Anglio, dawaj na solo
Blogi i felietony

Anglio, dawaj na solo

Z polską piłką w ostatnich latach jest jak jest. Są pewne jej dziedziny, które mają się jako tako, są takie, które gniją, są takie, które kompromitują każdego Polaka, czy interesuje się futbolem czy nie. Ale jest też druga strona medalu. Kilka ufortyfikowanych szańców zdobyliśmy, w tym takie, które w przeszłości oblegaliśmy nie tylko bez sukcesów, ale również bez większej nadziei.

Nie wierzyłem, że ogramy Niemców. Kiedykolwiek. No dobrze, może ostatecznie, gdzieś w 2045, w sparingu ligowymi składami, ale w ważnym meczu o punkty? Dajcie spokój. Zwyczajnie nie wierzyłem. Spójrzmy dalej: wyszliśmy w końcu z tej przeklętej grupy na finałach. Jasne, trudno było nie wyjść w 2016, wychodzili prawie wszyscy, ale i potem coś pograliśmy, były pierwsze w moim życiu karne biało-czerwonych, był ćwierćfinał, był – po prostu – pierwszy udany wielki turniej Polski.

Ile lat odbijaliśmy się od Ligi Mistrzów? Wchodziły te Żiliny, Artmedie, nawet HJK Helsinki, prawie co rok grało BATE, nie mając większego budżetu od polskich klubów, a jednak my ciągle poza bankietem. Zegar tykał, ale Legia awansowała i choć początek był koszmarny, tak skończyło się happy endem. Możecie powiedzieć, że gloryfikuję odpadnięcie z grupy, ale spójrzmy na trzecie miejsce w grupie Champions League z perspektywy ostatnich katastrofalnych sezonów, gdzie przejście dosłownie kogokolwiek musi uchodzić za sukces. Nie kupuję też farta w losowaniu – trochę, owszem, był, ale na farta w pucharach trzeba zapracować współczynnikiem, a aby ten wyglądał przyzwoicie trzeba rok w rok regularnie punktować. Legia Dundalk sobie wypracowała.

Kiedy myślę o tym jakie jeszcze osiągnięcia polskiej piłki byłyby wielce satysfakcjonujące, to, po pierwsze:

Mam o czym myśleć, bo jest tego trochę.

Z głowy, na szybko, od jednorazowego wystrzału w stylu jakiegokolwiek wygrany dwumecz w pucharach wiosną, po te bardziej złożone i długofalowe, czyli jakąś stabilizację pucharową, granie tutaj na miarę naszej otoczki i ekonomicznej bańki, czyli ze dwa kluby w fazach grupowych jako norma, a jeden jako minimum.

Gdzieś po cichu, bardzo po cichu, marzy mi się by przeżyć to, co przeżyły nasze ojce, a więc medale mistrzostw świata. Ale naiwniakiem nie jestem. Marzyć o powrocie Widzewa do półfinału najważniejszych klubowych rozgrywek Starego Kontynentu też nie marzę, w marzeniach ściętej głowy nie gustuję, z prostej przyczyny:

Marzyć, ogółem, warto, ale są też marzenia szkodliwe.

Niemniej taka wygrana z Anglią? W ważnym meczu?

Ambitnie, ambitnie jak szlag, szczególnie obecnie, gdy Anglia ma młodą, głodną ekipę, a nie mieszaninę wypalonych i przehajpowanych grajków, jakich miewała w przeszłości. Zresztą, jestem skłonny iść na ustępstwa, przecież nawet remis w Anglii z Anglią byłby czymś historycznym.

Dla mnie mecze z Anglikami to refren polskiej reprezentacji, dawniej refren bardzo intensywny, natarczywy, przewidywalny jak tekst piosenki disco polo: może ewentualnie remis u siebie, może jakieś przebłyski na wyjeździe, ale generalnie jest w trąbę.

Oni lepsi.

Wzięli całe dekady rewanżu za Wembley z 1973 roku.

Wembley z 1973, którym żyjemy do dzisiaj, a gdzie zdarzało się w ostatnich latach by eliminacjach różne średnie ekipy przywoziły z Anglii wynik, chociażby Czarnogóra, Czechy, a nawet – kwalifikacje o Euro 2008 – Macedonia.

Niewiele bramek miało dla mnie większy smak, niż te strzelone Anglikom – Brzęczek za Wójta, Żurawski za Janasa, nie wspominając o golu Citki na 1:0 w 1996. Bardzo wierzyłem, że wywieziemy remis z Old Trafford, kiedy trafił pięknym wolejem Frankowski – niestety było to klasyczne wcieranie soli w rany, tak by bolało mocniej.

A przecież wcześniej, za Strejlaua, za Łazarka, na mundialu 1986… Mecze z Anglią to dla polskiego futbolu cała mitologia, niestety konsekwentnie przegrywana, niestety konsekwentnie w rytm „Aj Jezus Maria” i kolejnych katów, następców Linekera.

Ile jednak można?

Kiedy jak nie teraz?

Tyle razy mierzyć się z jednym rywalem i nigdy nie być górą?

W tym momencie powinna nam pomagać nawet statystyka.

Żaden mecz tak by mi nie smakował, żaden nie miałby takiego klimatu, takiego kontekstu, ale nie ukrywajmy, atutów jest znacznie więcej i są – by tak rzec – nawet bardziej wymierne. To dziwne Euro, nierozgrywane tylko w Bullerbyn i na Wyspach Bergamutach, na pewno jednak na Wyspach Brytyjskich będzie miało mocno klasyczny smak. Jestem spokojny o to, że otoczka meczów tutaj nie będzie karykaturą.

No i powiedzmy wreszcie o najoczywistszym: rzesza polskich kibiców. Po części rekrutująca się z emigrantów, dla których przyjazd biało-czerwonych będzie miało szczególny wymiar, po części rekrutująca się z kibiców znad Wisły, a szlaki komunikacyjne na Wyspy są przetarte jak nigdy. Pod względem kibicowskim, to mogłoby przypominać klimat mundialu z 2006, gdzie sportowo było jak było, ale gdzie sami kadrowicze wspominali:

Dwa mecze graliśmy jak u siebie.

Proszę o podgrzanie kulek, proszę o trochę szczęścia. Nie zamierzam układać grupy szansy, grupy strachu – na Euro jedzie się nie po to, by kalkulować, zaciskać kciuki o grę z Finlandią, tylko po to, by grać wielkie, pamiętne mecze.

A w tym będzie coś wielkiego, ale i coś swojskiego jak bójka po szkole za salą gimnastyczną.

Leszek Milewski

KOMENTARZE (7)