszą drużynę klubową na świecie. Nie zdobyli wprawdzie scudetto, ale sięgnęli po Puchar Europy oraz Puchar Interkontynentalny. Zespołem dowodził kultowy Helenio Herrera, który do perfekcji doprowadził meczową strategię opartą na głębokiej defensywie i szybkich kontratakach, zwaną oczywiście catenaccio. Grande Inter jak na tamte czasy stał taktycznie o trzy poziomy ponad konkurencją. Dopiero futbol totalny Ajaxu przyćmił mediolańską maszynę.

Suarez do Interu przeniósł się w 1961 roku za 100 tysięcy funtów, stając się tym samym najdroższym piłkarzem w historii futbolu. Szybko wyrósł na czołową postać drużyny. Największą jej gwiazdą zostać rzecz jasna nie mógł, bo to miano zarezerwowane było dla trenera, ale grał fantastycznie. Klasę potwierdzał zresztą również w reprezentacji – w 1964 roku sięgnął z Hiszpanią po mistrzostwo Europy.

Tymczasem Złotą Piłkę zgarnął Denis Law z Manchesteru United. Sam laureat był tym faktem bardzo zaskoczony. – Byłem młody. Niczego jeszcze w piłce nie osiągnąłem – nie mógł się nadziwić Law.

W 1964 roku głosowało już 21 osób, od sześciu lat w wyborze najlepszego piłkarza kontynentu brał też udział dziennikarz z Polski. Jak to możliwe, że jury aż tak wysoko doceniło Lawa? Szkot był oczywiście piłkarzem wielkim i strzelał mnóstwo bramek w Anglii, ale na poziomie europejskim właściwie nie zaistniał. Jego największe sukcesy w barwach „Czerwonych Diabłów” miały dopiero nadejść. Głosujący chętniej jednak docenili bramkostrzelnego Szkota niż Suareza, który był tylko trybikiem w maszynie Herrery. Z drugiej strony – triumf na Euro to przecież też nie byle co, prawda? Tamten okres był zresztą festiwalem podważanych wyróżnień – w 1963 roku Złotą Piłkę otrzymał pierwszy i jedyny bramkarz w historii, Jew Jaszyn. Rosjanin wielokrotnie plasował się w głosowaniu bardzo wysoko, ale nie zapowiadało się, że kiedykolwiek uda mu się uplasować na pierwszym miejscu. Zwłaszcza po mistrzostwach świata w 1962 roku, które golkiper Związku Sowieckiego po prostu zawalił. Do tego stopnia, że po dziś dzień pozostaje jedynym bramkarzem, który na mundialu dał sobie wkręcić piłkę bezpośrednio z rzutu rożnego. – Miałem dość piłki, chciałem po tamtym turnieju zakończyć karierę – opowiadał.

Los uśmiechnął się jednak do niego rok później. Według powszechnej opinii, kluczowy okazał się mecz… pokazowy, starcie Reprezentacja Anglii kontra Reszta Świata. Jaszyn spisywał się w tamtym meczu fenomenalnie i został obwołany bohaterem spotkania, choć to gospodarze wygrali na Wembley 2:1. Mecz odbywał się pod koniec października i mocno wpłynął na decyzję jury.

C55b-jAWgAAGeQW

Dennis Law odbiera nagrodę.

Emocje wzbudził też plebiscyt z 1966 roku. Anglicy wygrali wówczas mistrzostwo świata, ale to reprezentant Portugalii, Eusebio, był powszechnie uważany za najlepszego zawodnika globu. Napastnik zwany „Czarną Perłą z Mozambiku” otrzymał Złotą Piłkę w 1965 roku, lecz – wobec sukcesu „Synów Albionu” na mundialu – w kolejnym głosowaniu musiał jednak uznać wyższość Bobby’ego Charltona.

Snajper Manchesteru United wygrał zaledwie jednym punktem, choć nie dostał głosu od dziennikarza pochodzącego… z Anglii, który wytypował trzech swoich rodaków, ale akurat nie Charltona.

Swoją drogą – im bardziej wzrastał prestiż wielkich turniejów międzynarodowych, przede wszystkim mistrzostwo Europy, tym mocniej ich rozstrzygnięcia wpływały na decyzje jury. W 1972 roku całe podium Złotej Piłki obsadzili reprezentanci Niemiec Zachodnich. Pierwsze miejsce w głosowaniu zajął Franz Beckenbauer (81 głosów), a minimalnie przegrali z nim Gerd Muller i Gunter Netzer (po 79 głosów). Czternaście lat później było jeszcze ciekawiej, gdy trzy pierwsze miejsce zajęli zawodnicy reprezentacji Holandii i AC Milanu. Wygrał Marco van Basten, za nim znaleźli się Frank Rijkaard i Ruud Gullit.

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych po raz pierwszy zagościł na podium Złotej Piłki późniejszy dominator plebiscytu – Michel Platini. W 1977 roku genialny Francuz otarł się o triumf, lecz ostatecznie zajął dopiero 3 lokatę, z zaledwie czterema punktami straty do zwycięzcy głosowania, którym okazał się Duńczyk Allan Simonsen z Borussii Moenchengladbach. Werdykt jury nie był jakoś wielce bulwersujący – Simonsen grał z Borussią w przegranym finale Pucharu Europy, strzelił nawet Liverpoolowi honorowego gola. Platini zaś był jeszcze piłkarzem Nancy, dopiero rozkręcał swoją wielką, piłkarską karierę. Ale już wtedy miał wielką chrapkę na tytuł europejskiego piłkarza roku. Wściekle zaatakował Jacquesa Ferrana, który w głosowaniu wziął udział jako przedstawiciel francuskich mediów. Platini dowodził, że Ferran mógł dać mu maksymalną liczbę punktów, wiedząc doskonale, jak zacięta będzie rywalizacja o pierwsze miejsce na podium.

Tamten eksces doprowadził do poważnego ochłodzenia relacji między Platinim a redakcją France Football. Niemniej – w latach 1983 – 1985 Francuz zdobył trzy nagrody, w tym jedną z niemalże kompletem głosów. W 1984 roku aż 24 z 26 głosujących umieściło gwiazdę Juventusu i mistrza Europy zarazem na pierwszym miejscu. Miazga.

Dominacja Platiniego została zakończona jednym z największych skandali w dziejach Złotej Piłki. Może to trochę za grube określenie, ale werdykt jury wielu obserwatorów naprawdę zbił z pantałyku. W 1986 roku nagrodzony został niespodziewanie Ihor Iwanowycz Biełanow, ofensywny pomocnik ze Związku Radzieckiego. Był on mistrzem ZSRR, fakt, ale zdobył na drodze do tego tytułu zaledwie 10 goli. Poprowadził też Dynamo Kijów do triumfu w Pucharze Zdobywców Pucharów, zanotował hat-tricka na mundialu w przegranym 3:4 meczu 1/8 finału z Belgią… No, niby parę tych sukcesów można mu zatem naliczyć, do tego Rosjanin miał też wielką smykałkę do efektownych trafień, potrafił pograć w piłeczkę po prostu zjawiskowo. Ale czy naprawdę zapracował sobie na status najlepszego zawodnika na Starym Kontynencie?

Po latach sam Biełanow przyznawał, że to była raczej nagroda za całokształt dla Dynama Kijów, niż indywidualnie dla niego.

b4367229d62605cccf29b6e447be0d5e

Wyraźnie brakowało wśród nagrodzonych miejsca na gwiazdy spoza Starego Kontynentu. Futbol coraz bardziej się globalizował, obostrzenia dotyczące zatrudniania obcokrajowców w klubach piłkarskich pomalutku zaczynały przechodzić do historii. Wkrótce runęła też Żelazna Kurtyna. Długo wyczekiwany przełom nastąpił w 1995 roku, gdy po raz pierwszy dopuszczono możliwość oddawania głosów na zawodników z całego świata. Jury – w tamtym czasie składające się już z 49 członków – trochę się zresztą tą możliwością zachłysnęło. Złotą Piłkę otrzymał George Weah z Liberii, który w tamtym czasie ani nie odnosił wielkich sukcesów zespołowych, ani nie oszałamiał swoim bramkowym dorobkiem. Inna sprawa, że wrażenia artystyczne, jakie swoją grą wzbudzał Weah zasługiwały na wyróżnienie zdecydowanie bardziej niż jego niezbyt imponujące statystyki. Tak czy owak – decyzję przyjęto z mieszanymi uczuciami. Kolejne kontrowersje można punktować bardzo długo – Michael Owen w 2001 roku. Pavel Nedved dwa lata później. Czech długo był przekonany, że koledzy z zespołu wykręcają mu głupi dowcip i kategorycznie odmawiał odebrania Złotej Piłki.

Potem Andrij Szewczenko nagrodzony w 2004 roku, choć równolegle Portugalczyk Deco w wielkim stylu wygrał Champions League, osiągając też finał mistrzostw Europy. A gdyby tak jeszcze raz zanurzyć się w historii i zastanowić, czy Kevin Keegan aby na pewno zapracował sobie na Złotą Piłkę w 1978 roku, choć reprezentacja Anglii w ogóle nie zagrała na mistrzostwach świata w Argentynie?

Znowu kontrowersja. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.

W 2016 France Football opublikowało listę potencjalnych laureatów Złotej Piłki, gdyby nagrodę zawsze przyznawano zawodnikom z całego świata. Aż siedem takich niby-nagród otrzymał Pele, dwie Diego Maradona, a po jednej Mario Kempes, Garrincha oraz Romario

***

W tym roku wyboru najlepszego piłkarza świata dokonają dziennikarze z całego globu, w sumie 176 osób. Jest już niemalże pewne, że po Złotą Piłkę sięgnie Leo Messi. Tak głoszą wszystkie przecieki. Jeśli się potwierdzą, będzie to szósta nagroda Argentyńczyka, co uczyni go samodzielnym rekordzistą w tym względzie. Pięć wyróżnień ma na swoim koncie Cristiano Ronaldo, a daleko w tyle majaczą giganci sprzed lat – Michel Platini, Johan Cruyff i Marco van Basten, którzy skosili po trzy Złote Piłki.

Dominacja Messiego i CR7 (obaj mają na ten moment po jedenaście miejsc na podium, wynik z innej galaktyki) kompletnie odcięła od wyróżnień młode pokolenie gwiazdorów futbolu.

Historycznie rzecz ujmując, większość laureatów Złotej Piłki otrzymywała nagrodę mając od 24 do 29 lat. Obecnie mocno się to przesunęło, przy głosie pozostają trzydziestolatkowie. Dość powiedzieć, że jeżeli Messi pojutrze zatriumfuje, rocznikowo pozostanie on najmłodszym zdobywcą nagrody w historii. Argentyńczyk urodził się w 1987 roku, a zatem później niż Luka Modrić (1985), Cristiano Ronaldo (1984) i Kaka (1982), nie wspominając nawet o laureatach z jeszcze bardziej zamierzchłych czasów. Do głosu w świecie futbolu zaczyna pomału chodzić pokolenie urodzone w XXI wieku, tymczasem zawodnicy z lat dziewięćdziesiątych wciąż nie doczekali się przedstawiciela wśród zdobywców Złotej Piłki. Nie świadczy to jednak raczej o ich słabości, lecz jest miarą wielkości Messiego i Ronaldo. Dzisiaj możemy się zżymać, że dwaj kosmici wciąż są wskazywani w pierwszej kolejności, jeżeli chodzi o indywidualne wyróżnienia. Wypominać im 2010 czy 2013 rok, gdy grali fenomenalnie, ale nie wygrali tak wiele jak inni.

Prawda jest jednak taka – i widać ją naprawdę wyraźnie, jeśli dokładnie prześledzić wyczyny poszczególnych zwycięzców głosowania – że w całej historii Złotej Piłki nie było zawodników, którzy co roku aż tak bardzo swoimi indywidualnymi wyczynami zasługiwali na docenienie.

MICHAŁ KOŁKOWSKI

INNE WSPOMINKOWE TEKSTY AUTORA:

Mnóstwo bramek, lecz „zero tituli”. Niespełniony Giuseppe Signori

„Live is life”. Jak Maradona wytańczył triumf w Pucharze UEFA?

Skandale, gierki, groźby i Ronaldinho. Dwumecz, w którym było wszystko

Nie chciał być najemnikiem, został legendą. Historia Ivána Córdoby

„To jest Len Bias… Musisz przywrócić mu życie”

***

PAMIĘTAJCIE O PROMOCJACH W ETOTO!

etoto

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (2)