Piłkarz z ogłoszenia
Weszło Extra

Piłkarz z ogłoszenia

Łukasz Piszczek zapewnił sobie wyjątkowe miejsce w historii piłki, nie tylko polskiej. 65 (a za chwilę 66) meczów w reprezentacji, udział w trzech mistrzostwach Europy i jednym mundialu, mistrzostwo Polski z Zagłębiem Lubin. Ale też po dwa mistrzostwa Niemiec, Puchary Niemiec i Superpuchary Niemiec z Borussią Dortmund plus finał Ligi Mistrzów. Wielu od takich sukcesów zaszumiałoby w głowie, zaczęliby zadzierać nosa, odcięliby się od korzeni. Być może jeszcze większym sukcesem wychowanka LKS Goczałkowice Zdrój jest fakt, iż przez te wszystkie lata się nie zmienił. Pozostał sobą. W takich okolicznościach to wielka sztuka. 

Potwierdzi to absolutnie każdy, kto zna go również poza boiskiem. Inna sprawa, że wizerunek będącego raczej w cieniu Piszczka-zawodnika niekoniecznie pasuje do niego w życiu prywatnym, choć na pewno w jakimś stopniu oddaje jego usposobienie.

Artur Wichniarek: – Pozytywny facet. Aż chce się z nim przebywać, przenosi tę pozytywną energię na otoczenie.

Paweł Golański: – Jako człowiek się nie zmienił, sukcesy mu nie zaszkodziły, wciąż ma ten sam charakter i podejście do życia. Jakiś czas temu miałem do niego sprawę, zadzwoniłem, normalnie pogadaliśmy. To jest wyczuwalne, gdy ktoś zaczyna się wynosić, o nim nigdy nie można było tego powiedzieć.

Artur Płatek: – Ludzie w Dortmundzie darzą go wielką sympatią i szacunkiem. Trudno było, żeby Juergen Klopp nie chwalił Piszczka, skoro ten zarażał szatnię swoją jakością, determinacją i wolą walki. Każdy trener chce mieć takich zawodników w zespole, bo ograniczają oni liczbę potencjalnych problemów. Tak jak Tomasz Wałdoch do dziś na każdym kroku jest szanowany w Schalke i do teraz tam pracuje, tak Łukasz zawsze będzie szanowany w Borussii.

Wojciech Łobodziński: – Łukasz prywatnie jest raczej wesoły i otwarty, ale przed światem zewnętrznym niekoniecznie to pokazuje. No, może poza tym, że ciągle jest uśmiechnięty. Charakterologicznie jesteśmy podobnymi ludźmi. Ewentualnie ja ostatnimi czasy stałem się bardziej otwarty na media, teraz już mogę sobie pozwolić (śmiech).

Dawid Plizga: – Dziś na pewno jest osobą bardziej wyważoną. W czasach Zagłębia Lubin częściej był wesoły, uśmiechnięty. Byliśmy jeszcze młodzi, człowiek ma wtedy więcej luzu. Ale to też efekt statusu, jaki uzyskał. Stał się znaną postacią, dlatego raczej wypowiada się ostrożnie, bez kontrowersji. Pokazał, że nawet będąc na świeczniku można żyć spokojnie, bez szaleństw i skandali.

Golański: – Nie powiedziałbym, że Łukasz jest cichy. Po prostu rzadko bryluje w mediach, są piłkarze, którzy zdecydowanie częściej się w tym odnajdują. On ma trochę inne podejście.

Nie znajdziemy lepszego przykładu na potwierdzenie tych opinii, jak sięgając do korzeni Piszczka. Nie tylko nie zapomniał o Gwarku Zabrze, z którego wypłynął na szersze wody, ale też w namacalny sposób pomaga wielu swoim kolegom z dawnych lat.

 – Kontakt z Łukaszem się nie urwał. Organizuje spotkania dla chłopaków, z którymi był w Gwarku, bardzo często grają sparingi z naszymi juniorami. Kilku kolegów z tamtych czasów wziął też do LKS Goczałkowice. Michał Zioło jest dyrektorem powstałej tam akademii BVB, Damian Baron prowadzi seniorów, paru chłopaków gra jeszcze w pierwszym zespole w IV lidze. Nadal trzymają się razem. Łukasz się nie zmienił i to jest jego wielkość. Również w Borussii Dortmund uważają, że stanowi wzór pod każdym względem, bardzo go tam cenią. Taką postawę musiał wynieść z domu, nie nauczył się tego na treningach – mówi Janusz Kowalski, trener-koordynator Gwarka, który prowadził Piszczka.

I dodaje: – Grupa Łukasza była zdyscyplinowana pod względem wychowawczym. Chłopcy byli ułożeni. Część jeszcze gra, część nie, ale wyrośli na ludzi, do dziś jesteśmy na łączach. 

Janusz Kowalski (z prawej) w towarzystwie Łukasza Piszczka.

Janusz Kowalski (po prawej stronie Łukasza Piszczka) w towarzystwie swojego byłego podopiecznego.

Janusz Kowalski na przykładzie swojego najsłynniejszego podopiecznego tłumaczy dziś zawodnikom, że nie ma przypadku w tym, że komuś w futbolu wychodzi, a komuś nie. Trzeba mieć określone cechy, których Piszczkowi nigdy nie brakowało.

 – Podam przykład. Mieliśmy eliminacje do turnieju finałowego mistrzostw Polski. Czekał nas ważny mecz z ŁKS-em, a Łukasz dzień wcześniej wrócił z Korei Południowej, gdzie przebywał z reprezentacją U-19. Mimo to przyjechał i normalnie dla nas zagrał. Dwóch jego reprezentacyjnych kolegów z ŁKS-u nie zagrało, bo było zmęczonych tamtym turniejem i odpoczywało. Nie muszę dodawać, że kariery nie zrobili. W rewanżu w Łodzi Łukasz wystąpił w pierwszej połowie. Prowadziliśmy 3:0, więc go zmieniłem, a on wsiadł w taksówkę i pojechał do Warszawy na zgrupowanie kadry, która przygotowywała się do mistrzostw Europy w swojej kategorii wiekowej. Cały on. Dopiero co na odprawie przedmeczowej podawałem zawodnikom jego przykład, że znajdował się wtedy na podobnym poziomie jak inni w zespole, ale udało się właśnie jemu, bo był najbardziej zdyscyplinowany i zdeterminowany. On jest wzorem takiego zawodnika – tłumaczy trener Gwarka.

Piszczek do pewnego momentu mógł być wyrzutem sumienia polskiego szkolenia. Nie wziął go żaden potentat, nie trenował w wielkiej akademii. Dopiero w 2001 roku trafił do Zabrza i to w sposób, w który trudno dziś uwierzyć.

 – Nigdy nie mieliśmy skautingu, zawsze ogłaszaliśmy nabór do klasy sportowej – dawniej w prasie, dziś bardziej w internecie – i kto chciał, przyjeżdżał. Droga Łukasza była taka sama, też został u nas piłkarzem z ogłoszenia. Nie pytaliśmy, czemu do nas przyszedł, co się działo wcześniej. Nigdy nie dociekamy, nawet nie mamy w zwyczaju pytać, na jakich pozycjach zawodnicy grają. Z dzisiejszej perspektywy to była śmieszna sytuacja. Selekcja jest u nas dwuetapowa. Bierzemy pod uwagę, że na pierwszym etapie ktoś może być zdenerwowany i się spalić, dlatego zawsze dajemy drugą szansę. I to zadziałało w przypadku Łukasza. Za pierwszym razem zbyt dobrze nie wypadł, natomiast poprawka była znacznie lepsza i dostał się do Gwarka – wspomina Janusz Kowalski.

W klubie dość szybko zorientowano się, że trafił się brylancik. – Na pewno po jednym meczu nie stwierdziliśmy, że to kandydat do poważnego grania, ale też nie trwało to zbyt długo. Łukasz na każdym etapie pobytu u nas spełniał wszystkie pokładane w nim nadzieje. W pierwszym roku występował w reprezentacji Śląska, zdobył medal mistrzostw Polski. W następnym jego drużyna sięgnęła po złoto w juniorach młodszych, później powtórzyli to w juniorach starszych. Potem mieliśmy srebro, ale Łukasz w finałach już nie brał udziału, bo grał w Euro U-19, gdzie został królem strzelców, dzięki czemu wzięła go Hertha Berlin. Cztery lata w Zabrzu można określić jako pasmo sukcesów. Śmiejemy się, że ma gen zwyciężania i kto go ma w drużynie, ten wygrywa.

Kowalski wówczas nie przypuszczał, że Piszczek może kiedyś zostać prawym obrońcą. – Jesteśmy zobligowani do tego, żeby na podstawie obserwacji danego chłopaka określić mu pozycję. Patrzymy przede wszystkim na atuty czysto piłkarskie. Przyporządkowaliśmy go jako wysuniętego napastnika, tak u nas grał w każdej drużynie. Łukasz jednak zawsze cechował się elastycznością taktyczną i dobrym czytaniem gry. Wiedziałem, że w przyszłości nie będzie większych problemów, jeśli ktoś zmieni mu miejsce na boisku. Tutaj dochodził jeszcze odpowiedni charakter. Często zawodnik się buntuje i obraża przy próbach przekwalifikowania go, natomiast Łukasz po prostu cieszył się grą, obojętnie na jakiej pozycji – tłumaczy.

Inni nasi rozmówcy również nie przewidywali, że ich kolega wkrótce stanie się gwiazdą defensywy, choć nie wszyscy byli w szoku.

 – Absolutnie nie przyszłoby mi do głowy, że mógłby zagrać w obronie. Sądziłem, że zrobi karierę jako napastnik. Przecież w sezonie mistrzowskim Zagłębia jako młody chłopak strzelił 11 goli. Pokazał wtedy wielkie możliwości, świetnie się zapowiadał – mówi Wojciech Łobodziński. – Pod względem motorycznym był wyjątkowym przypadkiem. Bardzo rzadko zdarza się, żeby ktoś jednocześnie był najszybszy, najbardziej wydolny i najsilniejszy w zespole, a u niego tak to wyglądało. Sądzę, że w sporej mierze te atuty skłoniły jego przyszłych trenerów do zmienienia mu pozycji. Z perspektywy czasu okazało się to strzałem w dziesiątkę.

 – Jakiegoś wielkiego zdziwienia nie czułem, gdy został cofnięty na bok obrony. To nie pierwszy przypadek, gdy zawodnik grający z przodu o odpowiednich parametrach z czasem lądował niżej. Łukasz zawsze miał zdrowie do biegania, był dynamiczny i miał dobrą centrę. Na tej pozycji to najważniejsze cechy i jeśli piłkarz je ma, już daje jakiś gwarant, że forma będzie co najmniej dobra. On poszedł dalej i stał się jednym z najlepszych prawych obrońców w historii naszej piłki – stwierdza Paweł Golański, który sam był bocznym obrońcą, więc najlepiej zna temat.

080611MBI051.jpg

Dawid Plizga: – Co najwyżej mógłbym go sobie wyobrazić  na wahadle, bo w pewnym momencie walczyliśmy o miejsce na skrzydłach Zagłębia Lubin. Dopóki byłem zdrowy, to ja grałem częściej, potem Łukasz świetnie wykorzystał szansę. Nigdy bym jednak nie stwierdził, że kiedyś będzie na boku defensywy czy nawet w trójce stoperów, co zdarzało się w Dortmundzie. Jeśli od juniora jesteś ukierunkowywany na grę ofensywną, nie jest łatwo przestawić się na defensywę i traktować grę do przodu jako dodatek. Jestem pełen podziwu, jak sobie z tym poradził.

Piszczek został przekwalifikowany jeszcze pod koniec pobytu w Berlinie, ale tak naprawdę okrzepł w nowej roli dopiero po przejściu do Borussii Dortmund.

 – Pierwszą poważną próbą na nowej pozycji był mecz z Benfiką w Lidze Europy, na skrzydle grał tam jeszcze Di Maria. Śmialiśmy się nawet, że Łukasz zdaje swoją maturę. No i szybko przegrywaliśmy po golu Di Marii. Początki, jak to bywa we wszystkim, okazały się trudne, ale ogólnie szybko się w tym odnalazł. W Dortmundzie już po roku był w gronie najlepszych prawych obrońców Bundesligi – wspomina Artur Wichniarek, który dzielił z nim berlińską szatnię.

 – Na początku jako prawy obrońca potrzebował większej asekuracji w defensywie, potem już nie. Wszystkiego na nowej pozycji musiał się uczyć w przyspieszonym tempie i to w praniu, podczas meczów, bez okresu przejściowego. W założeniu przychodził do Dortmundu jako zmiennik Patricka Owomoyeli, ale ten doznał kontuzji i Łukasz szybko zaczął grać. A wymagania od początku były przecież takie, jakby od juniora biegał w obronie. Mimo to znakomicie sobie z tym poradził. Moim zdaniem w szczytowej formie zaliczał się do 2-3 najlepszych prawych obrońców na świecie – mówi Artur Płatek, który od grudnia 2012 roku pracuje jako skaut BVB, więc widział z bliska, jak przebiegał rozwój tego piłkarza.

Prawdopodobnie nie byłoby dziś jego benefisu i niniejszego tekstu, gdyby w 2010 roku Piszczek wybrał inaczej i zamiast do Borussii poszedł do Wolfsburga.

Wichniarek: – Rozmawialiśmy o jego dalszych krokach. Łukasz dopiero zaczynał granie na prawej obronie, nie do końca był do tego przekonany. Gdy kończył mu się kontrakt, dostał także ofertę z Wolfsburga, gdzie pracował Dieter Hoeness, który sprowadzał go do Berlina. Łukasz miał zagwozdkę – Wolfsburg w roli napastnika czy Dortmund w roli prawego obrońcy. Chciał strzelać gole, tęsknił za tym, jednak rozsądek wziął górę. Być może trochę mu pomogłem podjąć decyzję. Doradzałem drugi wariant, BVB to klub, w którym każdy chce grać, na każdym domowym meczu masz 80 tys. kibiców.

Teraz wszystko wydaje się proste i klarowne, ale zdaniem komentatora Polsatu Sport wówczas sprawa była znacznie mniej czarno-biała. – Juergen Klopp to nie był jeszcze ten Klopp, którego znamy teraz. Borussia dopiero budowała zespół, który później zaczął osiągać sukcesy. Wybranie tej oferty nie było tak oczywiste. Podejrzewam, że finansowo trochę więcej Łukaszowi oferował Wolfsburg. Wcale mu się nie dziwię, że bił się z myślami. 

Altenberge - Berlin

Wybór okazał się słuszny i kariera Piszczka znacznie przyspieszyła. Już wcześniej jednak miał spore doświadczenia z reprezentacją. Zadebiutował w niej 3 lutego 2007 roku w towarzyskim meczu z Estonią. W 65. minucie wszedł na boisko za Jakuba Wawrzyniaka. Paweł Golański dobrze pamięta ten sparing, ale nie ze względu na debiut swojego kolegi. – Tamtego dnia strzeliłem swojego jedynego gola w biało-czerwonych barwach. Jestem z niego dumny, strzał z rzutu wolnego, ładnie wpadło. W bramce Estonii stał Mart Poom. Nie byle jaki bramkarz, przez lata bronił w Premier League. Tym lepiej to trafienie smakowało – wspomina.

Później Piszczek jeszcze tylko dwukrotnie wystąpił u Leo Beenhakkera i… nagle został awaryjnie powołany na Euro 2008 po kontuzji Jakuba Błaszczykowskiego. Ściągnięto go z wakacji, przyjechał dosłownie prosto z plaży. W „Przeglądzie Sportowym” opowiadał, że pozostała na miejscu rodzina oglądała pierwszy mecz w gronie zapoznanych podczas urlopu Niemców, z którymi zdążył wcześniej rekreacyjnie pokopać. Nie mogli oni uwierzyć, widząc na zbliżeniu, że ich wakacyjny znajomy wchodzi na boisko w spotkaniu z ich reprezentacją na mistrzostwach Europy.

Piszczek zmieniał Wojciecha Łobodzińskiego, który później skorzystał na pechu kolegi. – Pamiętam jak dziś, że z Chorwacją w ostatnim meczu fazy grupowej od początku miał zagrać Łukasz, mimo że przyjechał na turniej prosto z wczasów. Ale skręcił staw skokowy i dzięki temu wyszedłem w pierwszym składzie – przypomina.

621816.jpg

W biało-czerwonych barwach Piszczek zagra dziś po raz 66. i ostatni. Zapisał bogatą kartę w reprezentacyjnej historii, choć nie brakuje głosów – dość nielicznych, ale jednak – że tak naprawdę jego gra w kadrze pozostawi pewien element niedosytu i niespełnienia, a jego najlepszą wersję oglądaliśmy przede wszystkim w klubie. – Czasami Łukasz w reprezentacji musiał skupiać się głównie na obronie, bo ustawialiśmy się pod rywala, ale ogólnie zawsze traktowałem go jako jednego z tych, którzy dają kadrze jakość i pewność. Nie chodzi mi tylko o poczynania na boisku. Łukasz to po prostu świetny człowiek, potrafił pomóc w szatni młodszym kolegom. Nie przez przypadek tak długo był powoływany – kontruje Golański.

W każdym razie, asysty do Arkadiusza Milika na 1:0 z Niemcami nigdy mu nie zapomnimy.

Prędzej niż później Piszczek będzie musiał znaleźć nowy sposób na życie. Być może nawet już go ma, bo coraz mocniej angażuje się w rozwój LKS-u Goczałkowice, który aktualnie przewodzi stawce w swojej grupie IV ligi. W zeszłym sezonie koszulkę tego klubu zupełnie niespodziewanie zaczął zakładać Dawid Plizga. Jego drogi z dawnym kompanem znów się zeszły. Znali się już od juniora z meczów Gwarka z GKS-em Katowice. Występowali razem w reprezentacji Śląska i kadrach młodzieżowych, a potem spotkali się w Zagłębiu Lubin. W tym wypadku to Piszczek zyskał na nieszczęściu towarzysza szatni. Plizga z powodu kontuzji stracił cały mistrzowski sezon 2006/07, a on grał za niego i jedenastoma bramkami mocno pomógł w wywalczeniu tytułu. Później zaczął się już niemiecki etap jego podbojów.

Na przestrzeni lat ich kontakt był dość luźny, ograniczał się do mediów społecznościowych, ale transfer uzgodnili twarzą w twarz. – Łukasz miał wolne, przyjechał do Polski. Spotkaliśmy się w restauracji, pogadaliśmy i chyba nawet tego samego dnia zdecydowałem, że pójdę do Goczałkowic. Brakowało ofert z wyższych lig, więc liczyło się dla mnie, żeby grać i nie stracić paru miesięcy. Na początku mówiłem, że to transfer na przeczekanie do zimy, a wyszedł cały sezon. Oceniam go przeciętnie. W pierwszej rundzie doskwierał mi naderwany mięsień, wiosną zaś szału nie robiłem. Strzeliłem trzy czy cztery gole, zmieniałem pozycje. Łukasz mówił, że najważniejsze jest spokojne utrzymanie i to się udało, a ja poszedłem do III ligi do Rybnika – komentuje Plizga.

 – Organizacja klubu robiła wrażenie jak na IV ligę. Sprzęt, piłki, wszystko poukładane. Teraz jeszcze powstała wyjątkowa na tym poziomie baza treningowa. Nie zdążyłem z niej skorzystać. Miała być na wiosnę, ale jak to w Polsce, roboty się przedłużyły i dopiero w tym sezonie chłopaki mają ją do dyspozycji. Wiem, że są pod wrażeniem – dodaje.

Od lewej w górnym rzędzie: Damian Baron (trener LKS Goczałkowice), Łukasz Piszczek i Dawid Plizga.

Od lewej w górnym rzędzie: Damian Baron (trener LKS Goczałkowice), Łukasz Piszczek i Dawid Plizga.

Piszczek, angażując się w LKS Goczałkowice, chce zrobić coś dla lokalnej społeczności i lokalnej piłki. Artur Płatek uważa jednak, że jego zaangażowanie powinno być znacznie szersze. – Mam nadzieję, że po zakończeniu kariery nie ograniczy się jedynie do szkółki w Goczałkowicach i będzie bardziej obecny w polskiej piłce. Widzę w nim materiał na znakomitego trenera seniorów. Wiele razy rozmawialiśmy, mogłem się przekonać, jak analitycznie podchodzi do pewnych spraw. Ma wielką wiedzę i doświadczenie, pracował z wielkimi trenerami, umie obchodzić się z młodszymi zawodnikami i pomagać im w rozwoju, we wdrażaniu się do gry zespołu. Oby Łukasz tego nie zmarnował, może wiele dać naszej piłce również w nowej roli, a sądzę, że z czasem mógłby pracować z powodzeniem poza krajem. Komuś z taką karierą jak on o pewne rzeczy będzie łatwiej niż osobom całe życie poruszającym się w tym naszym polskim piekiełku – argumentuje.

 – Nie ma reguły. Wielu świetnych zawodników sparzyło się potem na trenerce, a słabi zawodnicy zostawali wielkimi trenerami. Doświadczenie Łukasz ma ogromne, dobrze byłoby przekazać je dalej, ale to musi być jego wybór. Sądzę, że jeszcze trochę pogra i dziś nie wie na sto procent, co będzie robił po karierze – podsumowuje Artur Wichniarek.

Przed Piszczkiem pożegnanie z narodowymi barwami. Przeciwko Słowenii ma wystąpić od początku i zejść po pół godzinie gry. Trudno będzie się nie wzruszyć. – Taka jest kolej rzeczy. Jego decyzja nie była pochopna. To człowiek, który nie działa pod wpływem impulsu. Fajnie, że PZPN go docenił i zorganizował takie pożegnanie. Obejrzę je na żywo, Łukasz zaprosił mnie na mecz – cieszy się Janusz Kowalski.

 – Słowa uznania za to, że przez lata utrzymywał się na topowym poziomie, ale również za to, że w pewnym momencie był w stanie samemu stwierdzić, że nie jest już w stanie dawać maksa i dla klubu, i dla reprezentacji – dodaje Wichniarek.

Dziś po raz pierwszy i ostatni skomentuje reprezentacyjny występ swojego kolegi z Herthy. – Może dlatego po mundialu zrezygnował z kadry, bo bał się mojego ciętego języka (śmiech). 

Rysą na wizerunku Piszczka zawsze będzie epizod korupcyjny z czasów Zagłębia, ale później zrobił wystarczająco dużo dla naszego futbolu, żeby mu ten błąd wybaczyć. Stał się jednym z tych, dzięki którym określenie „polski piłkarz” może budzić za granicą jak najlepsze skojarzenia. Obyśmy z czasem mieli z niego równie dużo pożytku poza boiskiem.

A na razie dzięki, Łukasz, zasłużyłeś na godne pożegnanie.

PRZEMYSŁAW MICHALAK
Współpraca: Samuel Szczygielski

fot. FotoPyK/Michał Chwieduk/400mm.pl/newspix.pl

KOMENTARZE (9)