Koniec nowego, wspaniałego świata
Anglia

Koniec nowego, wspaniałego świata

Bycie kibicem Tottenhamu przez lata było udręką. Niby się człowiek cieszył na mecz z Chelsea czy United, ale dominowała raczej emocja jak tuż przed borowaniem. Trudno było kupować ściemę o tym, że tym razem na pewno nie będzie bolało. Zaskoczeniem było raczej, gdy faktycznie nie było tak źle.

Rewolucja. Wejście w wielki, wspaniały świat, do którego drzwi tak długo pozostawały zamknięte. Mauricio Pochettino w niemal pięć i pół roku poprowadził Tottenham drogą, dzięki której dziś jest to klub podchodzący bez kompleksów do walki z najpotężniejszymi na świecie. Ogrywał wszystkich rywali z Big Six, pokonywał zwycięzcę Ligi Mistrzów, pokazując mu plecy po fazie grupowej kolejnej edycji. Pierwszy raz w naprawdę bogatej historii klubu 90 minut dzieliło Koguty od wzniesienia Pucharu Mistrzów.

Na dziś nie było innego wyjścia, niż tylko pożegnanie. Najbardziej znamienne były słowa „źródła z szatni Tottenhamu”, cytowane w znakomitej analizie „The Athletic”.

„Panuje reżim, którego piłkarze mają dość”. „Albo jego [Pochettino] sposobem, albo wcale”. „Zawodnicy nie mają poczucia, że jakkolwiek się im ufa”. „Piłkarze nie buntują się przeciwko niemu [Pochettino], ale byli prowadzeni tak twardą ręką, że nie wiedzą, czy są w stanie dać jeszcze cokolwiek więcej”.

Formuła się wypaliła. Podwójne sesje treningowe, mało czasu na odpoczynek, garstka dni wolnych w trakcie sezonu, zlewające się w jedno rozmowy motywacyjne. Daniel Levy nie był w stanie zapewnić Pochettino regularnego dopływu świeżej krwi, większość zawodników było z Argentyńczykiem od jego pierwszego lub drugiego sezonu na White Hart Lane. Wkradło się znużenie, rutyna niesamowicie męcząca, bo Pochettino lubił kontrolować wszystko – włącznie z czasem wolnym swoich piłkarzy.

Raz jeszcze „źródło z szatni” w „The Ahletic”:

„Pochettino, który nigdy nie był podczas treningów szczególnie ciepły dla swoich piłkarzy, dystansował się ostatnio jeszcze bardziej. Zrobiła się z tego sytuacja z kategorii: nie patrz na szefa”.

Ostatnie tygodnie, miesiące… w zasadzie od porażki z Burnley, która przekreśliła szanse Tottenhamu na mistrzostwo Anglii, widać było, że coś się psuje. Pochettino miał wielką szansę, by odejść jako zwycięzca. Odmienił świat kibica Tottenhamu, brakowało mu już tylko flagi na Evereście. Wygranego finału Ligi Mistrzów.

Podczas pomeczowej konferencji czuć było, że Pochettino jest o krok od stwierdzenia: na mnie już czas. Dziś kolejne źródła potwierdzają, że gdyby udało się 1 czerwca pokonać Liverpool, Pochettino nie byłoby już na White Hart Lane. Przekazałby najlepszy zespół w Europie kolejnemu menedżerowi, zamknąłby pięcioletni cykl najbardziej pożądanym europejskim trofeum.

Zamiast tego byliśmy świadkami tego, jak doprowadzony do szczytu możliwości zespół z niego zjeżdża. Smutny to był koniec, takie wyniki jak 2:7 z Bayernem czy 0:3 z Brighton nie zostaną wymazane z pamięci kibiców. Pochettino odszedł jako trener zwolniony. Trener 14. drużyny w Premier League, punktującej w obecnym roku na poziomie Burnley i West Hamu, a gorzej choćby od Crystal Palace.

Jego prawie pięć i pół roku dostarczyło jednak wiele pamiętnych momentów kibicom Spurs. Większość to wspomnienia piękne, do których będzie się wracać z wielkim rozrzewnieniem. Wybrałem z nich takie, które na zawsze będą się kojarzyć z projektem zakończonym we wtorek bolesnym rozstaniem. Z Tottenhamem Pochettino.

05.11.2019, Rajko Mitic Stadium, Belgrad, SRB, UEFA CL, Roter Stern Belgrad vs Tottenham Hotspur, Pressekonferenz, Gruppe B, im Bild Mauricio Pochettino during the Tottenham Hotspur press conference // Mauricio Pochettino during the Tottenham Hotspur press conference during a press conference before the UEFA Champions League group B match between Roter Stern Belgrad and Tottenham Hotspur at the Rajko Mitic Stadium in Belgrad, Serbia on 2019/11/05. EXPA Pictures © 2019, PhotoCredit: EXPA/ Focus Images/ Aleksandar Djorovic *****ATTENTION - for AUT, GER, FRA, ITA, SUI, POL, CRO, SLO only***** LIGA MISTRZOW PILKA NOZNA SEZON 2019/2020 FOT.EXPA/NEWSPIX.PL Austria, Italy, Spain, Slovenia, Serbia, Croatia, Germany, UK, USA and Sweden OUT! --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

ZŁE MIŁEGO POCZĄTKI

Andre Villas-Boas nie okazał się The Special One 2.0. Tim Sherwood udowodnił, że raczej nie zostanie menedżerem z topu i będzie raczej skazany na posady, na które najlepsi nawet nie spojrzą. Cóż, nie było wizjonerskim posunięciem wystawienie Kyle’a Walkera na dziesiątce.

Po dwóch takich rozczarowaniach, kibice Tottenhamu pragnęli porządnego menedżera. Kogoś, komu może uda się wreszcie przekroczyć próg upragnionej Champions League i zagościć tam na dobre. Od 2007 roku wiadomym było, że Tottenham w końcu przeniesie się na zdecydowanie bardziej przystający do wymogów XXI wieku stadion, choć budowa była długo odwlekana w czasie, zaczęła się niemal dekadę po przedstawieniu wstępnych planów. Otwarte było już jednak futurystyczne centrum treningowe w Enfield. Trzeba było „tylko” dołożyć sukces pierwszego zespołu, by uczynić ze Spurs klub o globalnej renomie, magnes nie tylko dla zawodników szukających trampoliny do lepszego klubu, ale dla wielu – stację docelową.

Pochettino najpierw przekonał wszystkich w Southampton, że zwolnienie uwielbianego Nigela Adkinsa i zastąpienie go nieznanym bliżej nikomu w Premier League Argentyńczykiem, było naprawdę dobrą, wizjonerską decyzją. A potem, w rezultacie, dostał propozycję od Daniela Levy’ego, mając być tym wymarzonym szkoleniowcem.

Gorzej, że początek daleki był od wymarzonego. W najgorszym momencie pierwszego sezonu Pochettino, Tottenham zajmował 12. miejsce. W 11 pierwszych kolejkach przegrał pięciokrotnie, z czego cztery razy u siebie. Fani mieli na nowo zakochać się w weekendach na White Hart Lane, tymczasem wiele z nich na skali przyjemności plasowało się między ściąganiem paznokcia a gastroskopią.

Mało kto uwierzyłby wtedy w finał Ligi Mistrzów i prawie 300 meczów pod wodzą tego trenera.

NOWY ROK, NOWE OTWARCIE

Trudno było być optymistą, gdy w Nowy Rok trzeba się było mierzyć z Chelsea Mourinho. Tą samą, która mniej niż miesiąc wcześniej odprawiła bandę Pochettino ze Stamford Bridge z trzybramkowym bagażem. Która zafundowała Tottenhamowi szóstą ligową porażkę w dopiero 14. serii gier.

Pochettino zdążył już jednak do tamtego momentu przeprowadzić wstępną selekcję. Wiedział juz mniej więcej, kogo chce odpalić, a na kim będzie mógł w kolejnych latach polegać. Wymowne, że w spotkaniu z Chelsea w podstawowej jedenastce wyszło pięciu piłkarzy, którzy w czerwcu tego roku w Madrycie znaleźli się w wyjściowym składzie na finał Champions League.

Wcześniejsze wyniki – seria pięciu meczów bez porażki, z czego cztery starcia zakończyły się zwycięstwami – wskazywały na to, że Spurs wchodzą na obroty. Rzecz w tym, że The Blues byli liderem rozgrywek, stracili najmniej goli, strzelili – wraz z Man City – najwięcej. Tottenham dzieliło od drużyny Jose Mourinho piętnaście punktów i sześć pozycji w tabeli.

Do dziś trudno wyjaśnić to, co wydarzyło się w Nowy Rok. Czy piłkarze Chelsea zbyt uwierzyli w siebie i pozwolili sobie na konkretną sylwestrową balangę? Fakty były takie, że choć wyszli na prowadzenie, to od gola na 1:1 właściwie w tym meczu nie istnieli. Siedem minut po przerwie, gdy Harry Kane wykończył zagranie Nacera Chadliego, było już w zasadzie po meczu.

To była wiktoria, jakiej Tottenham potrzebował. Znak, że jest w stanie rywalizować z największymi bez kompleksów, grając piłkę, jakiej chciał Pochettino. Piłkę piekielnie trudną fizycznie dla jego piłkarzy, wymagającą wielkich nakładów treningowych (Pablo Osvaldo mówił o sesjach w Southampton, że „cierpisz na nich jak pies”). Ale i niezwykle atrakcyjną, opartą o ciągły wysoki pressing i błyskawiczne budowanie ataków po odzyskaniu piłki.

BATTLE OF THE BRIDGE

Gdyby tamto spotkanie było postacią z gry komputerowej, byłoby Trevorem z GTA V. Wiórów poszło w nim tyle, że niejeden tartak mógłby pozazdrościć przerobu. Wymowne, że dzień po meczu w angielskich portalach zaroiło się od zestawień najbardziej brutalnych starć w historii Premier League, wśród których po wsze czasy będzie gościć to majowe na Stamford Bridge.

Dla Chelsea sezon był już dawno stracony. Może dlatego nie dawała się, przynajmniej do pewnego momentu wciągnąć w brudne gierki. Linię przekroczył Mousa Dembele wsadzając palec w oko Diego Costy. Tak niepodobne do zawodników Tottenhamu, tak niecodzienne wobec widywanego na co dzień usposobienia szkoleniowca Kogutów. Który zresztą sam potrafił wskoczyć na plac gry między sprzeczających się zawodników. Costa na boisku był tylko jeden, a mieliśmy wrażenie, że jego najgorsze cechy przejęło co najmniej kilku zawodników – w dodatku większość w białych koszulkach jedynego zespołu, który mógł jeszcze rzucić kłody pod nogi sensacyjnego lidera z Leicester.

Zamiast to zrobić, dostarczył szampana. Choć w zasadzie doręczył go do rąk własnych Eden Hazard. Symbolicznie, na finiszu najgorszego w karierze sezonu, zdmuchnął mistrzowskie nadzieje derbowego rywala. Strzelając bramkę, która po nocach śni się niektórym fanom Kogutów do dziś i którą nie tak łatwo wymazać z pamięci, mając na uwadze jej niezwykłą urodę.

Przebieg meczu, od 2:0 dla Tottenhami do 2:2 po golu Hazarda, zdecydowanie nie pomagał w panowaniu nad wydarzeniami wyjętymi żywcem ze sportów walki. Ale jeżeli, tak jak mówił w jednym z wywiadów dla Weszło Szymon Marciniak, „każde spotkanie potrzebuje paru mądrych gwizdków, gdy emocje idą do góry”, rozjemcy tamtych zawodów Markowi Clattenburgowi zdecydowanie ich zabrakło. Sędziemu, którego UEFA uhonorowała w 2016 roku dwoma najważniejszymi finałami – Ligi Mistrzów i Euro – starcie wyślizgnęło się z rąk. Doszło do eskalacji agresji na ogromną skalę i tylko cud/krótkowzroczność Clattenburga (skreśl niepotrzebne) sprawił, że skończyło się bez czerwonych kartek.

Hazard zgasił Tottenhamowi światło w sezonie, gdy mistrzostwo było na wyciągnięcie ręki i gdy pozostali wielcy rywale wykruszali się jeden po drugim. Tamto niepowodzenie zabolało tak bardzo, że Tottenham w wyścigu dwóch z Leicester dał się na finiszu wyprzedzić atakującemu daleko z peletonu Arsenalowi. 1:5 na zakończenie rozgrywek ze spadającym Newcastle, które dało Kanonierom szansę przeskoczyć Spurs, siedziało w głowie Pochettino bardzo długo. Jak dowiadujemy się z książki Guillema Balague o Tottenhamie Pochettino („Nowy, wspaniały świat. Tottenham pod wodzą Pochettino”), Argentyńczyk smutki zajadł, zapił czerwonym winem, a potem wziął się do roboty. Wszystko po to, by wreszcie nastąpiło…

ZNIESIENIE ST. TOTTERINGHAM’S DAY

Tottenham tak wiele razy kończył sezon pod Arsenalem, że dzień, w którym dokonywało się to po raz kolejny, nazywano właśnie St. Totteringham’s Day.

W 2017 roku nie było jednak okazji obchodzić tego „święta”. Arsenal musiał wreszcie obejrzeć plecy Tottenhamu, który ustąpił tylko niezrównanej w tamtym sezonie Chelsea Antonio Conte. Pierwszy raz w erze Premier League Tottenham znalazł się wśród dwóch najlepszych zespołów ligi. To on przerwał serię trzynastu kolejnych zwycięstw The Blues w Premier League, ogrywając przyszłego mistrza 2:0 na początku stycznia. Christian Eriksen i Dele Alli dali wtedy prawdziwy popis swojej klasy, Anglik po dziś dzień nie rozegrał lepszego sezonu niż tamten.

Ale wiekopomnych chwil w tamtych rozgrywkach było więcej. 2:0 z Manchesterem City, 2:0 z Arsenalem, wreszcie 2:1 u siebie z Manchesterem United w ostatnim spotkaniu na starym White Hart Lane. Sezon 2016/17, w którym żegnano się ze starym stadionem i witano z Wembley – na zdecydowanie dłużej niż pierwotnie planowano – był jednocześnie sezonem bez choćby jednej ligowej domowej porażki. Do pełni szczęścia brakowało tylko dobrego występu w europejskich pucharach. Ten sam zespół, który potrafił ogrywać wielkich ligi angielskiej na czele z mistrzem, nie wyszedł z grupy z Bayerem Leverkusen, AS Monaco i CSKA Moskwa, a z Ligi Europy odpadł po 2:3 z Genkiem.

KRÓLOWIE KRÓLEWSKIEJ GRUPY

Los to figlarz.

Nie wiemy, co ktoś z północnego Londynu zrobił ludziom odpowiedzialnym za podgrzewanie odpowiednich kulek w siedzibie UEFA, bo tak jak rok wcześniej los był bardzo łaskawy, tak w sezonie 17/18 Tottenham wylądował w najtrudniejszym z możliwych zestawów. Zwycięzca Ligi Mistrzów – Real Madryt? Zawsze mocna w pucharach Borussia Dortmund? To, że z ostatniego koszyka dolosowano APOEL Nikozja było niewielką osłodą.

I tak jak Tottenham ligowy potrzebował symbolicznej wygranej, którą było wspomniane 5:3 z Chelsea, tak Tottenham pucharowy prosił się o znaczące zwycięstwo, do którego będzie się można odwoływać jeszcze przez długi czas. No a jak lepiej zbudować pewność siebie, jak nie pokonując bezapelacyjnie triumfatora całych rozgrywek? Wbijając mu trzy bramki, będąc nieustannym zagrożeniem dzięki zabójczemu połączeniu motywacji, niezmordowanego pressingu i zabójczego wykończenia. Zwycięstwo z Borussią w pierwszej kolejce oczywiście nastroiło pozytywnie i miało swoją wymowę, ale ogranie Królewskich w czwartej serii gier – no, to już było coś.

Nie dziwota, że gdy tylko zwalniała się posada na Bernabeu, nazwisko Pochettino wymieniano jednym tchem obok największych faworytów do jej objęcia.

Tottenham występy w grupie śmierci zakończył z 16 punktami na 18 możliwych. Oświadczenie: „Europo, przyzwyczajaj się do nas” zostało wydane.

MADRID, SPAIN - MAY 31 : Head coach of Tottenham Mauricio Pochettino and goalkeeper Hugo Lloris (R) are seen during a training session of his team ahead of UEFA Champions League Final match between Tottenham Hotspur and Liverpool at Wanda Metropolitano Stadium on May 31, 2019 in Madrid, Spain. Burak Akbulut / Anadolu Agency/ABACAPRESS.COM FOT. ABACA / NEWSPIX.PL POLAND ONLY !!! --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

„TAKA JEST HISTORIA TOTTENHAMU…

… zawsze im czegoś brakuje” – te słowa Giorgio Chielliniego długo dźwięczały w uszach kibicom Spurs.

Juventus w 1/8 to znów było bardzo złe losowanie. Ale nie było tego widać po godzinie rewanżu. Tottenham był w domu. Okej, fizycznie w tymczasowym, na Wembley. Ale wynikowo – był w domu. Witał się z gąską. 1:0, 3:2 w dwumeczu, wentyl bezpieczeństwa. Jedna bramka w pół godziny nie dawała Juventusowi kompletnie nic. Spurs grali świetnie, Stara Dama nie bardzo potrafiła zaistnieć.

Ale Tottenham oblał egzamin dojrzałości. Choć słuszniejsze byłoby chyba porównanie do świeżo upieczonego studenta mającego mierzyć się z pierwszym w życiu kolokwium, a potem porównać wynik z wyjadaczem po dwóch kierunkach.

Gdy wydawało się, że nic nie może zagrozić Tottenhamowi, goście przeszli jakąś cudowną odmianę. Nie wiadomo, co konkretnie Allegri zrobił ze swoimi podopiecznymi w szatni w przerwie meczu, ale trochę to wyglądało tak, jakby podał im jakiś sok z gumijagód. W drugiej połowie Juve znowu wyglądało jak Juve – wyrachowane oraz zabójczo skuteczne. Trzy minut wystarczyły bowiem, aby turyńczycy odwrócili losy spotkania.

Tak jak lekcja po 1:5 z Newcastle została jednak wyciągnięta i w kolejnym sezonie Tottenham zamykał rozgrywki wyjazdowym 7:1 z Hull, tak i tu nauka nie poszła w las.

ZERO TITULI TRANSFERI

Pierwszy raz w historii Premier League klub z tej klasy rozgrywkowej przez całe lato nie dokonał ani jednego transferu. Tak naprawdę tutaj pojawiło się pierwsze bardzo poważne pęknięcie w zespole Mauricio Pochettino. To właśnie w okienku, w którym miało odejść kilku zawodników – Rose, Alderweireld, Sissoko, może też zmierzający w kierunku końca umowy Eriksen – należy upatrywać początku końca Argentyńczyka.

Sir Alex Ferguson wyznawał filozofię regularnego wietrzenia szatni. Pozytywny ferment jest potrzebny, by nie doszło do stagnacji. Lato zostało jednak przespane. Pochettino musiał szyć z materiału, który zaczynał się wycierać. W dodatku fiaskiem zakończyły się próby negocjacji kontraktowych, przede wszystkim z Tobym Alderweireldem i Christianem Eriksenem. Jednym ze sposobów utrzymywania w ryzach całego składu było regularne odnawianie umów, tak by nigdy nie doszło do sytuacji, kiedy zawodnicy wchodzą w dwa ostatnie lata kontraktu. Gdyby tak się miało stać i odmawiali parafki pod nową umową – czas na ich spieniężenie.

Jak dziś wiemy, to bardzo nie wyszło.

Dziś Alderweireld, Eriksen, a także Jan Vertonghen są już w ostatnim roku kontraktu, pierwsi dwaj na pewno w Tottenhamie nie zostaną, pozostanie drugiego z belgijskich stoperów stoi pod dużym znakiem zapytania. Mówiło się o tym, że Vertonghen chciałby dłuższej umowy niż te oferowane zwykle przez Levy’ego zawodnikom po trzydziestce. I można tu zrozumieć zarówno zawodnika chcącego zabezpieczyć ostatnie lata kariery na najwyższym poziomie, jak i szefa Tottenhamu. Vertonghen młodszy nie będzie, jeśli nagle przestanie dawać radę, stanie się drogim w utrzymaniu rezerwowym. Trudnym do sprzedania czy oddania gdziekolwiek indziej, gdzie pewnie tak ochoczo jego pensji nie pokryją.

DWUMECZ TOTALNY

Największym objawem geniuszu Pochettino było więc to, jak mimo węższej nawet niż rok wcześniej kadry (odejście Mousy Dembele), długo potrafił trzymać się blisko szczytu Premier League i świetnie sobie poczynać w Europie. Mniej więcej do końcówki lutego, do meczu z Burnley, Spurs nie tylko byli w grze w Champions League, ale i w Premier League. Ale wtedy przytrafiła się porażka miażdżąca nadzieje na tytuł. Strata do Liverpoolu była już za duża, by marzyć o mistrzostwie. Pochettino stracił panowanie nad sobą, zwyzywał Mike’a Deana, dostał 10 tysięcy funtów kary i dwa mecze zawieszenia.

Jasnym stało się, że największą szansą na trofeum jest… triumf w Lidze Mistrzów. Gdy losowano Tottenhamowi w 1/8 finału Borussię Dortmund, ta była na szczycie Bundesligi i przerażała siłą ognia. Ale nim doszło do starcia, rozpęd osłabł, Tottenham poradził sobie z BVB i wpadł w ćwierćfinale na Manchester City. Rywala jeszcze trudniejszego, mającego kadrę mogącą u Pochettino budzić zazdrość. Podczas gdy on musiał łatać dziury, gdy Guardioli wypadał jeden człowiek, natychmiast w jego miejsce wskakiwał kolejny, nie gorszy. Kompany, Stones, De Bruyne, Foden, Jesus, Sane – taka kapela siedziała na ławce podczas pierwszego meczu obok Pepa. Dla porównania – Pochettino mógł w bój posłać w trakcie meczu kogoś z szóstki: Davies, Foyth, Sanchez, Wanyama, Llorente, Moura.

Guardiola podszedł jednak do pierwszego meczu źle. Zbyt ostrożnie, za mocno wierząc, że trzeba przede wszystkim zabukować niezły wynik przed rewanżem. Stąd Sane czy De Bruyne na ławce. Przeliczył się, że uda się odrobić stratę na własnym stadionie. Przeliczył się o kilka centymetrów, bo przecież w ostatniej akcji meczu na Etihad Sergio Aguero strzelił bramkę, którą jednak później anulował VAR. Gdyby to wszystko działo się sezon wcześniej, Spurs kończyliby na ćwierćfinale. To nie było prześlizgnięcie, to było przeciśnięcie się przez dziurkę od klucza, w dodatku w sytuacji, gdy klucz jest wsadzony z drugiej strony.

A przecież Tottenham przez lata przyzwyczajał kibiców do dokładnie odwrotnej sytuacji. Do wypuszczania meczów niewypuszczalnych. Kolejna ważna pieczątka na karcie europejskiego doświadczenia została podbita. Nikt już nie mógł powiedzieć, jak rok wcześniej Chiellini, że zawsze im czegoś brakuje.

ŚWIĘTY LUCAS

Ale z Ajaksem nie brakowało centymetrów, tylko trzech goli w 45 minut. Nie ma szans, by to odrobić. Nie, gdy zespół jest tak zmęczony sezonem, gdy harował przez kilka miesięcy bez wytchnienia, bo przecież nie bardzo było jak zastępować najwierniejszych żołnierzy, szczególnie tych od pociągania za spust. By nie musiał tego robić w koreańskim wojsku, Son dołożył do meczów w lidze i pucharach jeszcze Igrzyska Azjatyckie. Kane’a znów nie omijały kontuzje (w półfinale nie grał), wielu graczy miało urlopy skurczone jak po praniu w wysokiej temperaturze przez udział w mundialu do samego końca. Nikt w strefie medalowej w Rosji nie miał tylu piłkarzy, co Spurs.

Lucas Moura kompletujący zwycięskiego hat-tricka na Johan Cruyff Arena w 45 minut, słabszą nogą. Gdyby ktoś rozpisał przed meczem taki scenariusz, jeszcze przed gwizdkiem rozpoczynającym szaloną drugą połowę byłby transportowany do Tworek.

Ziściło się. Pochettino utonął we łzach szczęścia. Miał wreszcie zagrać o najważniejsze trofeum piłki klubowej, do którego wcześniej ani jako piłkarz, ani jako trener nawet się nie zbliżył.

Football: Uefa Champions League 2018/2019 semi final Ajax-Tottenham Hotspur on May 8, 2019 in Amsterdam, The Netherlands Coach Mauricio Pochettino of Tottenham Hotspur (Photo by Sander Chamid/SCS/AFLO) FOT. AFLO / NEWSPIX.PL POLAND ONLY !!! --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

ZE SCENY ZEJŚĆ?

To miał być ostatni akord.

Paliwo w baku Tottenhamu miało już być od dłuższego czasu na wyczerpaniu – znów słowa źródła „The Athletic” – ale na rezerwie można było zajechać do mety. Finał Tottenham – Liverpool nie był najlepszym meczem The Reds Juergena Kloppa, miałby problem z wejściem do TOP10 czy TOP20. Szybki gol nie nakręcił Liverpoolu, Klopp był mądrzejszy o finał sprzed roku. Nie było podpałki, było wyrachowane wybijanie Tottenhamowi wszystkich atutów.

Pochettino w tym meczu stał się też zakładnikiem Harry’ego Kane’a. Stawianego w błyskawicznym tempie na nogi, byle tylko zagrał. Skoro więc zgłosił gotowość, trudno było największego symbolu Spurs ostatnich lat – obok ich trenera – pozbawić możliwości wyprowadzenia drużyny na wielki finał sezonu. A to oznaczało równocześnie posadzenie na ławce bohatera rewanżu z Ajaksem. Hat-trick w półfinale Champions League to wobec powrotu Kane’a było za mało, by mniej niż miesiąc później wyjść w podstawowej jedenastce.

Jeśli Liverpool nie rozegrał najlepszego meczu, to o Tottenhamie trzeba mówić brutalnie, że był po prostu słaby. Bez pomysłu. Pomysł miał Pochettino – by po zwycięstwie odejść opromienionym zwycięstwem. Jego cykl się kończył. Ale chyba głupio mu było odejść w takich okolicznościach. Smutnemu, pokonanemu.

***

Co było dalej – wiadomo. Koszmarny początek października, który nadał rytm wszystkiemu, co było później. On zwieńczył wszystko to, co działo się od letniego okienka bez choćby jednego wzmocnienia, od fiaska negocjacji z liderami defensywy i drugiej linii. Jasnym stało się, że na drugi tak wysoki szczyt, jak finał Ligi Mistrzów, tej grupy zawodników ten trener nie poprowadzi.

Zostawia za sobą jednak zespół tak różny od tego, jaki zastał. Z kilkoma zawodnikami wprowadzonymi na poziom światowy, będącymi dziś obiektem pożądania największych europejskich marek. Przywrócił radość kibicom Tottenhamu, choć przecież przez pięć i pół roku nie zostawił w gablocie żadnego pucharu. Zostawił masę wspomnień niedających się wymazać. Otworzył drzwi nowego, wspaniałego świata.

Teraz jednak czas w nim na nowego przewodnika.

SZYMON PODSTUFKA

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (2)