Skoki w 4K: Kubacki, Kobayashi i Kryształowa Kula. Zapowiedź Pucharu Świata
Inne sporty

Skoki w 4K: Kubacki, Kobayashi i Kryształowa Kula. Zapowiedź Pucharu Świata

Co roku miliony Polaków wyczekują tego dnia. Co prawda za oknem jeszcze ani razu nie widzieliśmy śniegu. Co prawda w kalendarzu wciąż listopad, deszcz i jesień. Ale to właśnie dziś startuje kolejna edycja Pucharu Świata w skokach narciarskich. A wraz z nią standardowe pytania: kto wygra? Na co stać Polaków? Jak będzie wyglądać ten sezon? Czy Kazachowie wciąż będą szorować o dno? I ile będziemy mieli powodów do radości? Spróbowaliśmy na nie odpowiedzieć.

Dobra, wiemy, że przesadziliśmy z tymi Kazachami, o nich raczej mało kto pyta. Ale to ciekawa sprawa, bo to przecież regularni bywalcy kolejnych zawodów, którzy okupują jednak końcowe pozycje. A wygląda na to, że w tym sezonie może być inaczej i wyjdą z tej swojej strefy dyskomfortu. Głównie za sprawą Siergieja Tkaczenki, który zeszłej zimy zdobył brąz mistrzostw świata juniorów i talent z pewnością ma. Może więc zaprezentuje go już tej zimy.

To jednak tylko mała dygresja, na którą pozwoliliśmy sobie głównie dlatego, że prawdopodobnie przez całą zimę nie wspomnimy już więcej o zawodnikach z Kazachstanu. Przejdźmy więc z samego dołu klasyfikacji generalnej, na jej szczyt. A tam – z perspektywy polskiego kibica – do zadania jest jedno ważne pytanie.

Dawid, czy to ten sezon?

Tak, wiemy, że od dawna pisze się o Dawidzie Kubackim i jego możliwościach, a różnie z tym wszystkim bywało. Ale, cholera, zeszłej zimy „Mustaf” (nie pytajcie go skąd ta ksywa, sam do końca nie umie tego wytłumaczyć) wreszcie pokazał, że stać go na dalekie loty. Co prawda wiele osób mogło ten fakt przeoczyć, biorąc pod uwagę, jak bardzo zdominował tamten sezon Ryoyu Kobayashi, ale Dawid w Pucharze Świata prezentował się wręcz znakomicie. Ostatecznie zajął piąte miejsce w generalce, aż sześć razy stał na podium, ale przede wszystkim – w końcu wygrał jakiś konkurs. Zresztą przerywając serię sześciu zwycięstw z rzędu Ryoyu Kobayashiego.

Były też, oczywiście, mistrzostwa świata i złoty medal. To krążek niesamowicie ważny z psychologicznego punktu widzenia, bo oswoił Dawida z tak wielkim sukcesem indywidualnym. Nie jest może najlepszym wyznacznikiem formy – doskonale bowiem pamiętamy, co działo się w Seefeld z warunkami – ale świadczy o możliwościach Kubackiego. Zresztą przesłanek ku temu, że to akurat on może zostać najlepszym skoczkiem tego sezonu jest więcej. Mówi nam o tym Sebastian Szczęsny, komentator TVP.

– Dawida trzeba zaliczyć do grona faworytów, jego szanse są na pewno spore. Już w ubiegłym sezonie zrobił gigantyczny krok do przodu. Latem po raz drugi wygrał klasyfikację generalną Grand Prix. Kiedy zrobił to dwa lata temu, przełożyło się to potem na dobre skoki. Myślę, że Dawid dojrzał mentalnie i fizycznie do tego, by próbować grać pierwsze skrzypce w zawodach Pucharu Świata. Biorąc pod uwagę to, jak się rozwinął, jak pracuje i z jaką pokorą podchodzi do tego, co go czeka, to jest to materiał na skoczka, który może powalczyć o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej.

Ze sztabu reprezentacji Polski regularnie docierają głosy, że Dawid jest w znakomitej formie. Wspomniane Letnie Grand Prix wygrał zresztą, mimo że tak naprawdę w ogóle mu na tym nie zależało. Nie to było bowiem jego celem, a właściwe przepracowanie tego okresu. Wystartował w czterech konkursach, w trzech z nich stał na podium. Wystarczyło. Kubacki nie jest już tylko „tym trzecim” z kadry, a gościem, na którego możemy liczyć i na którego stawiają wszyscy – również zagraniczni – eksperci. Że słusznie, twierdzi Jakub Kot, były skoczek, dziś trener i ekspert Eurosportu.

– Kiedyś musi być ten pierwszy raz. Dawid czekał na niego bardzo długo. Różnie to wygląda, wiemy jak zaczynał na przykład Gregor Schlierenzauer. Kariera Dawida jest zupełnie inna, ale tak to w sporcie bywa. Wreszcie przyszedł jego czas, a lepiej późno niż wcale. Ten poprzedni sezon był najlepszym w jego karierze, pewnie dodało mu to skrzydeł. Dawid wdrapał się do czołówki i pozostaje mieć nadzieję, że zostanie tam na dłużej. To jest tak, że jak się buduje coś po łebkach, to wygląda to potem jak taki zamek z piasku, który stoi, ale pierwsza lepsza woda go zmyje. Dawid to wszystko budował systematycznie, pod tym zamkiem ma wylane solidne fundamenty. Ciężka praca i doświadczenie powinny zaprocentować.

Wiele powiedzieć może nam ten weekend. Bo Kubacki regularnie powtarza, że skoczni w Malince nie lubi i ten obiekt po prostu mu nie leży. Jeśli więc będzie skakać dobrze i wyląduje na przykład na podium niedzielnego konkursu indywidualnego – powinno to znaczyć, że jest naprawdę mocny i przed nim świetny sezon. Ale gdyby skończył gdzieś na piętnastej lokacie, nie powinno to wiele zmienić w ocenach i typowaniach. A te są takie, że Dawid w grupie największych faworytów do zgarnięcia Kryształowej Kuli się znajduje. I to na jednym z czołowych miejsc.

Lista faworytów

No dobra, a kto w takim razie tę grupę uzupełnia? W tym sęk, że nazwisk jest naprawdę sporo i trudno tutaj wskazać jednego gościa, po którym moglibyśmy oczekiwać cudów. Typ oczywisty to Ryoyu Kobayashi. Jeśli gość tak zdominował jeden sezon, to i w kolejnym powinien być w stanie dokonywać cudów. Historia najnowsza uczy nas jednak, że nie zawsze tak jest. Ostatnim gościem, który obronił Kryształową Kulę, był Janne Ahonen w sezonie 2004/05. Po nim nie zrobił tego nikt, a trafiali się przecież tacy dominatorzy, jak Peter Prevc czy Gregor Schlierenzauer. Jak więc będzie z Kobayashim?

Wydaje się, że dobrze. Problem w tym, że w przypadku Japończyków trudno cokolwiek powiedzieć jeszcze przed startem sezonu. Czemu? Bo przez sporą część okresu przygotowawczego kryją się u siebie i mało kto ma okazję zobaczyć ich skoki. A sami przecież niewiele zdradzą. Za to gdy akurat przyjechali do Europy, to skocznia, na której mieli skakać, nie działała. I trenować zaczęli z poślizgiem. Dociekać musimy więc głównie po tym, co działo się latem. A i tu nie mamy zbyt wielu danych. – Ryoyu zmienił trenera, pracuje z Richardem Schallertem, który większy nacisk kładzie na przygotowanie fizyczne. To oznacza, że być może będzie lepiej przygotowany fizycznie do sezonu, ale jak to przełoży się na technikę – trudno powiedzieć. On też długo odpoczywał, pojawił się dopiero w drugiej części letniego sezonu, ale skakał dobrze. Więc faworytem pewnie będzie – mówi Szczęsny. Więc postawmy na Kobayashiego, raczej nie powinien rozczarować.

Jedźmy jednak dalej. Bo, jak wspomnieliśmy, faworytów jest wielu. I to mimo tego, że ich szeregi przetrzebiły kontuzje. Przecież z takiego właśnie powodu nie możemy w tym gronie wymienić między innymi mistrza olimpijskiego Andreasa Wellingeraczy Severina Freunda. Problemy zdrowotne u Niemców miał też choćby Markus Eisenbichler, ale akurat on w szerokim gronie faworytów znaleźć się powinien. Przez sporą część ubiegłego sezonu był przecież jedynym gościem zdolnym rywalizować jak równy z równym z Kobayashim. No i został mistrzem świata z dużej skoczni, nie zapominajmy o tym.

Jeśli jednak o Niemców chodzi, to zdecydowanie wspomnieć trzeba Karla Geigera. Niemiec w zeszłym sezonie odniósł dwa zwycięstwa w konkursach Pucharu Świata, został srebrnym medalistą mistrzostw świata na dużej skoczni i stał się jednym z najważniejszych punktów kadry naszych sąsiadów. A potem było jeszcze lepiej. Latem, jeśli już na skoczni się pojawiał, prezentował się naprawdę świetnie, wygrał nawet konkurs w Hinterzarten. Do tego zamiótł konkurencje na mistrzostwach kraju, regularnie odlatując rywalom o kilka metrów. Wygląda na to, że współpraca ze Stefanem Horngacherem w jego przypadku daje bardzo pozytywne efekty. Ale czy stać go na Kryształową Kulę? – Moim zdaniem nie, bo do tej pory był zbyt niestabilny – skakał świetnie, by w następnym konkursie wypaść dużo słabiej. Z drugiej strony te letnie występy świadczą o tym, że jest w formie – mówi Kacper Merk, dziennikarz Eurosportu.

Do faworytów zaliczyć musimy, oczywiście, dwóch naszych skoczków – Kamila Stocha i Piotra Żyłę. To, wspólnie z Dawidem Kubackim, nasz eksportowy tercet. Każdy z nich może na koniec sezonu zostać zdobywcą Kryształowej Kuli, choć najgłośniej mówi się o Dawidzie i to dlatego jemu poświęciliśmy wcześniej tyle miejsca. Stocha nie ma co uzasadniać, to klasa sama w sobie i gość z tyloma tytułami, że w domu pewnie brakuje mu już półek na kolejne puchary oraz medale. A Żyła?

Piotrek chciałby powalczyć o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej i mówi, że to nie fantasmagoria. Bo on zdecydowanie jest w stanie to zrobić, ma takie możliwości – twierdzi Szczęsny. Zresztą żeby przekonać się, że tak jest, wystarczy przypomnieć sobie początek poprzedniego sezonu, gdy Piotr przez dłuższy czas zajmował wyłącznie miejsca w okolicach podium lub na nim. Potem było nieco gorzej, formy nie udało się utrzymać, ale jego występy w tamtym okresie pokazały, na jakim poziomie potrafi skakać, gdy skupi się wyłącznie na treningach i startach w zawodach.

Kto jeszcze? Pozostają Norwegowie, zawsze groźni. Sęk w tym, że Robert Johansson i Johann Andre Forfang nie potrafili do tej pory przeskoczyć pewnego poziomu. Jest też Daniel Andre Tande, ale miał problemy zdrowotne. Choć, jak podkreślają wszyscy pytani, to nadal groźny skoczek. I to mimo tego, że nie jest w stanie do końca zgiąć nogi w kolanie. Wystarczy jednak, że może przybrać pozycję najazdową, co jest w stanie zrobić. W gronie faworytów od kilku sezonów znajduje się też Stefan Kraft, gość, który rozniósł konkurencję w sezonie 2016/17. – Kraft? Z Austrii dochodzą głosy, że nie wszystko u niego w porządku i jest w stosunkowo słabej formie. Mówi się też o tym, że z jakiegoś powodu zawiódł go sprzęt. Sam jestem tego ciekaw, jak to z nim faktycznie będzie – mówi Kacper Merk.

Sami więc widzicie – nie jest łatwo kogokolwiek wytypować. A przecież nie możemy zapomnieć o ludziach, których wymienia się rzadziej, ale skakać potrafią.

Z drugiego szeregu

To zabrzmi bardzo dziwnie, ale gdybyśmy mieli wskazać jakiegoś czarnego konia przed tym sezonem, to zostałby nim prawdopodobnie… Gregor Schlierenzauer. I tak, wiemy, że obsadzenie w tej roli gościa, który jest rekordzistą pod względem liczby zwycięstw w zawodach Pucharu Świata, ma na koncie dwie Kryształowe Kule i medale każdej największej imprezy, kłóci się z jej definicją. Nie możemy jednak zapomnieć o tym, że w ostatnich latach Austriak był raczej co najwyżej średniakiem, któremu czasem nie udawało się nawet wejść do drugiej serii. A tymczasem przed tym sezonem coraz częściej mówi się, że ponoć jest w znakomitej formie.

– Jeżeli miałbym wskazać czarnego konia, to jest nim Gregor Schlierenzauer. Wiem, jak to brzmi, ale biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, to chyba trzeba go za takiego uznać. Podobno już od dawna nie trenował i nie skakał z taką werwą. Mentalnie jest ponoć świetnie przygotowany. A z nim jest tak, że jak głowa będzie „dawała”, to on też może być super rewelacją sezonu – mówi Merk. A Sebastian Szczęsny dodaje: – Wiadomo, że Gregor ostatnie sezony miał słabe, ale jeśli popatrzymy na lato, to zobaczymy, że lepszego nie miał od 2014 roku. Do tego niedawno zaczął pracować z Wernerem Schusterem, z którym współpracował też tuż przed rozpoczęciem tej wielkiej kariery.

Ostatni raz w dziesiątce klasyfikacji generalnej Schlierenzauer był w sezonie 2014/15. Zresztą właśnie na 10. miejscu. Potem zajmował odpowiednio: 43., 34., 35. i 48. lokatę. To okolice, w których towarzyszyli mu tacy skoczkowie jak Kevin Bickner, Clemens Aigner czy – w ubiegłym, fatalnym dla niego sezonie – Maciej Kot. Gdyby Gregor wrócił do zajmowania miejsc na podium, przeskok byłby ogromny. Wiadomo, trzeba zachować skalę ze względu na jego przeszłe osiągnięcia, ale status czarnego konia – jakby to nie brzmiało – można mu przypisać.

Zresztą podobnie jest z Peterem Prevcem, który zmagał się ostatnio ze zdrowiem. I on, jeśli wróciłby nagle w genialnej formie, może okazać się czarnym koniem. Bo wśród faworytów raczej nikt go nie umieszcza. – Peter stracił zeszły sezon z powodu operacji kostki. Sam mówił, że spisał go na straty i jak już pojawiał się na starcie zawodów, to w ramach przygotowania do tego sezonu, który zaczyna się dziś. Pojawia się jednak pytanie jak on będzie przygotowany? Atmosfera w kadrze Słoweńców wreszcie jest bardzo dobra, sam Peter mówi, że czuje się dobrze. Przygotowywał się w spokoju i jestem bardzo ciekawy jak się zaprezentuje. Wydaje się, że nie odleci już tak, jak wtedy, gdy wygrywał 15 konkursów w sezonie, ale swoim doświadczeniem może sporo osiągnąć – mówi Szczęsny.

Do tych weteranów dochodzi oczywiście młodość. Zresztą dwa nazwiska, które warto tu wymienić, to koledzy Prevca z kadry – mowa o Timim Zajcu i Anze Lanisku. Z pierwszym jest problem o tyle, że już w zeszłym sezonie prezentował swój wielki talent i nazywanie go czarnym koniem jest w tej sytuacji nieco trudne. Gdyby jednak zaczął walczyć o zwycięstwo w generalce – stałoby się raczej uzasadnione. Inna sprawa, że przed sezonem z obozu Słoweńców dochodzą raczej informacje o tym, że Timi nie jest w najlepszej formie. W przeciwieństwie do Laniska – o nim mówi się z kolei, że skacze naprawdę dobrze. W mistrzostwach kraju, zorganizowanych w październiku, lepszy był jednak Zajc, który też świetnie skakał w Letnim Grand Prix. Najlepiej więc po prostu nie skreślać żadnego z nich i na obu mieć oko.

Są też inne talenty. Norwegowie bardzo liczyć mogą na Mariusa Lindvika, który już zeszłej zimy pokazywał się z niezłej strony. Do tego dochodzi Thomas Markeng, ale to gość, który do PŚ dopiero wchodzi i trudno oczekiwać po nim cudów. Z pewnością warto zwrócić uwagę na poczynania Japończyków, bo coraz częściej mówi się o tym, że kolejni uzdolnieni skoczkowie – po Ryoyu – z Kraju Kwitnącej Wiśni będą starali się podbić europejskie skocznie. Austriacy z kolei bacznie obserwują Jana Hoerla, który niedawno odpalił 144 metry na Bergisel, o sześć metrów pobijając jej rekord. Tyle tylko, że to był trening, a belka prawdopodobnie była dość mocno podniesiona. Niemniej warto mieć to nazwisko z tyłu głowy.

No i zostają jeszcze Polacy. Skoro mamy aż trzech faworytów, to i nie mogliśmy poprzestać na jednym gościu o statusie czarnego konia. Mamy więc dwóch – Kubę Wolnego i Klemensa Murańkę. I tak, wiemy, że Klimek to odpalić miał już dobrych kilka sezonów temu. Ale to nie tak, że bazujemy na tym i jego skoku z Zakopanego, który dziś już jest prehistorią. Ten gość po prostu znowu zaczął bardzo fajnie się prezentować. Wygrał przecież klasyfikację generalną Letniego Pucharu Kontynentalnego, czym zapewnił nam miejsce dla siódmego skoczka w zawodach PŚ. I wyjaśnijmy: nie oczekujemy po nim zwycięstw czy nawet miejsc na podium. Ale wierzymy, że może wskakiwać do najlepszej dyszki poszczególnych konkursów.

– Z Klimkiem to ciekawa sprawa. W sumie na razie nie wiadomo, czy pojedzie na kolejne zawody PŚ, czy wzięty zostanie Olek Zniszczoł, bo trenerzy dogadali się tak, że dopiero po Wiśle zdecyduje się co i jak. Może pojadą obaj, a Stefan Hula nie. Choć ten ostatni podobno wygląda ostatnio całkiem nieźle. Klimka jestem na maksa ciekawy. Słyszałem, że postawił wszystko na jedną kartę, skupił się na skokach, zmienił całe podejście, podobno nie jest już marudny, zaczął też współpracę z dietetykiem. Jak się uda to super, jak się nie uda to pewnie skończy ze skokami – tak to wygląda. Latem gdzie by nie pojechał na Letnią Grand Prix, to skakał fajnie. Inna sprawa, że ten gość ma już na koncie medal mistrzostw świata. Trzeba więc zachować skalę – jeśli będzie w czołówce, to będzie czarnym koniem. Jeśli jednak będzie zajmować miejsca w drugiej dziesiątce, to trudno będzie go tak nazywać – mówi Kacper Merk.

Z Kubą Wolnym jest za to tak, że poprzednim sezonem znacznie podbił oczekiwania wobec swoich występów. I tu już nie ma żadnych wątpliwości: ten gość może walczyć o wysokie cele. Może jeszcze nie Kryształową Kulę, ale zwycięstwa w konkursach – jak najbardziej. Zresztą już w zeszłym sezonie kilka razy był tego całkiem blisko. Dycha klasyfikacji generalnej również powinna być jego celem. Nie zdziwilibyśmy się też wcale, gdyby powalczył o coś więcej na przykład w Turnieju Czterech Skoczni czy na mistrzostwach świata w lotach. Bo nie zapominajmy, że kto jak kto, ale Kuba to latać potrafi.

W grupie siła

Zresztą biorąc pod uwagę to, co widzieliśmy w poprzednich sezonach, wreszcie napisać możemy, że nasza sytuacja zaczyna wyglądać naprawdę solidnie i mamy spore zaplecze. Bo na ten moment śmiało wymienić moglibyśmy dziesięciu skoczków, którzy mogą rywalizować o punkty Pucharu Świata (poza omawianą piątką są to: Stefan Hula, Andrzej Stękała, Maciej Kot, Olek Zniszczoł i Paweł Wąsek). A kolejni trzej (Tomasz Pilch, Kacper Juroszek i Adam Niżnik) powinni radzić sobie w zawodach niższego szczebla.

– To bardzo ważne, by rozszerzać tę grupę. Zobaczmy na Niemców czy Norwegów, gdzie kontuzje eliminują bardzo mocnych zawodników. Jeżeli znaleźlibyśmy się w takiej sytuacji bez zaplecza, byłby problem. Ważne, by to zaplecze było, bo przecież każdy ma prawo do gorszego okresu czy choroby w trakcie sezonu. Klemens Murańka, Andrzej Stękała, Paweł Wąsek czy Olek Zniszczoł – oni latem pokazali, że też mogą coś od siebie dać. Są też młodzi, między innymi wspomniani Kacper Juroszek czy Adam Niżnik. Nie łudźmy się, że oni będą od razu stawać na podium PŚ, ale niech się pokazują, niech skoczą w tej Wiśle i poczują te dodatkowe emocje. Kiedyś przyjdzie czas na nich – mówi Jakub Kot.

– Na ten moment mamy Kamila Stocha, Dawida Kubackiego i Piotra Żyłę, od których wymagamy zwycięstw w konkursach. Niżej jest choćby Maciek Kot, którego potencjał jest ogromny. O poprzednim sezonie zapominamy, Maciek podobno mocno się poprawił, zwrócił uwagę na nieco inne detale, na które wcześniej nie kładziono akcentu. I to zaczyna działać. W zeszłym sezonie próbki swoich możliwości pokazywał też Kuba Wolny. A kadra B? Andrzej Stękała ma już spore doświadczenie jeśli chodzi o starty w PŚ. Tego doświadczenia nabierać będą za to Niżnik czy Juroszek. Klemens Murańka się odbudował, a Olek Zniszczoł pokazywał się już w zawodach PŚ z bardzo dobrej strony. Co jednak najważniejsze i co się zmieniło, to współpraca obu kadr. Wspólne treningi, obozy szkoleniowe – przez to rywalizacja w tej dużej grupie zawodników się nakręca. Do tego Dolezal mówi, że drzwi kadry A są otwarte dla tych młodych zawodników, co też ich motywuje – dodaje Sebastian Szczęsny.

Oczywiście, wszystko zweryfikuje sezon, ale na ten moment zdecydowanie wierzyć można w dobre występy naszych zawodników. Nie tylko tej najlepszej trójki, ale i całej kadry. Bo faktycznie, wszyscy w polskim obozie raczej zgodnie podkreślają, że praca idzie dobrze i w grupie każdy szczegół zmierza we właściwym kierunku. Najlepszym tego dowodem jest postawa wspomnianego Murańki i jego przemiana. A także to, jak odbudował się Andrzej Stękała, który rozmyślał już przecież o zakończeniu kariery i tylko Maciej Maciusiak przekonał go, by tego nie robił.

Zadowolony z postawy zawodników z „zaplecza” jest też Adam Małysz, który na łamach Wirtualnej Polski mówił: – Widać, że teraz chłopaki z kadry B bardzo się podciągnęli. Za Horngachera było ogólne przekonanie, że jeśli skaczesz w zapleczu, to nawet jak będziesz lepszy, nie masz szans na udział w Pucharze Świata. Oczywiście nie do końca tak było, ale opinia robiła swoje. Teraz jest zupełnie inaczej. Mamy narybek młodych talentów, ale sporo jest też juniorów. W wieku seniorskim niestety nie dysponujemy wieloma zawodnikami. Tym bardziej jest o co walczyć. Trochę potrwa zanim juniorzy osiągną określony poziom, ale już widać efekty wspólnych treningów.

Pozostaje mieć nadzieję, że i my te efekty zobaczymy. Pierwszym testem dla zawodników z naszej kadry będą dzisiejsze kwalifikacje na skoczni w Wiśle. Jednak i potem okazji do pokazania się – choć bez wielkich imprez – powinno być w tym sezonie aż nadto. O, właśnie, skoro o braku imprez mowa, to warto i ten temat poruszyć.

 „Pusty” sezon

Raz na cztery lata pojawia się bowiem taka zima, w trakcie której emocji jest nieco mniej. Szczególnie, że ostatnie trzy lata naprawdę nas rozpieszczały. W sezonie 2016/17 dostaliśmy przecież brąz Piotra Żyły i drużynowe złoto na mistrzostwach świata. Rok później na igrzyskach trzeci złoty medal zgarnął Kamil Stoch, a w drużynie staliśmy na podium. Zeszłej zimy było za to Seefeld i najbardziej niesamowity dublet – złoto Kubackiego, srebro Stocha – w historii. A w tym roku? Ani igrzysk, ani mistrzostw świata na dużej czy normalnej skoczni. Jedynie te w lotach.

Wiadomo, że to impreza nieco niższej rangi. Głównie dlatego, że mamuty to nie skocznie dla wszystkich. Bywa i tak, że nawet najlepsi skoczkowie nie mogą liczyć tam na sukcesy. W tym sezonie to wszystko wygląda jeszcze dziwniej, bo mistrzostwa odbędą się na sam koniec – już po przyznaniu Kryształowej Kuli. Dlaczego? Bo są w Planicy i postanowiono je zorganizować w takim terminie, w jakim zawsze rozgrywają się tam zawody Pucharu Świata.

– To taki specyficzny sezon, faktycznie. Natomiast imprezą główną chyba pozostają mistrzostwa. Ale raz, że to loty, więc rzeczywiście zawody nieco inne, a dwa, że ustawione na sam koniec sezonu. Więc trudno tu dostosować formę – czekać z nią na koniec marca to ryzykowna sprawa. Stąd Turniej Czterech Skoczni na pewno będzie ważny, ma przecież swój prestiż. Wiadomo też, że każdy chciałby zdobyć Kryształową Kulę. A zeszły sezon pokazał, że jak Kobayashi był mocny całą zimę, tak w Planicy również potrafił polatać. Polacy wygrywający Puchar Narodów też w Planicy latali świetnie. Więc całkiem prawdopodobne, że ci, którzy będą mocni na przestrzeni całego sezonu, będą też walczyć o medale mistrzostw – mówi Jakub Kot.

O ile na co dzień mistrzostwa świata w lotach raczej niespecjalnie nas emocjonują (w czym chyba trochę winy Adama Małysza, który nigdy nie zdobył na nich nawet medalu, przez co nieco inaczej patrzyliśmy na tę imprezę), o tyle jednak w tym sezonie warto zwrócić na nie uwagę. Po pierwsze dlatego, że mamy w kadrze kilku gości, którzy mogą tam powalczyć o coś więcej, przez co i w drużynie możemy pokusić się nawet o zdobycie złota. Po drugie – Kamil Stoch. Po prostu. Złoto tej imprezy to jedyny tytuł, którego brakuje mu w kolekcji. W sezonie 2017/18 był na niej drugi, a gdyby nie odwołano ostatniej serii zawodów, miałby spore szanse na zwycięstwo. Zadra jest. Czy jednak Kamil będzie szykować się konkretnie na tę imprezę?

– (śmiech) Zadałem mu to pytanie od zeszłego sezonu z dziesięć razy. Zresztą pewnie nie tylko ja – mówi Kacper Merk. – Odpowiedź brzmi: nie wiem. Na tyle, na ile go znam, to on chce fajnie skakać co tydzień i się tym bawić. Z jego osiągnięciami właściwie tylko to mu pozostało. Wiadomo, że Planica mu leży i lubi tam skakać. Wiadomo, że to jedyne, czego mu brakuje. Ale teraz pewnie kompletnie o tym nie myśli, a celem jest to, żeby skakać super co tydzień. A jak cały sezon poskacze super, to w Planicy pewnie też tak będzie i to powinno wystarczyć. Zresztą w tych latach, gdy zdobywał Kryształową Kulę, to w Planicy też latał świetnie. On jest raczej takim zawodnikiem, że nie myśli o tym, co odpuścić, tylko co tydzień będzie pakował, ile fabryka dała.

Tak było zresztą nie tylko ze Stochem. Raczej wygląda to tak, że jeśli jest się w formie, to Planica tę formę „przyjmuje”. Nawet wywołany wcześniej Adam Małysz w sezonie 2006/07, mimo że nigdy nie był wybitnym lotnikiem, zgarnął tam hat-tricka i wygrał wszystkie trzy zorganizowane konkursy, pieczętując zdobycie czwartej Kryształowej Kuli w kolekcji. Swoją drogą zaletą takiego rozwiązania – z mistrzostwami na koniec sezonu – jest to, że można się do nich przygotować niejako oddzielnie. Całkiem możliwe, że dzięki temu oglądać będziemy znacznie bardziej interesującą rywalizację o Puchar Świata, bo po drodze po prostu nie będzie żadnego przystanku. Warunek jest tu jeden: nie może pojawić się dominator.

– Nie chciałbym, żeby ktoś taki się pojawił, bo to troszeczkę wypacza wtedy tę rywalizację. Jeden wygrywa, a wszyscy biją się o drugie miejsce. Tak było, gdy zwyciężali tacy skoczkowie jak Adam Małysz, Peter Prevc, Gregor Schlierenzauer czy Ryoyu Kobayashi. A ten sezon faktycznie może być interesujący. Do igrzysk jest jeszcze kawałek, głównym startem sezonu są te mistrzostwa świata w lotach… Niby jest kilka tych szczytów, na które zawodnicy będą się wspinać – Turniej Czterech Skoczni czy Raw Air – ale nawet jeśli popatrzy się na poprzedni sezon, to możemy dojść do wniosku, że wszyscy, nie licząc Kobayashiego, byli na bardzo zbliżonym poziomie. Za jego plecami trwała przecież nieustanna walka o czołowe miejsca, to się tam kotłowało – mówi Szczęsny.

Takiej walki możemy więc oczekiwać i tej zimy. Nie będziemy jednak ukrywać, że w sumie jest jeden scenariusz, w którym cieszylibyśmy się z pojawienia dominatora. Wystarczyłoby, żeby był to któryś z naszych reprezentantów. Wtedy nie przeszkadzałoby nam to, że sezon byłby nudniejszy. Jeśli jednak nikt z biało-czerwoną flagą na kasku nie będzie w stanie tak odskoczyć, to i tak z wielkim zainteresowaniem będziemy przyglądać się tej rywalizacji. Bo wygląda na to, że będzie najciekawszą od lat.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix 

KOMENTARZE (1)