„Live is life”. Jak Maradona wytańczył triumf w Pucharze UEFA?
Weszło Extra

„Live is life”. Jak Maradona wytańczył triumf w Pucharze UEFA?

Diego Maradona wprowadził Napoli do finału Pucharu UEFA w 1989 roku prawdziwie tanecznym krokiem. Wszystko zaczęło się od… rozgrzewki przed półfinałowym starciem Azzurrich z Bayernem Monachium. DJ dowodzący konsoletą na bawarskim Olympiastadionie postanowił zaproponować gromadzącym się na trybunach kibicom jeden z największych przebojów europejskiego popu lat 80-tych. Z głośników popłynął kultowy evergreen zespołu Opus, czyli rzecz jasna utwór „Live is life”. Melodię z miejsca podchwyciła jednak nie widownia, a właśnie dogrzewający mięśnie Maradona. Największy gwiazdor światowego futbolu, wyglądający na trochę przygaszonego i zmęczonego, nagle się ocknął. Przestał ponuro szwendać i urządził na murawie jedyny w swoim rodzaju taniec z futbolówką. Zaczęło się od nieśmiałych wygibasów, kręcenia biodrami, poklaskiwania. Potem przyszedł czas na żonglerkę i pokaz piłkarskich tricków, wciąż w rytm muzyki. Ci, którzy przybyli na stadion wystarczająco wcześnie, by popatrzeć sobie na ten zdumiewający popis, z całą pewnością zapamiętali te sceny chyba jeszcze dokładniej niż późniejszy mecz.

Na tym polegała niezwykła charyzma Maradony, któremu poświęcamy kolejny odcinek cyklu „Był sobie mecz”.

Brykający na murawie Argentyńczyk z jednej strony sprawiał wrażenie człowieka szczelnie zamkniętego w jakimś niewidzialnym pudełku, schowanego we własnym świecie. Z drugiej zaś widać było, że jego dusza showmana za wszelką cenę chce się z tego pudełka wyrwać, pofrunąć jak ćma w stronę świateł reflektorów. Buzowały w nim sprzeczne emocje. No i nie będzie chyba wielce kontrowersyjnym podejrzenie, że w żyłach Diego mogła tamtego wieczora krążyć nie tylko meczowa adrenalina.

NAPOLI POKONA NA WYJEŹDZIE LIVERPOOL? KURS: 8.00 W ETOTO!

Kwietniowe starcie Napoli z Bayernem stanowiło drugą część półfinałowego dwumeczu Pucharu UEFA. Na Stadio San Paolo zwyciężyli gospodarze, pokonując Bawarczyków dość pewnie, bo 2:0. Otwierające trafienie zanotował Antônio de Oliveira Filho, znany powszechnie jako Careca. Wynik swoim golem ustalił natomiast Andrea Carnevale. Przy główce tego drugiego Maradona asystował, pierwsza bramka również została wypracowana po jego akcji, choć tam kluczowa była przede wszystkim kiepska interwencja jednego z obrońców Bayernu, który swoim kiksem wystawił futbolówkę rozpędzonemu Carece. Klaus Augenthaler, kapitan i lider defensywy FCB, swoją konfrontację z Maradoną zapamiętał na zawsze. – Maradonę pierwszy raz spotkałem już na mistrzostwach świata w 1986 roku, ale tamten dwumecz półfinałowy wyjątkowo zapadł mi w pamięć. W Neapolu Diego na boisku był niemalże nieobecny. Widziałem już przed startem spotkania, że jego myśli są gdzieś indziej. Gdy cała drużyna rozgrzewała się w kółeczku, on bawił się z córką na rękach, grając z nią w koszykówkę. Co innego w Monachium. Tam sprawił nam mnóstwo kłopotów.

Co ciekawe, przed samym spotkaniem niemiecki defensor miał trochę inne podejście do swojego przeciwnika. Dopiero po latach zmiękła mu rura: – Maradona jest gruby, ma wielką nadwagę i tak słabo jeszcze nigdy nie grał – kpił Augenthaler przed starciem z Napoli.

Pomimo niekorzystnego wyniku w pierwszym meczu, Bayernu przed rewanżem nikt definitywnie nie skreślał. Bawarczycy w drugiej połowie lat 80-tych zdominowali Bundesligę, seryjnie zdobywając tytuły mistrzowskie w kraju, pomimo całkiem nieźle dysponowanej konkurencji. W 1988 roku liga włoska według oficjalnego współczynnika była oczywiście najmocniejszą w Europie, ale niemiecka ekstraklasa znajdowała się całkiem niedaleko za nią. W rankingu klubowym Bayern okupował zaś drugą lokatę, wyłącznie za plecami Juventusu. Choć znacznie lepiej różnicę poziomu między włoskimi a niemieckimi rozgrywkami oddaje jednak fakt, iż w 1988 roku Lothar Matthäus – jedna z największych postaci w dziejach niemieckiego futbolu – przeniósł się z Bayernu do Interu Mediolan, by w Italii spędzić swój piłkarski prime-time.

To świat calcio stanowił piłkarskie centrum Starego Kontynentu. Maradona był pępkiem tego świata. Nawet jeśli rzeczywiście jego sylwetka zrobiła się nieco zbyt masywna.

1462392980-diego-maradona-klaus-augenthaler-2ra7

Koniec końców, Bawarczykom nie udało się odrobić strat przed własną publicznością. Po pasjonującym spotkaniu zremisowali z Napoli 2:2 i pożegnali się z marzeniami o finale Pucharu UEFA. Obie bramki dla gości zdobył wprawdzie Careca, ale tak naprawdę to Maradona wytańczył neapolitańczykom ten zwycięski remis. W niczym nie przypominał tego niemrawego rozgrywającego, który w pierwszym starciu miał może pewne przebłyski świetnej gry i posyłał partnerom kluczowe podania, ale generalnie został dość precyzyjnie przypilnowany przez defensorów niemieckiej drużyny i zupełnie nie oczarowywał lekkością dryblingu. Na Stadionie Olimpijskim w Monachium – pomimo ogłuszających gwizdów niemieckiej widowni, która oczywiście nie zapomniała Argentyńczykowi finału mistrzostw świata sprzed trzech lat – Maradona był już właściwie nie do zatrzymania. Można go było tylko powalić na ziemię faulem, wykosić. Ale Diego potrafił się zrewanżować równie ostrym wejściem, a w starciach bark w bark twardo stał na nogach.

Asystował przy obu bramkach brazylijskiego super-snajpera.

Na tym jednak taneczny aspekt całej historii się nie kończy. Awans do finału Pucharu UEFA trzeba było przecież porządnie oblać. Anegdotę z tym związaną przytaczano już w różnym kształcie, opowiedział ją choćby Jimmy Burns, biograf Maradony.

Krótko mówiąc – po powrocie do Italii Diego odwiedził wraz z przyjaciółmi jedną z najsłynniejszych neapolitańskich restauracji. Knajpkę zwaną La Stangata, czyli „Żądło”. Argentyńczyk, jak to miał w zwyczaju, ostro dał tam w palnik. Lokal opuścił dopiero o piątej rano, naprawdę solidnie użądlony. I niemalże wyproszony przez zdesperowaną i zwyczajnie znużoną obsługę restauracji. Piłkarz nie miał jednak dość wrażeń i kontynuował beztroską zabawę… na ulicy. Jego donośne serenady i dzikie tańce zagłuszył dopiero ogłuszający trzask otwieranego okna w jednej z najbliższych kamieniczek. Wychyliła się przez nie poirytowana, rozczochrana staruszka. – Dość tego dobrego! – ryknęła, wynurzając się zza parapetu i obrzucając zdezorientowanego Maradonę spojrzeniem, jakiego nie powstydziłaby się Meduza. – Co ty sobie wyobrażasz, że kim ty jesteś? Właścicielem Neapolu?!

Argentyńczyk łypnął w jej kierunku i po chwili ciężkiego milczenia wyszczerzył zęby w pijackim uśmiechu. Po czym zawył, bezbłędnie naśladując wiwaty kibiców ze Stadio San Paolo. – Jestem Maaa-raaaa-doooooooooona!

Niewyspana kobieta przetarła oczy ze zdumienia, sięgnęła po okulary i jeszcze raz spojrzała na dół. Na kompletnie pijanego Diego Armando Maradonę, wykonującego jakiś przedziwny układ taneczny na środku spokojnej, opustoszałej ulicy. Uśmiechnęła się łagodnie, przesłała mu pełen uwielbienia pocałunek i wróciła do łóżka.

***
Na boisku życie się nie liczy, nie liczą się problemy. Nic się nie liczy.
Diego Maradona
***

Sezon 1988/89 generalnie nie należał do najlepszych, jeżeli chodzi o przygodę Maradony z Napoli. Kiedy Argentyńczyk przybył do Neapolu w 1984 roku po niezbyt szczęśliwym pobycie w FC Barcelonie, z miejsca stał się najcenniejszym skarbem dla miasta. Miasta straszliwie biednego, targanego rozmaitymi konfliktami, zdominowanego przez mafijne układy spod szyldu słynnej kamorry, trzymającej w garści najważniejsze dziedziny życia Neapolu. Przygoda Diego z ekipą Azzurrich też miała rzecz jasna swoje ostre zakręty, ale już po trzech latach niemożliwie utalentowany Argentyńczyk zdołał wprowadzić przeciętną wcześniej drużynę na szczyt świata calcio i sięgnąć z nią po mistrzostwo Włoch. Zdobycie scudetto w 1987 rku bez wątpienia może uchodzić za jeden z najważniejszych momentów w całych dziejach miasta, którego symboliczne początki historycy datują na IX wiek przed Chrystusem. Maradona zastał Neapol zrujnowanym i w sumie to takim też go zostawił, ale po drodze uczynił dumnym.

Kiedy w czerwcu 1984 roku samolot z Diego na pokładzie wylądował w mieście, na piłkarza zaczaiło się prawie trzystu dziennikarzy, blisko stu fotografów i nieprzebrany tłum kibiców. Wydawało się, że futbolowy bzik sięgnął w już zenitu, ale euforia po transferze Maradony nie może się równać z tą, jaką wywołał w kibicach pierwszy mistrzowski tytuł.

– Najgłośniejsze, najtłoczniejsze i najbardziej chaotyczne miasto Europy się wyludniło – pisał włoski naukowiec, Amalia Signorelli, w swoich badaniach na temat fenomenu popularności Maradony. 10 maja 1987 roku, w przedostatniej kolejce Serie A, Napoli zremisowało na Stadio San Paolo z Fiorentiną 1:1 i zapewniło sobie upragnione, pierwsze mistrzostwo. Najpierw miasto w istocie się wyludniło, gdy wszyscy zamarli w pełnym napięcia oczekiwaniu przed telewizorami, obserwując kluczowy mecz. A potem eksplodowało ze szczęścia. Dzisiaj trudno już nawet wiarygodnie stwierdzić, jak długo Neapol fetował ten historyczny sukces. Jedni twierdzą, że całą noc i cały następny dzień. Inni dowodzą, że impreza przetaczała się przez miasto calutki tydzień, albo i jeszcze dłużej. Słynne stało się graffiti, które ktoś wysmarował na miejscowym cmentarzu. Ścianę kapliczki pokrył wymowny napis: „Nie wiecie, co straciliście”.

Maradonie też dedykowano kapliczki, stawiano pomniki, pisano dla niego poematy. Dziewczyny oddawały mu swoją cnotę, mężczyźni nazywali swoich synów jego imieniem. Otoczono go kultem.

REMIS LIVERPOOLU Z NAPOLI? KURS: 5.30 W ETOTO!

Jednak w 1988 neapolitański klub nie zdołał obronić mistrzowskiego tytułu, a okoliczności tej wtopy do dzisiaj budzą spore kontrowersje. Napoli z rozmachem zmierzało po drugie z rzędu scudetto, ale w pięciu ostatnich meczach ligowych zdobyło niespodziewanie zaledwie jeden punkt. Przez 25 poprzednich kolejek Maradona i jego koledzy przegrali tylko dwa spotkania, a na samym finiszu rozgrywek doznali aż czterech porażek. W tym jednej kluczowej dla losów mistrzostwa. Azzurri przegrali przed własną publicznością z Milanem 2:3 i to właśnie Rossoneri zakończyli sezon na najwyższym stopniu podium. Zastanawiające, prawda? Taka bolesna porażka, tak fatalna passa, choć przecież Maradona został królem strzelców rozgrywek, a Careca uplasował się w tej klasyfikacji tuż za nim…

Jaki wpływ na te zdumiewające rozstrzygnięcia miała mafia i jej finansowe korzyści? Cóż. kontakty samego Diego z bossami potężnej rodziny Giuliano zostały uwiecznione na licznych fotografiach.

maradona-giuliano-324002

Atmosfera wokół zespołu nie było już tak wspaniała jak w mistrzowskim sezonie, lecz coraz bardziej gęstniała. W 1989 roku Napoli nie włączyło się na poważnie do walki o mistrzostwo kraju. Koniec końców zajęło w lidze drugie miejsce, a zatem całkiem niezłą lokatę, ale z ogromną stratą do Interu Mediolan. Klub musiał więc w jakiś powrócić na zwycięską ścieżkę. Puchar UEFA sprawiał wrażenie wymarzonej szansy, by choć trochę powetować sobie brak sukcesów na krajowym podwórku. Dla kibiców Napoli, którym tak szalenie zawsze zależało by grać na nosie przebrzydłym bogaczom z północnej części kraju, największe znaczenie miało rzecz jasna scudetto, a nie jakieś tam europejskie rozgrywki drugiej kategorii. Ale lepiej mieć w gablocie Puchar UEFA, niż nie mieć.

***
Neapolitańczycy zabierali piłkę przeciwnikowi, patrzyli, gdzie jest Diego i natychmiast podawali do niego.
Giampiero Galeazzi
***

Drogę do finału rozgrywek piłkarze Napoli zaczęli, co tu dużo gadać, bardzo niemrawo. Udało im się wprawdzie wyeliminować w pierwszej rundzie grecki PAOK, ale o awansie Azzurrich zadecydowało skromne, jednobramkowe zwycięstwo przed własną publicznością, zapewnione trafieniem Diego. W rewanżu padł remis 1:1. A przecież trzeba pamiętać, że Napoli w tamtym czasie to nie byli tylko wspominani Maradona i Careca, ofensywni giganci i piłkarze cieszący się statusem mega-gwiazd włoskiej ligi. W drugiej linii neapolitańskiej drużyny występował choćby Brazylijczyk Alemão, czyli Ricardo Rogério de Brito. Doskonały defensywny pomocnik, zwany „Niemcem” z uwagi na swoją nietypową urodę. Ale ksywę spokojnie można też podciągnąć pod jego europejski styl gry – Alemão był silny, inteligentny, doskonale się ustawiał i czytał grę. Nie gwarantował fajerwerków, lecz doskonale realizował swoje obowiązki taktyczne. Duża postać dla klubu.

W pomocy Napoli występował również, nomen omen, Fernando de Napoli, 54-krotny reprezentant Italii. W defensywie swoją wielką karierę rozpędzał z kolei Ciro Ferrara, kolejna wielka postać włoskiej kadry. Do tego Andrea Carnevale, Giovanni Francini, Luca Fusi… Naprawdę niezła ekipa. Choć nie ma co ukrywać, że bez Maradony na kierownicy na pewno nie biłaby się ona o najwyższe cele.

Pieczę nad wszystkim trzymał trener, Ottavio Bianchi. Nie było mu łatwo – z jednej strony, tylko pozazdrościć, bo miał w swojej kadrze najlepszego zawodnika na świecie i jednego z najwybitniejszych w całej historii futbolu. Jednak Maradona nie był nigdy wymarzonym podopiecznym, a im dłużej grał w Napoli, tym bardziej jego duszę spowijał mrok Neapolu. Diego coraz rzadziej trenował, a częściej balował. Bianchi musiał wznosić się na wyżyny dyplomatycznych sztuczek – nie mógł wypowiedzieć otwartej wojny Maradonie, bo byłby to strzał we własne kolano. Jednak ignorowanie wybryków gwiazdora nie wpływało korzystnie na morale całego zespołu. – Myślę, że nikt nie był w stanie wytrzymać presji, jaka wtedy otaczała Maradonę. Mimo wszystko, trenowanie go było czystą przyjemnością – wspominał uprzejmie szkoleniowiec,

To jednak trochę zbyt grubymi nićmi szyta kurtuazja – nawet w 1987 roku, gdy Napoli zdobyło mistrzowski tytuł, zawodnicy nie unikali konfliktów ze szkoleniowcem. W ostatniej kolejce pamiętnego sezonu, gdy Azzurri grali już o pietruszkę, piłkarze wyszli na boisko w kompletnej rozsypce, zupełnie zdewastowani całonocną imprezą. Pod koniec spotkania Bianchi nie wytrzymał tego żenującego widoku i… opuścił stadion.

Z szatni było ponoć słychać przyśpiewki zaadresowane do niego: „Odchodzisz czy nie? Odchodzisz czy nie?”.

– Kokaina to było raczej coś w rodzaju amuletu, który pomagał Maradonie iść dalej – mówił natomiast Fernando Signorini, przez wiele lat związany z reprezentacją Argentyny.On doszedł tak wysoko, jak nikt wcześniej i napotkał na tych wysokościach różne problemy. Ludzie wchodzili z butami w jego życie. Nie mógł normalnie wyjść z domu, bo dopadały go setki fanów i dziennikarzy. Ludzie wymyślali najbardziej bzdurne historie, by wywołać sensację i promować się na nazwisku Maradona. Dochodziło nawet do tego, że gdy w ataku bombowym ginęli ludzie, od Diego wymagano, by zajął w tej sprawie stanowisko. Przecież to absurd. On nie był prezydentem czy papieżem.

Biorąc to wszystko pod uwagę – trudno się dziwić, że Diego Armando miał coraz większe kłopoty, by poświęcić się futbolowi w stu procentach. W Pucharze UEFA rzadko wpisywał się na listę strzelców, nie zawsze błyszczał też w rozegraniu czy dryblingu, a Napoli okrutnie się męczyło w kolejnych dwumeczach. Na przełomie października i listopada udało się Włochom z niemałym trudem wyeliminować z turnieju Lokomotiw Lipsk, potem za burtę wyleciała ekipa Girondins de Bordeaux. Wydawało się jednak, że w ćwierćfinale rozgrywek przyszła już kryska na matyska. Los skojarzył ze sobą starych znajomych – Napoli miało się zmierzyć z Juventusem.

I wszystko wskazywało na to, że turyńczycy wyjdą zwycięsko z tego włoskiego dwumeczu. W Turynie gospodarze zatriumfowali 2:0 i jedną nogą znaleźli się już w półfinale.

Dla kibiców Juve to spotkanie miało szczególne znaczenie – przez lata Maradona – piłkarz kochany w Neapolu, znienawidzony w całej reszcie Italii – udowadniał, że jest jeszcze znakomitszym piłkarzem niż największa postać „Starej Damy”, Michel Platini. Francuz skończył karierę w 1987 roku, czyli akurat wówczas, gdy Diego zdobył z Napoli scudetto. Odbierając je Juventusowi. Nadarzyła się dobra okazja to pomsty. Jednak na Stadio San Paolo gospodarze zatriumfowali aż 3:0 i kolejny raz upokorzyli potężnych oponentów.

Gol na wagę awansu padł w przedostatniej minucie dogrywki. To był cios w samo serce czarno-białej części Turynu.

CiF4J5sWEAEpZtP

W półfinałach Azzurri uporali się z Bayernem. Finałowy dwumecz przyszło im rozegrać z kolejną niemiecką ekipą – tym razem padło na VfB Stuttgart.

Die Schwaben w drugiej połowie lat 80-tych dysponowali całkiem mocną paczką. Zespół prowadził Arie Haan, wcześniej wielki piłkarz Ajaxu, Anderlechtu i reprezentacji Holandii. W bramce stał Eike Immel, wielokrotny reprezentant Niemiec. Filarem defensywy był Guido Buchwald mistrz świata z 1990 roku. W środku pola grywał niezapomniany Srečko Katanec, przed nim rozgrywał chyba najlepszy islandzki piłkarz w historii – Ásgeir „Sigi” Sigurvinsson. Największą gwiazdą zespołu był jednak bez wątpienia napastnik, czyli rzecz jasna Jürgen Klinsmann. Dla którego był to zresztą ostatni sezon w Stuttgarcie, bo wkrótce Niemiec przeniósł swoje talenty do Mediolanu, gdyż wzmocnił tamtejszy Inter. W 1988 roku Klinsmann został już w swojej ojczyźnie wybrany najlepszym piłkarzem roku. Znajdował się absolutnie na topie. W ośmiu meczach Pucharu UEFA zdobył cztery gole, wydatnie przyczyniając się do tego, że Stuttgart zawędrował aż do finału rozgrywek.

LIVERPOOL POKONA DZISIAJ NAPOLI? KURS: 1.42 W ETOTO!

Sęk w tym, że pierwsze finałowe spotkanie Klinsmannowi przepadło. Napoli podjęło rywali na Stadio San Paolo i przy ogłuszającym dopingu 80 tysięcy gardeł wygrało 2:1. Goście wyszli na szybkie prowadzenie, a gola zdobył Maurizio Gaudino, przesunięty do ataku w miejsce nieobecnego gwiazdora. Neapolitańczycy zdołali jednak odwrócić losy spotkania. Z karnego – skądinąd, bardzo kontrowersyjnego – wyrównał Maradona, a w samej końcówce spotkania o zwycięstwie gospodarzy przesądził Careca.

Mimo wszystko – wynik był ciasny i zwiastował wielkie emocje w Stuttgarcie.

W rewanżu trener Haan postawił na potężną ofensywę – w wyjściowej jedenastce zabrakło Buchwalda, co pociągnęło za sobą zmianę ustawienia 5-3-2 na formację 4-4-2. Czy był to błąd? Z perspektywy czasu możemy mniemać, że tak. W finale mistrzostw świata z 1990 roku to właśnie Buchwald odpowiadał za ścisłe krycie Maradony, kompletnie neutralizując argentyńskiego gwiazdora, co pozwoliło reprezentacji Niemiec wygrać mistrzostwo świata i zrewanżować się za poprzedni finał. Szkoleniowiec Stuttgartu sądził jednak, że jego ofensywa – już z Klinsmannem na szpicy – będzie wystarczająco potężna, by po prostu rozgromić rywali, nawet kosztem utraty jednego czy dwóch goli. Dzisiaj takie podejście do finałowego starcia jest już oczywiście niewyobrażalne. Ostatecznie epicka batalia na Neckarstadion zakończyła się remisem 3:3. Włosi rzeczywiście nie byli trudni do skaleczenia, ale sami odgryźli się równie spektakularnymi atakami.

Puchar UEFA trafił do Neapolu.

– Pozwoliłem sobie po meczu w Stuttgarcie na uśmiech – przyznał się trener Bianchi, zwykle aż do przesady spokojny i ponury. – Ale tak naprawdę to ten sukces aż tak wiele dla mnie nie znaczył. Kiedy wróciłem do hotelu, myślałem już o taktyce na najbliższy mecz ligowy. Z kolei prezydent klubu, Corrado Ferlaino, podszedł do tematu bardziej optymistycznie. Stwierdził nawet, że triumf w Pucharze ucieszył go nawet bardziej niż pierwsze mistrzostwo. Pewnie jest w tym trochę przesady, ale trudno się właściwie dziwić – to oczywiście są zawsze dość karkołomne porównania, ale chyba nie było w całej historii tych „rozgrywek pocieszenia” klubu, który zatriumfowałby po przebrnięciu aż tak niewygodnej, wymagającej drabinki.

***

Triumf Napoli w Pucharze UEFA rozpoczął epokę chwały włoskich klubów w tych rozgrywkach. Od 1989 do 1995 roku zdarzył się tylko jeden przypadek, gdy to nie ekipa z Italii zdobyła trofeum. W 1992 roku najlepszy okazał się Ajax, który pokonał w finale włoskie Torino. Złotą dekadę zwieńczył sukces Parmy, która w 1999 roku wygrała rozgrywki, w finale deklasując 3:0 Olympique Marsylia. I to by było na tyle, jeśli chodzi o włoskie sukcesy w dzisiejszej Lidze Europy.

Dla Maradony sukces z 1989 roku stanowił z kolei przedostatni wielki triumf, odniesiony na włoskiej ziemi, czy – jak mawiał sam Diego – „w domu”. Rok później Napoli sięgnęło po drugie i ostatnie w swoich dziejach mistrzostwo kraju, znowu prezentując piękny futbol. Sukces nie miał jednak aż tak słodkiego smaku jak ten z 1987 roku – tytuł został wywalczony między innymi za sprawą dwóch oczek, które Azzurrim przyznano przy zielonym stoliku. Sam Maradona w coraz mniejszym stopniu przypominał natomiast piłkarza, jakim był, gdy po raz pierwszy pokazał się kibicom na San Paolo. naprawdę się zaokrąglił, zatracił boiskową drapieżność, no i funkcjonował na niekończącym się kacu. W końcu stał się na tyle nieznośny, że nawet Neapol stracił do niego cierpliwość.

W marcu 1991 roku w organizmie Argentyńczyka wykryto kokainę, co zaowocowało wielomiesięczną dyskwalifikacją. Złota era w dziejach Napoli dobiegła końca. Wielka kariera Maradony tak naprawdę też.

MICHAŁ KOŁKOWSKI

INNE WSPOMINKOWE TEKSTY AUTORA:

El Fenomeno. Jak Ronaldo podbił i porzucił Barcelonę?

Paolo Montero, osobisty ochroniarz Zizou

Adriano, czyli historia upadku „Cesarza”

Gabriel Batistuta – showman, który nie lubił futbolu

„To jest Len Bias… Musisz przywrócić mu życie”

***

PAMIĘTAJCIE O PROMOCJACH W ETOTO!

etoto

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (1)