Lech lepszy, skuteczny i z van der Hartem, który dobrze gra nogami!
Weszło

Lech lepszy, skuteczny i z van der Hartem, który dobrze gra nogami!

Jeszcze chwilę temu Wisła Płock była na pozycji lidera i całe szczęście, że wszyscy w klubie z Mazowsza podchodzili do tego osiągnięcia z chłodną głową, podkreślając, że znają swoje miejsce w szeregu. Gdyby wtedy, po serii pięciu zwycięstw z rzędu, decydowali się na buńczuczne wypowiedzi, wyszliby na sporych głupków. Ostatnio płocczanie stracili na impecie, a dowodem tego ostatnie wyniki – nie wygrali od czterech meczów.

I na ich nieszczęście passa może trwać, bo za chwilę czekają Wisłę trudne wyjazdy do Gdańska i Warszawy, na koniec tegorocznego grania przyjedzie do nich Piast, a tuż po wznowieniu rozgrywek podejmą Pogoń Szczecin. Nie jest to terminarz, który Radosław Sobolewski kreślił sobie w sielankowych snach. Jeśli Jagiellonia i Lechia wygrają swoje mecze, już teraz Wisła znajdzie się na skraju górnej ósemki. A więc w ogóle nie zdziwimy się, jeśli jeszcze do końca tego roku z niej wypadnie.

Niepokoiła nas gra Wisły, niepokoi także pomeczowa wypowiedź Dominika Furmana, który nie chciał zgodzić się z tezą Bartosza Ignacika, że Wisła zagrała bezbarwny mecz. Skoro oddała jeden celny strzał (i to dopiero w 83. minucie!), to, drogi Dominiku, jaki to był mecz? Barwny? Ciekawy? Z polotem, finezją? Furman brnął dalej w tej rozmowie: – Dochodziliśmy do dobrych sytuacji, do wrzutek.

“Dochodziliśmy do wrzutek”, to chyba najlepszy wyraz tego, jak niewiele potrzeba piłkarzom Ekstraklasy do dobrego samopoczucia. Dziwimy się, że takie słowa padają z ust tak ambitnego gościa, jak właśnie Furman. Ale z drugiej strony… no taka to liga. Wrzutka uchodzi tu za najbardziej śmiercionośną broń, w zasadzie to nie powinniśmy się dziwić, że same okazje do dośrodkowania wystarczają Furmanowi, by pozytywnie recenzować grę swojego zespołu. 

Fakty są jednak takie, że dziś na Wisłę Płock nie dało się patrzeć. Chcielibyśmy wspomnieć jakieś sytuacje, które chodziły po głowie Furmanowi, ale myślimy, myślimy i nic nie możemy wymyślić. Mamy wspomnieć, że Dejewski nabił piłkarza Wisły w polu karnym, ale ten nie wiedział, co z tym fantem zrobić? Albo kilka rzutów rożnych? Czy może ten jeden, jedyny celny strzał sprzed pola karnego?

Chyba że mówimy o tej “akcji”, gdy farfoclowato wybijał Uryga, swoim błędem poprawił to Rasak i ni z gruchy, ni z pietruchy zrobiła się sytuacja bramkowa dla Lecha. Amaral błyskawicznie oddał piłkę do Puchacza, ten od razu huknął po widłach i było 1:0. Lech także poczynał się pod bramką rywala z pewną dozą nieśmiałości, ale w zasadzie w każdym aspekcie boiskowego rzemiosła był drużyną o klasę lepszą. Trzymał kontrolę nad meczem, imponował Tiba, luzem emanował Amaral, nawet Muhar wyglądał jak piłkarz, który coś potrafi. Irytować mógł tylko Darko „podaj mi, a stracę” Jevtić.

Ciśnienie lechitom lekko mogło skoczyć (naprawdę lekko) tylko pod koniec meczu, gdy Wisła coraz mocniej próbowała przeciągnąć wajchę na swoją stronę. Rywal został dobity dopiero w doliczonym czasie gry – no look pass od wszechogarniającego Tiby, Gytkjaer w sytuacji sam na sam robi to, co do niego należy. Sekundy przed strzałem Gytkjaera stało się coś szalenie istotnego, więc uwaga, napiszemy to wielkimi literami: KLUCZOWE PODANIE PRZY TYM GOLU ZALICZYŁ MICKEY VAN DER HART, KTÓRY DOBRZE GRA NOGAMI. 

Lech mógł oszczędzić sobie nerwówki w końcówce, bo paręnaście minut wcześniej duet Tiba-Gytkjaer znów stanął oko w oko z bramkarzem, ale Thomas Dahne wzorowo skrócił kąt i Duńczyk nie dał rady go oszukać. Wisła Płock miała w tym sezonie moment chwały, ale teraz ma nad czym się zastanawiać. Lech w tym sezonie miał nad czym się zastanawiać, ale teraz… Do momentów chwały jeszcze bardzo daleko, ale dwa ostatnie mecze wyglądały bardzo porządnie.

screencapture-207-154-235-120-mecz-545-2019-11-29-23_00_04

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (7)