W Wiśle wiatr rozdawał karty. Stoch dostał całkiem niezłe
Inne sporty

W Wiśle wiatr rozdawał karty. Stoch dostał całkiem niezłe

Sporo dostaliśmy dziś w Wiśle emocji. Dostarczał nam ich i wiatr, którego kaprysów za nic nie dało się przewidzieć, i dobry występ Kamila Stocha, który wskoczył na podium, ale też koszmarnie wyglądający upadek Piotra Żyły, który na długą chwilę uciszył trybuny skoczni im. Adama Małysza. Na nudę nie można więc było narzekać. Ale na to, w jaki sposób przeprowadzono rywalizację – już jak najbardziej.

Ze skocznią w Malince jest tak, jak to ujął po swoim skoku Olek Zniszczoł – około 9 rano jeszcze da się skakać, ale potem raczej trzeba czekać do godzin popołudniowych. Pomiędzy tymi dwoma terminami wieje bowiem mocno i, co najgorsze, w różne strony. Organizatorzy dziś czekać nie mogli, bo takie były wymogi telewizyjne. O 16 w Gliwicach zaczyna się bowiem… Eurowizja Junior.

Chcielibyśmy napisać, że nasi zawodnicy dzisiejszy test na skoczni zdali śpiewająco, ale tak po prostu nie było. Wspomniany Zniszczoł był 46., Paweł Wąsek 39., Stefan Hula 38., a Kuba Wolny 33. Do drugiej serii wszedłby Piotr Żyła, gdyby nie to, że swojego skoku nie ustał. Jego upadek wyglądał zresztą bardzo źle, a fani na skoczni zamarli. Piotr tuż po lądowaniu stracił równowagę, mocno uderzył o zeskok i przeszorował po śniegu oraz własnej narcie. W tym momencie ciszę, która nastała na trybunach, dałoby się kroić nożem.

Tym bardziej, że Żyła przez dłuższą chwilę się nie ruszał, a służby medyczne ruszyły do niego jeszcze zanim dojechał do samego dołu zeskoku, jakby przeczuwając, że mogło stać się coś naprawdę złego. Widzowie telewizyjni mogli za to zobaczyć zatroskanego Michala Dolezala. Wszystko wskazywało na to, że Piotrek doznał poważnej kontuzji. W głowach przelatywało nam już mnóstwo podobnych sytuacji, które kończyły się co najmniej rocznymi przerwami od rywalizacji. Zresztą coś o tym wiedzą choćby Niemcy, którzy przed tym sezonem z powodu kontuzji stracili kilku zawodników.

W końcu jednak rozległy się oklaski i doping – Żyła wstał i opuścił skocznię o własnych siłach. Trzeba jednak dodać, że zrobił to z twarzą zalaną krwią, wyglądając jak bohater taniego horroru albo filmu Quentina Tarantino. Skończył jednak dużo lepiej niż oni. – Piotrek źle wylądował, uderzył głową o zeskok, nie zdążył nawet wyciągnąć rąk. Piotr ma rozcięty łuk brwiowy, chyba też wargę. Jego upór nie pozwolił mu jednak iść do karetki, jest opatrywany w szatni – mówił Adam Małysz TVP Sport.

Po pierwszej serii najlepszym z naszych skoczków był, skaczący tuż po Piotrze, Kamil Stoch. Zajmował jednak dopiero 12. lokatę. Ale bez wysiłku dostrzec można było, że to wyniki wypaczone. Stefan Kraft, jeden z faworytów konkursu, dostał się do drugiej serii, wylądował jednak w trzeciej dziesiątce. Markus Eisenbichler, aktualny mistrz świata z dużej skoczni, zajął za to pierwsze miejsce. Od końca. Skoczył bowiem tylko 73 metry, udowadniając wszystkim, że co jak co, ale równego skakania to w Wiśle nie ma. I Austriak, i Niemiec warunków komentować nie chcieli, ale widać było, że są tak dalecy od ich chwalenia, jak Wisła Kraków od ustabilizowania sytuacji w klubie.

Konkurs trzeba było jednak doprowadzić do końca. A przynajmniej tak uznało jury. Oglądaliśmy więc drugą serię i… dobrze. Dla nas. Bo to w niej znacząco poprawił się Kamil Stoch, choć jego 126,5 metra nie było odległością robiącą wielkie wrażenie. Dużo dalej lądowali na przykład Johann Andre Forfang (136) czy Timi Zajc (134,5 metra). Zresztą to właśnie Słoweńca wyprzedził po swoim skoku Kamil. Ot, znów zadziałały magiczne przeliczniki i matematyka. O dziwo, na korzyść Polaka. I choć Stoch nie wyglądał po swojej próbie na człowieka, który szalałby z radości, to systematycznie przesuwał się do przodu. I przesuwał. I przesuwał. Aż ostatecznie wskoczył na podium.

– Przede wszystkim w tych zawodach nie wolno było się skupiać ani na wynikach, ani na odległościach, ani tym bardziej na gonieniu rywali. Najważniejszym zadaniem, w takich warunkach było, żeby skończyć normalnie. Na tyle, na ile się potrafi. Nie wolno było przedobrzyć. Różnie to wszystko mogło się potoczyć, dlatego cieszę się, że po dwóch dobrych skokach wylądowałem na podium, bo równie dobrze mogłem po jednym dobrym skoku znaleźć się poza „30” – mówił Polak Onetowi tuż po konkursie.

Przed Kamilem znaleźli się tylko Anze Lanisek i Daniel Andre Tande, czyli dwójka, której raczej się tam nie spodziewaliśmy. O Słoweńcu mówiło się co prawda, że jest w niezłej formie, ale w gronie faworytów się nie znajdował. A Tande? To gość gnębiony kontuzjami, który miał się w tym sezonie powoli odbudowywać. Po pierwszym konkursie wygląda, że stwierdzenie to jest tylko w połowie prawdą. „Odbudowywać” – tak. „Powoli”? No nie do końca.

Tande był więc dziś skoczkiem najlepszym i tym, który miał najwięcej szczęścia. Bo to zdecydowanie było w Wiśle potrzebne, o równej rywalizacji nie było tu mowy. I jasne, zdajemy sobie sprawę, że w skokach to często frazes, bo teoretycznie zbyt dużą rolę odgrywa w nich pogoda. Jury ma jednak środki, by starać się jak najbardziej wyrównać szanse kolejnych zawodników. Dziś jednak kompletnie nie potrafiło ich wykorzystać. Wielu skoczków zostało puszczonych na stracenie. Wiecie, trochę jak w „Shreku”: „zapewne wielu z was wyląduje blisko, przyduszonych przez wiatr w plecy, ale to poświęcenie, na które jesteśmy gotowi”. Tak to po prostu nie może wyglądać. Biorąc pod uwagę, że organizacja otwarcia sezonu w Wiśle od samego początku miała sprawić, że uniknie się takich sytuacji – znanych dobrze z fińskiej Ruki (gdzie zresztą teraz pojadą skoczkowie) – wygląda to wręcz śmiesznie.

Choć podejrzewamy, że Eisenbichler, Kraft czy Kuba Wolny raczej się dziś nie śmiali.

Fot. Newspix

KOMENTARZE (1)