post Avatar

Opublikowane 27.11.2019 11:21 przez

Michał Kołkowski

Diego Maradona wprowadził Napoli do finału Pucharu UEFA w 1989 roku prawdziwie tanecznym krokiem. Wszystko zaczęło się od… rozgrzewki przed półfinałowym starciem Azzurrich z Bayernem Monachium. DJ dowodzący konsoletą na bawarskim Olympiastadionie postanowił zaproponować gromadzącym się na trybunach kibicom jeden z największych przebojów europejskiego popu lat 80-tych. Z głośników popłynął kultowy evergreen zespołu Opus, czyli rzecz jasna utwór „Live is life”. Melodię z miejsca podchwyciła jednak nie widownia, a właśnie dogrzewający mięśnie Maradona. Największy gwiazdor światowego futbolu, wyglądający na trochę przygaszonego i zmęczonego, nagle się ocknął. Przestał ponuro szwendać i urządził na murawie jedyny w swoim rodzaju taniec z futbolówką. Zaczęło się od nieśmiałych wygibasów, kręcenia biodrami, poklaskiwania. Potem przyszedł czas na żonglerkę i pokaz piłkarskich tricków, wciąż w rytm muzyki. Ci, którzy przybyli na stadion wystarczająco wcześnie, by popatrzeć sobie na ten zdumiewający popis, z całą pewnością zapamiętali te sceny chyba jeszcze dokładniej niż późniejszy mecz.

Na tym polegała niezwykła charyzma Maradony, któremu poświęcamy kolejny odcinek cyklu „Był sobie mecz”.

Brykający na murawie Argentyńczyk z jednej strony sprawiał wrażenie człowieka szczelnie zamkniętego w jakimś niewidzialnym pudełku, schowanego we własnym świecie. Z drugiej zaś widać było, że jego dusza showmana za wszelką cenę chce się z tego pudełka wyrwać, pofrunąć jak ćma w stronę świateł reflektorów. Buzowały w nim sprzeczne emocje. No i nie będzie chyba wielce kontrowersyjnym podejrzenie, że w żyłach Diego mogła tamtego wieczora krążyć nie tylko meczowa adrenalina.

NAPOLI POKONA NA WYJEŹDZIE LIVERPOOL? KURS: 8.00 W ETOTO!

Kwietniowe starcie Napoli z Bayernem stanowiło drugą część półfinałowego dwumeczu Pucharu UEFA. Na Stadio San Paolo zwyciężyli gospodarze, pokonując Bawarczyków dość pewnie, bo 2:0. Otwierające trafienie zanotował Antônio de Oliveira Filho, znany powszechnie jako Careca. Wynik swoim golem ustalił natomiast Andrea Carnevale. Przy główce tego drugiego Maradona asystował, pierwsza bramka również została wypracowana po jego akcji, choć tam kluczowa była przede wszystkim kiepska interwencja jednego z obrońców Bayernu, który swoim kiksem wystawił futbolówkę rozpędzonemu Carece. Klaus Augenthaler, kapitan i lider defensywy FCB, swoją konfrontację z Maradoną zapamiętał na zawsze. – Maradonę pierwszy raz spotkałem już na mistrzostwach świata w 1986 roku, ale tamten dwumecz półfinałowy wyjątkowo zapadł mi w pamięć. W Neapolu Diego na boisku był niemalże nieobecny. Widziałem już przed startem spotkania, że jego myśli są gdzieś indziej. Gdy cała drużyna rozgrzewała się w kółeczku, on bawił się z córką na rękach, grając z nią w koszykówkę. Co innego w Monachium. Tam sprawił nam mnóstwo kłopotów.

Co ciekawe, przed samym spotkaniem niemiecki defensor miał trochę inne podejście do swojego przeciwnika. Dopiero po latach zmiękła mu rura: – Maradona jest gruby, ma wielką nadwagę i tak słabo jeszcze nigdy nie grał – kpił Augenthaler przed starciem z Napoli.

Pomimo niekorzystnego wyniku w pierwszym meczu, Bayernu przed rewanżem nikt definitywnie nie skreślał. Bawarczycy w drugiej połowie lat 80-tych zdominowali Bundesligę, seryjnie zdobywając tytuły mistrzowskie w kraju, pomimo całkiem nieźle dysponowanej konkurencji. W 1988 roku liga włoska według oficjalnego współczynnika była oczywiście najmocniejszą w Europie, ale niemiecka ekstraklasa znajdowała się całkiem niedaleko za nią. W rankingu klubowym Bayern okupował zaś drugą lokatę, wyłącznie za plecami Juventusu. Choć znacznie lepiej różnicę poziomu między włoskimi a niemieckimi rozgrywkami oddaje jednak fakt, iż w 1988 roku Lothar Matthäus – jedna z największych postaci w dziejach niemieckiego futbolu – przeniósł się z Bayernu do Interu Mediolan, by w Italii spędzić swój piłkarski prime-time.

To świat calcio stanowił piłkarskie centrum Starego Kontynentu. Maradona był pępkiem tego świata. Nawet jeśli rzeczywiście jego sylwetka zrobiła się nieco zbyt masywna.

1462392980-diego-maradona-klaus-augenthaler-2ra7

Koniec końców, Bawarczykom nie udało się odrobić strat przed własną publicznością. Po pasjonującym spotkaniu zremisowali z Napoli 2:2 i pożegnali się z marzeniami o finale Pucharu UEFA. Obie bramki dla gości zdobył wprawdzie Careca, ale tak naprawdę to Maradona wytańczył neapolitańczykom ten zwycięski remis. W niczym nie przypominał tego niemrawego rozgrywającego, który w pierwszym starciu miał może pewne przebłyski świetnej gry i posyłał partnerom kluczowe podania, ale generalnie został dość precyzyjnie przypilnowany przez defensorów niemieckiej drużyny i zupełnie nie oczarowywał lekkością dryblingu. Na Stadionie Olimpijskim w Monachium – pomimo ogłuszających gwizdów niemieckiej widowni, która oczywiście nie zapomniała Argentyńczykowi finału mistrzostw świata sprzed trzech lat – Maradona był już właściwie nie do zatrzymania. Można go było tylko powalić na ziemię faulem, wykosić. Ale Diego potrafił się zrewanżować równie ostrym wejściem, a w starciach bark w bark twardo stał na nogach.

Asystował przy obu bramkach brazylijskiego super-snajpera.

Na tym jednak taneczny aspekt całej historii się nie kończy. Awans do finału Pucharu UEFA trzeba było przecież porządnie oblać. Anegdotę z tym związaną przytaczano już w różnym kształcie, opowiedział ją choćby Jimmy Burns, biograf Maradony.

Krótko mówiąc – po powrocie do Italii Diego odwiedził wraz z przyjaciółmi jedną z najsłynniejszych neapolitańskich restauracji. Knajpkę zwaną La Stangata, czyli „Żądło”. Argentyńczyk, jak to miał w zwyczaju, ostro dał tam w palnik. Lokal opuścił dopiero o piątej rano, naprawdę solidnie użądlony. I niemalże wyproszony przez zdesperowaną i zwyczajnie znużoną obsługę restauracji. Piłkarz nie miał jednak dość wrażeń i kontynuował beztroską zabawę… na ulicy. Jego donośne serenady i dzikie tańce zagłuszył dopiero ogłuszający trzask otwieranego okna w jednej z najbliższych kamieniczek. Wychyliła się przez nie poirytowana, rozczochrana staruszka. – Dość tego dobrego! – ryknęła, wynurzając się zza parapetu i obrzucając zdezorientowanego Maradonę spojrzeniem, jakiego nie powstydziłaby się Meduza. – Co ty sobie wyobrażasz, że kim ty jesteś? Właścicielem Neapolu?!

Argentyńczyk łypnął w jej kierunku i po chwili ciężkiego milczenia wyszczerzył zęby w pijackim uśmiechu. Po czym zawył, bezbłędnie naśladując wiwaty kibiców ze Stadio San Paolo. – Jestem Maaa-raaaa-doooooooooona!

Niewyspana kobieta przetarła oczy ze zdumienia, sięgnęła po okulary i jeszcze raz spojrzała na dół. Na kompletnie pijanego Diego Armando Maradonę, wykonującego jakiś przedziwny układ taneczny na środku spokojnej, opustoszałej ulicy. Uśmiechnęła się łagodnie, przesłała mu pełen uwielbienia pocałunek i wróciła do łóżka.

***
Na boisku życie się nie liczy, nie liczą się problemy. Nic się nie liczy.
Diego Maradona
***

Sezon 1988/89 generalnie nie należał do najlepszych, jeżeli chodzi o przygodę Maradony z Napoli. Kiedy Argentyńczyk przybył do Neapolu w 1984 roku po niezbyt szczęśliwym pobycie w FC Barcelonie, z miejsca stał się najcenniejszym skarbem dla miasta. Miasta straszliwie biednego, targanego rozmaitymi konfliktami, zdominowanego przez mafijne układy spod szyldu słynnej kamorry, trzymającej w garści najważniejsze dziedziny życia Neapolu. Przygoda Diego z ekipą Azzurrich też miała rzecz jasna swoje ostre zakręty, ale już po trzech latach niemożliwie utalentowany Argentyńczyk zdołał wprowadzić przeciętną wcześniej drużynę na szczyt świata calcio i sięgnąć z nią po mistrzostwo Włoch. Zdobycie scudetto w 1987 rku bez wątpienia może uchodzić za jeden z najważniejszych momentów w całych dziejach miasta, którego symboliczne początki historycy datują na IX wiek przed Chrystusem. Maradona zastał Neapol zrujnowanym i w sumie to takim też go zostawił, ale po drodze uczynił dumnym.

Kiedy w czerwcu 1984 roku samolot z Diego na pokładzie wylądował w mieście, na piłkarza zaczaiło się prawie trzystu dziennikarzy, blisko stu fotografów i nieprzebrany tłum kibiców. Wydawało się, że futbolowy bzik sięgnął w już zenitu, ale euforia po transferze Maradony nie może się równać z tą, jaką wywołał w kibicach pierwszy mistrzowski tytuł.

– Najgłośniejsze, najtłoczniejsze i najbardziej chaotyczne miasto Europy się wyludniło – pisał włoski naukowiec, Amalia Signorelli, w swoich badaniach na temat fenomenu popularności Maradony. 10 maja 1987 roku, w przedostatniej kolejce Serie A, Napoli zremisowało na Stadio San Paolo z Fiorentiną 1:1 i zapewniło sobie upragnione, pierwsze mistrzostwo. Najpierw miasto w istocie się wyludniło, gdy wszyscy zamarli w pełnym napięcia oczekiwaniu przed telewizorami, obserwując kluczowy mecz. A potem eksplodowało ze szczęścia. Dzisiaj trudno już nawet wiarygodnie stwierdzić, jak długo Neapol fetował ten historyczny sukces. Jedni twierdzą, że całą noc i cały następny dzień. Inni dowodzą, że impreza przetaczała się przez miasto calutki tydzień, albo i jeszcze dłużej. Słynne stało się graffiti, które ktoś wysmarował na miejscowym cmentarzu. Ścianę kapliczki pokrył wymowny napis: „Nie wiecie, co straciliście”.

Maradonie też dedykowano kapliczki, stawiano pomniki, pisano dla niego poematy. Dziewczyny oddawały mu swoją cnotę, mężczyźni nazywali swoich synów jego imieniem. Otoczono go kultem.

REMIS LIVERPOOLU Z NAPOLI? KURS: 5.30 W ETOTO!

Jednak w 1988 neapolitański klub nie zdołał obronić mistrzowskiego tytułu, a okoliczności tej wtopy do dzisiaj budzą spore kontrowersje. Napoli z rozmachem zmierzało po drugie z rzędu scudetto, ale w pięciu ostatnich meczach ligowych zdobyło niespodziewanie zaledwie jeden punkt. Przez 25 poprzednich kolejek Maradona i jego koledzy przegrali tylko dwa spotkania, a na samym finiszu rozgrywek doznali aż czterech porażek. W tym jednej kluczowej dla losów mistrzostwa. Azzurri przegrali przed własną publicznością z Milanem 2:3 i to właśnie Rossoneri zakończyli sezon na najwyższym stopniu podium. Zastanawiające, prawda? Taka bolesna porażka, tak fatalna passa, choć przecież Maradona został królem strzelców rozgrywek, a Careca uplasował się w tej klasyfikacji tuż za nim…

Jaki wpływ na te zdumiewające rozstrzygnięcia miała mafia i jej finansowe korzyści? Cóż. kontakty samego Diego z bossami potężnej rodziny Giuliano zostały uwiecznione na licznych fotografiach.

maradona-giuliano-324002

Atmosfera wokół zespołu nie było już tak wspaniała jak w mistrzowskim sezonie, lecz coraz bardziej gęstniała. W 1989 roku Napoli nie włączyło się na poważnie do walki o mistrzostwo kraju. Koniec końców zajęło w lidze drugie miejsce, a zatem całkiem niezłą lokatę, ale z ogromną stratą do Interu Mediolan. Klub musiał więc w jakiś powrócić na zwycięską ścieżkę. Puchar UEFA sprawiał wrażenie wymarzonej szansy, by choć trochę powetować sobie brak sukcesów na krajowym podwórku. Dla kibiców Napoli, którym tak szalenie zawsze zależało by grać na nosie przebrzydłym bogaczom z północnej części kraju, największe znaczenie miało rzecz jasna scudetto, a nie jakieś tam europejskie rozgrywki drugiej kategorii. Ale lepiej mieć w gablocie Puchar UEFA, niż nie mieć.

***
Neapolitańczycy zabierali piłkę przeciwnikowi, patrzyli, gdzie jest Diego i natychmiast podawali do niego.
Giampiero Galeazzi
***

Drogę do finału rozgrywek piłkarze Napoli zaczęli, co tu dużo gadać, bardzo niemrawo. Udało im się wprawdzie wyeliminować w pierwszej rundzie grecki PAOK, ale o awansie Azzurrich zadecydowało skromne, jednobramkowe zwycięstwo przed własną publicznością, zapewnione trafieniem Diego. W rewanżu padł remis 1:1. A przecież trzeba pamiętać, że Napoli w tamtym czasie to nie byli tylko wspominani Maradona i Careca, ofensywni giganci i piłkarze cieszący się statusem mega-gwiazd włoskiej ligi. W drugiej linii neapolitańskiej drużyny występował choćby Brazylijczyk Alemão, czyli Ricardo Rogério de Brito. Doskonały defensywny pomocnik, zwany „Niemcem” z uwagi na swoją nietypową urodę. Ale ksywę spokojnie można też podciągnąć pod jego europejski styl gry – Alemão był silny, inteligentny, doskonale się ustawiał i czytał grę. Nie gwarantował fajerwerków, lecz doskonale realizował swoje obowiązki taktyczne. Duża postać dla klubu.

W pomocy Napoli występował również, nomen omen, Fernando de Napoli, 54-krotny reprezentant Italii. W defensywie swoją wielką karierę rozpędzał z kolei Ciro Ferrara, kolejna wielka postać włoskiej kadry. Do tego Andrea Carnevale, Giovanni Francini, Luca Fusi… Naprawdę niezła ekipa. Choć nie ma co ukrywać, że bez Maradony na kierownicy na pewno nie biłaby się ona o najwyższe cele.

Pieczę nad wszystkim trzymał trener, Ottavio Bianchi. Nie było mu łatwo – z jednej strony, tylko pozazdrościć, bo miał w swojej kadrze najlepszego zawodnika na świecie i jednego z najwybitniejszych w całej historii futbolu. Jednak Maradona nie był nigdy wymarzonym podopiecznym, a im dłużej grał w Napoli, tym bardziej jego duszę spowijał mrok Neapolu. Diego coraz rzadziej trenował, a częściej balował. Bianchi musiał wznosić się na wyżyny dyplomatycznych sztuczek – nie mógł wypowiedzieć otwartej wojny Maradonie, bo byłby to strzał we własne kolano. Jednak ignorowanie wybryków gwiazdora nie wpływało korzystnie na morale całego zespołu. – Myślę, że nikt nie był w stanie wytrzymać presji, jaka wtedy otaczała Maradonę. Mimo wszystko, trenowanie go było czystą przyjemnością – wspominał uprzejmie szkoleniowiec,

To jednak trochę zbyt grubymi nićmi szyta kurtuazja – nawet w 1987 roku, gdy Napoli zdobyło mistrzowski tytuł, zawodnicy nie unikali konfliktów ze szkoleniowcem. W ostatniej kolejce pamiętnego sezonu, gdy Azzurri grali już o pietruszkę, piłkarze wyszli na boisko w kompletnej rozsypce, zupełnie zdewastowani całonocną imprezą. Pod koniec spotkania Bianchi nie wytrzymał tego żenującego widoku i… opuścił stadion.

Z szatni było ponoć słychać przyśpiewki zaadresowane do niego: „Odchodzisz czy nie? Odchodzisz czy nie?”.

– Kokaina to było raczej coś w rodzaju amuletu, który pomagał Maradonie iść dalej – mówił natomiast Fernando Signorini, przez wiele lat związany z reprezentacją Argentyny.On doszedł tak wysoko, jak nikt wcześniej i napotkał na tych wysokościach różne problemy. Ludzie wchodzili z butami w jego życie. Nie mógł normalnie wyjść z domu, bo dopadały go setki fanów i dziennikarzy. Ludzie wymyślali najbardziej bzdurne historie, by wywołać sensację i promować się na nazwisku Maradona. Dochodziło nawet do tego, że gdy w ataku bombowym ginęli ludzie, od Diego wymagano, by zajął w tej sprawie stanowisko. Przecież to absurd. On nie był prezydentem czy papieżem.

Biorąc to wszystko pod uwagę – trudno się dziwić, że Diego Armando miał coraz większe kłopoty, by poświęcić się futbolowi w stu procentach. W Pucharze UEFA rzadko wpisywał się na listę strzelców, nie zawsze błyszczał też w rozegraniu czy dryblingu, a Napoli okrutnie się męczyło w kolejnych dwumeczach. Na przełomie października i listopada udało się Włochom z niemałym trudem wyeliminować z turnieju Lokomotiw Lipsk, potem za burtę wyleciała ekipa Girondins de Bordeaux. Wydawało się jednak, że w ćwierćfinale rozgrywek przyszła już kryska na matyska. Los skojarzył ze sobą starych znajomych – Napoli miało się zmierzyć z Juventusem.

I wszystko wskazywało na to, że turyńczycy wyjdą zwycięsko z tego włoskiego dwumeczu. W Turynie gospodarze zatriumfowali 2:0 i jedną nogą znaleźli się już w półfinale.

Dla kibiców Juve to spotkanie miało szczególne znaczenie – przez lata Maradona – piłkarz kochany w Neapolu, znienawidzony w całej reszcie Italii – udowadniał, że jest jeszcze znakomitszym piłkarzem niż największa postać „Starej Damy”, Michel Platini. Francuz skończył karierę w 1987 roku, czyli akurat wówczas, gdy Diego zdobył z Napoli scudetto. Odbierając je Juventusowi. Nadarzyła się dobra okazja to pomsty. Jednak na Stadio San Paolo gospodarze zatriumfowali aż 3:0 i kolejny raz upokorzyli potężnych oponentów.

Gol na wagę awansu padł w przedostatniej minucie dogrywki. To był cios w samo serce czarno-białej części Turynu.

CiF4J5sWEAEpZtP

W półfinałach Azzurri uporali się z Bayernem. Finałowy dwumecz przyszło im rozegrać z kolejną niemiecką ekipą – tym razem padło na VfB Stuttgart.

Die Schwaben w drugiej połowie lat 80-tych dysponowali całkiem mocną paczką. Zespół prowadził Arie Haan, wcześniej wielki piłkarz Ajaxu, Anderlechtu i reprezentacji Holandii. W bramce stał Eike Immel, wielokrotny reprezentant Niemiec. Filarem defensywy był Guido Buchwald mistrz świata z 1990 roku. W środku pola grywał niezapomniany Srečko Katanec, przed nim rozgrywał chyba najlepszy islandzki piłkarz w historii – Ásgeir „Sigi” Sigurvinsson. Największą gwiazdą zespołu był jednak bez wątpienia napastnik, czyli rzecz jasna Jürgen Klinsmann. Dla którego był to zresztą ostatni sezon w Stuttgarcie, bo wkrótce Niemiec przeniósł swoje talenty do Mediolanu, gdyż wzmocnił tamtejszy Inter. W 1988 roku Klinsmann został już w swojej ojczyźnie wybrany najlepszym piłkarzem roku. Znajdował się absolutnie na topie. W ośmiu meczach Pucharu UEFA zdobył cztery gole, wydatnie przyczyniając się do tego, że Stuttgart zawędrował aż do finału rozgrywek.

LIVERPOOL POKONA DZISIAJ NAPOLI? KURS: 1.42 W ETOTO!

Sęk w tym, że pierwsze finałowe spotkanie Klinsmannowi przepadło. Napoli podjęło rywali na Stadio San Paolo i przy ogłuszającym dopingu 80 tysięcy gardeł wygrało 2:1. Goście wyszli na szybkie prowadzenie, a gola zdobył Maurizio Gaudino, przesunięty do ataku w miejsce nieobecnego gwiazdora. Neapolitańczycy zdołali jednak odwrócić losy spotkania. Z karnego – skądinąd, bardzo kontrowersyjnego – wyrównał Maradona, a w samej końcówce spotkania o zwycięstwie gospodarzy przesądził Careca.

Mimo wszystko – wynik był ciasny i zwiastował wielkie emocje w Stuttgarcie.

W rewanżu trener Haan postawił na potężną ofensywę – w wyjściowej jedenastce zabrakło Buchwalda, co pociągnęło za sobą zmianę ustawienia 5-3-2 na formację 4-4-2. Czy był to błąd? Z perspektywy czasu możemy mniemać, że tak. W finale mistrzostw świata z 1990 roku to właśnie Buchwald odpowiadał za ścisłe krycie Maradony, kompletnie neutralizując argentyńskiego gwiazdora, co pozwoliło reprezentacji Niemiec wygrać mistrzostwo świata i zrewanżować się za poprzedni finał. Szkoleniowiec Stuttgartu sądził jednak, że jego ofensywa – już z Klinsmannem na szpicy – będzie wystarczająco potężna, by po prostu rozgromić rywali, nawet kosztem utraty jednego czy dwóch goli. Dzisiaj takie podejście do finałowego starcia jest już oczywiście niewyobrażalne. Ostatecznie epicka batalia na Neckarstadion zakończyła się remisem 3:3. Włosi rzeczywiście nie byli trudni do skaleczenia, ale sami odgryźli się równie spektakularnymi atakami.

Puchar UEFA trafił do Neapolu.

– Pozwoliłem sobie po meczu w Stuttgarcie na uśmiech – przyznał się trener Bianchi, zwykle aż do przesady spokojny i ponury. – Ale tak naprawdę to ten sukces aż tak wiele dla mnie nie znaczył. Kiedy wróciłem do hotelu, myślałem już o taktyce na najbliższy mecz ligowy. Z kolei prezydent klubu, Corrado Ferlaino, podszedł do tematu bardziej optymistycznie. Stwierdził nawet, że triumf w Pucharze ucieszył go nawet bardziej niż pierwsze mistrzostwo. Pewnie jest w tym trochę przesady, ale trudno się właściwie dziwić – to oczywiście są zawsze dość karkołomne porównania, ale chyba nie było w całej historii tych „rozgrywek pocieszenia” klubu, który zatriumfowałby po przebrnięciu aż tak niewygodnej, wymagającej drabinki.

***

Triumf Napoli w Pucharze UEFA rozpoczął epokę chwały włoskich klubów w tych rozgrywkach. Od 1989 do 1995 roku zdarzył się tylko jeden przypadek, gdy to nie ekipa z Italii zdobyła trofeum. W 1992 roku najlepszy okazał się Ajax, który pokonał w finale włoskie Torino. Złotą dekadę zwieńczył sukces Parmy, która w 1999 roku wygrała rozgrywki, w finale deklasując 3:0 Olympique Marsylia. I to by było na tyle, jeśli chodzi o włoskie sukcesy w dzisiejszej Lidze Europy.

Dla Maradony sukces z 1989 roku stanowił z kolei przedostatni wielki triumf, odniesiony na włoskiej ziemi, czy – jak mawiał sam Diego – „w domu”. Rok później Napoli sięgnęło po drugie i ostatnie w swoich dziejach mistrzostwo kraju, znowu prezentując piękny futbol. Sukces nie miał jednak aż tak słodkiego smaku jak ten z 1987 roku – tytuł został wywalczony między innymi za sprawą dwóch oczek, które Azzurrim przyznano przy zielonym stoliku. Sam Maradona w coraz mniejszym stopniu przypominał natomiast piłkarza, jakim był, gdy po raz pierwszy pokazał się kibicom na San Paolo. naprawdę się zaokrąglił, zatracił boiskową drapieżność, no i funkcjonował na niekończącym się kacu. W końcu stał się na tyle nieznośny, że nawet Neapol stracił do niego cierpliwość.

W marcu 1991 roku w organizmie Argentyńczyka wykryto kokainę, co zaowocowało wielomiesięczną dyskwalifikacją. Złota era w dziejach Napoli dobiegła końca. Wielka kariera Maradony tak naprawdę też.

MICHAŁ KOŁKOWSKI

INNE WSPOMINKOWE TEKSTY AUTORA:

El Fenomeno. Jak Ronaldo podbił i porzucił Barcelonę?

Paolo Montero, osobisty ochroniarz Zizou

Adriano, czyli historia upadku „Cesarza”

Gabriel Batistuta – showman, który nie lubił futbolu

„To jest Len Bias… Musisz przywrócić mu życie”

***

PAMIĘTAJCIE O PROMOCJACH W ETOTO!

etoto

fot. NewsPix.pl

Opublikowane 27.11.2019 11:21 przez

Michał Kołkowski

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 0
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
Powiadom o
Weszło
03.07.2020

ŁKS to nie drużyna. ŁKS to stan umysłu

Nie uwierzycie – ŁKS Łódź wyglądał dziś jak ekstraklasowa drużyna! Nie przez siedemnaście minut, nie po tym, jak mocno przymrużyliśmy oczy. Nic z tych rzeczy. Zupełnie szczerze musimy powiedzieć, że z przyjemnością obserwowaliśmy pierwsze 45 minut w wykonaniu drużyny Wojciecha Stawowego w meczu z Wisłą Kraków. Problem polega na tym, że sędziowie mają w zwyczaju […]
03.07.2020
Weszło
03.07.2020

Stal z walkowerem za mecz z rezerwami Lecha? Wyjaśniamy sprawę

1 lipca. II liga. Rezerwy Lecha Poznań podejmują Stal Stalowa Wola. Na boisku kilka znajomych nazwisk. Ze starszych – chociażby Grzegorz Wojtkowiak, Krzysztof Kiercz czy Michał Fidziukiewicz. Z młodszych – przykładowo Paweł Tomczyk. Ale przy tym, nie oszukujmy się, ten mecz nikogo w kraju nie elektryzował. Dół tabeli trzeciego poziomu rozgrywkowego, środek tygodnia, wielkiego natężenia […]
03.07.2020
Weszło
03.07.2020

Stanowisko: Ile zarabiają polscy sędziowie?

Ile zarabiają polscy sędziowie? Czy to zarobki adekwatne do wykonywanej pracy i dlaczego niekoniecznie? O tym Krzysztof Stanowski w cotygodniowym „Stanowisku”. Polecamy także nasz duży tekst, który poświęcamy tej sprawie. 
03.07.2020
Weszło
03.07.2020

Inni grają w piłkę, my „wyciągamy wnioski”

Przypomnijcie sobie, jak wiele słyszeliście wywiadów pomeczowych trenerów i piłkarzy, w których ci przekonują, że trzeba wyciągnąć wnioski. Jestem pewien, że setki. „Wyciągamy wnioski” notorycznie, regularnie, jakby były mistrzostwa świata w „wyciąganiu wniosków”, to zajęlibyśmy drugie miejsce, by potem „wyciągać wnioski”, dlaczego nie pierwsze. Potem jak sprawdzić, czy ktoś rzeczywiście „wyciągnął wnioski”, to raczej nikt. […]
03.07.2020
Weszło
03.07.2020

Czy polscy sędziowie zarabiają za mało? „Stawki nie rosną od lat”

W sobotnim „Stanie Futbolu” pół-żartem, pół-serio rzuciliśmy, że niespodziewanym następstwem błędu Piotra Urbana w meczu Zagłębia Sosnowiec z Odrą Opole będzie nasz tekst o podwyżkach, na które zasługują polscy sędziowie. Wtedy mówiliśmy o tym z przymrużeniem oka, ale postanowiliśmy zbadać ten temat, zapytać, jak wyglądają warunki pracy polskich arbitrów i… stwierdziliśmy, że taki tekst faktycznie […]
03.07.2020
Weszło
03.07.2020

Quiz piłkarski. Kogo jeszcze nie gościliśmy w Ekstraklasie?

Choć niełatwo w to uwierzyć, bo czasami wydaje nam się, że w Ekstraklasie wylądował już każdy możliwy wynalazek – są na mapie świata kraje, z których nasze kluby jeszcze nikogo nie ściągnęły. Nawet całkiem piłkarskie. Ciekawi jesteśmy, czy będziecie potrafili je wskazać. Oczywiście nie wszystkie, a 25 z nich. Zapraszamy na kolejną odsłonę naszego quizu! […]
03.07.2020
Weszło
03.07.2020

Od obrońcy sezonu do składowej beznadziejnego ŁKS-u

Różnie toczą się kariery piłkarzy po trzydziestce. Jedni starzeją się pięknie – jak Arkadiusz Malarz czy Marcin Robak, którzy dopiero na finiszu swojej kariery naprawdę rozwijają skrzydła. Inni grają bardzo długo, ale gasną powoli i trzymają przyzwoity poziom – do głowy przychodzi nam tu Arkadiusz Głowacki. W przypadku Macieja Dąbrowskiego oglądamy jednak proces nie spadku […]
03.07.2020
Weszło
03.07.2020

Czy FC Strefa Spadkowa utrzymałby się w lidze?

Nie żebyśmy chcieli odbierać szanse, wiemy, że piłka lubi nieprawdopodobne scenariusze. Wiemy niemniej też, że zostały cztery kolejki, a tabela jest dość nieubłagana. Widzimy w niej tąpnięcie, prawdziwą punktową przepaść między ostatnim bezpiecznym zespołem, a tymi, które zajmują pozycje spadkowe. Zadajemy sobie więc dziś pytanie: jak wyglądałby zespół złożony z graczy ze strefy spadkowej? Na […]
03.07.2020
Weszło
03.07.2020

„Jestem dobrym trenerem. W Wiśle Płock podziękowano mi przedwcześnie”

„Po moim odejściu Wisła nie zrobiła żadnego progresu, podziękowano mi przedwcześnie”, „niektórych zawodników nazywam tłukami piłkarskimi”, „Wisła Płock nie ma swojego DNA”, „mam żal, że nie dano mi dłużej popracować w Płocku”. To pierwszy wywiad Dariusza Dźwigały na temat odejścia z Wisły Płock. Ale nie tylko, bo rozmawiamy o filozofii gry, wyszkoleniu technicznym ekstraklasowiczów, powtarzalności […]
03.07.2020
Weszło
03.07.2020

Rafał Gikiewicz: Chcę pojednać się z bratem

W piątkowej prasie sporo ciekawego. Rafał Gikiewicz mówi o konflikcie z bratem, Tomas Pekhart przedstawia swoją historię, Dominik Hładun i Jakub Łabojko komentują doniesienia transferowe na swój temat, jest sylwetka Thiago z Cracovii i kilka innych rzeczy. Zapraszamy.  PRZEGLĄD SPORTOWY Dawid Kownacki miał fatalny sezon, w którym będąc najdroższym piłkarzem w historii Fortuny Düsseldorf, nie […]
03.07.2020
Weszło Extra
03.07.2020

Krzysztof Zając. Prezes, który doprowadził do spadku Korony

Krzysztof Zając to jeden z najgorszych prezesów ostatnich lat w Ekstraklasie. Główny odpowiedzialny spadku i możliwego upadku Korony Kielce. Spadku, bo kielecki klub spada właśnie do pierwszej ligi. Upadku, bo z trzech lat rządów Zająca Korona może się nie otrząsnąć. Nie ma kompetencji, by prowadzić klub piłkarski. Dał się poznać jako człowiek działający na oślep, […]
03.07.2020
Weszło
03.07.2020

Pechowy wieczór Teodorczyka i Zielińskiego, czyli wtorek z Serie A

Wtorkowe mecze Serie A nie były być może majstersztykiem i najwyższą jakością serwowaną nam przez calcio w ostatnich tygodniach. Ale porażki Napoli i Romy przyniosły nam wiele odpowiedzi i jeszcze więcej pytań. Niestety, jeśli chcemy w dzisiejszych spotkaniach znaleźć pozytywne wieści o naszych stranierich, to trochę się rozczarujemy. Bo o ile Zieliński i Teodorczyk wypadli nieźle, […]
03.07.2020
Hiszpania
03.07.2020

Tempo pełzające, ale do mistrzostwa już tylko cztery kroki!

Nieprawdopodobnie wymęczył dzisiaj własnych kibiców Real Madryt. Po euforii z wtorkowego wieczoru, gdy Barcelona zremisowała z Atletico Madryt, już po kwadransie dzisiejszego meczu nie pozostał nawet ślad. Masz szansę odjechać na 4 punkty odwiecznemu rywalowi, grasz u siebie z Getafe, tytuł jest już naprawdę na wyciągnięcie ręki. I co? Właściwie masz szczęście, że rywal niczego […]
03.07.2020
Weszło
02.07.2020

Operacja „bij mistrza” rozpoczęta. City zlało Liverpool na kwaśne jabłko

Chyba trochę za bardzo poświętowali piłkarze Liverpoolu przyklepanie mistrzowskiego tytułu. Można się było oczywiście spodziewać, że The Reds w dzisiejszym spotkaniu z Manchesterem City nie pojawią się na murawie zmobilizowani w stu procentach. Dla nich sezon się tak naprawdę zakończył, pozostało ewentualnie kilka rekordów do pobicia, ale to wszystko. Jednak świeżo upieczonym mistrzom Anglii zwyczajnie […]
02.07.2020
Weszło
02.07.2020

Idzie, idzie Podbeskidzie. I pewnie dojdzie, ale w Bełchatowie ledwo się ruszyło

Podbeskidzie Bielsko-Biała mogło dziś odskoczyć Warcie Poznań na pięć punktów i uczynić milowy krok w kierunku Ekstraklasy. Zamiast tego w Bełchatowie ledwo się ruszyło, rzutem na taśmę ratując remis. GKS w dość naiwny sposób stracił prowadzenie, ale i tak zespół ten kolejny raz zasłużył na pochwały. Bieda tam ciągle taka, że nawet ta przysłowiowa mysz […]
02.07.2020

Ostatni taniec polskiego Toma Cruise’a czyli Szymona Podstufki

Starzy Słowacy to marka sama w sobie, ale dzisiaj mamy dla was coś ekstra. Ten odcinek to jednocześnie pożegnanie Szymona Podstufki. Najbardziej emocjonujący moment w sporcie od czasów rozstania Michaela Jordana z Chicago Bulls. Do tego wiadomo, stały zestaw, cmentarz w Chotomowie, Apoloniusz Tajner, tęczowy Paczul. Słowem: warto!
02.07.2020
Blogi i felietony
02.07.2020

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

W poniedziałek doszło do sensacyjnego wydarzenia na boiskach Ekstraklasy. Otóż sędzia z Krakowa, Tomasz Musiał, sędziował mecz drużyny z Krakowa, Cracovii. I, ku zdumieniu wszystkich, ani nie podyktował pięciu karnych dla Pasów, ani nie wyrzucił trzech Portowców w pierwszym kwadransie gry. Co więcej, choć jest synem Adama Musiała, legendy Wisły Kraków, a także byłym juniorem […]
02.07.2020
Weszło
02.07.2020

Mistrzostwo Anglii dla Liverpoolu ucieszyło mnie bardziej niż otwarcie basenów

Kiedy zaczął kibicować “The Reds”? Kto jest jego ulubionym piłkarzem Liverpoolu? Kogo widzi w roli następcy Juergena Kloppa? Którego Polaka chciałby zobaczyć w swoim ukochanym klubie? Rozmawiamy z jednym z najlepszych pływaków w historii polskiego sportu Pawłem Korzeniowskim, zapraszamy do lektury.  Spotykamy się przed 9 rano, tuż po tym jak Liverpool zdobył tytuł. Cieszymy się, […]
02.07.2020