Epilog fascynującej opowieści. Najważniejsze momenty Piszczka w kadrze
Weszło

Epilog fascynującej opowieści. Najważniejsze momenty Piszczka w kadrze

66 meczów i ani jednego więcej – Łukasz Piszczek definitywnie żegna się z reprezentacją Polski. No, tak naprawdę z kadrą pożegnał się już kilka miesięcy temu, rezygnując z występów w drużynie narodowej na własnych warunkach, jednak to dzisiaj boczny obrońca symboliczną klamrą zepnie całą swoją reprezentacyjną karierę. Karierę trwającą już prawie 13 lat. 3 lutego 2007 roku Piszczek – wówczas młody, obiecujący napastnik Zagłębia Lubin – pojawił się na boisku w drugiej połowie towarzyskiej potyczki z Estonią. Na stadionie Municipal de Chapin, w andaluzyjskim mieście Jerez de la Frontera, przy garstce kibiców na trybunach. W meczu, o którym nikt już nie pamięta, a ci, którzy jednak pamiętają pewnie woleliby o nim zapomnieć. Dziś sytuacja jest zgoła odmienna – Łukasz wybiegnie na murawę Stadionu Narodowego. Areny dla naszej reprezentacji wyjątkowej, magicznej. Jako 34-letni zawodnik o uznanej klasie, jeden z najlepszych prawych defensorów w dziejach polskiego futbolu, a w swoim czasie ścisła czołówka na świecie. Przy aplauzie dziesiątek tysięcy widzów. Wyjdzie, żeby dopisać finałowy akapit tej pięknej opowieści i postawić ostatnią kropkę.

Na pewno wymiar reprezentacyjnej kariery Piszczka lepiej i trafniej odda jego pożegnanie niż debiut. A za co będą go dzisiaj kibice oklaskiwali, dlaczego niewątpliwie zaczną skandować: „dzię-ku-jemy”? Przypomnijmy sobie najważniejsze momenty Łukasza z orłem na piersi. Niezbyt ekskluzywny debiut mamy już za sobą, więc przejdźmy od razu do poważniejszych wspomnień.

22 sierpnia 2007 roku. Rosja 2:2 Polska (mecz towarzyski)

To był tak naprawdę pierwszy mecz, podczas którego Piszczek mógł w pełni poczuć atmosferę reprezentacji i poznać ciężar biało-czerwonego trykotu. Niby tylko spotkanie towarzyskie, ale jednak miało swoje wyczuwalne napięcie. Podopieczni Leo Beenhakkera w Moskwie zmierzyli się z Rosjanami i już gwizdy podczas „Mazurka Dąbrowskiego” zwiastowały dobitnie, że obie strony zmuszone będą, by potraktować to starcie jak najbardziej poważnie. Tak też się stało. Mocni w tamtym czasie gospodarze, którzy rok później zostali pod wodzą Guusa Hiddinka rewelacją Euro 2008, szybko wyszli na dwubramkowe prowadzenie, ale Polakom udało się odrobić te straty, po dwóch szybkich i pięknych trafieniach w drugiej połowie. Skoczyło się remisem 2:2.

Piszczek rzecz jasna na listę strzelców się nie wpisał, zabłysnęli Jacek Krzynówek i Jakub Błaszczykowski. Ale trzeba zwrócić uwagę, że Łukasz pojawił się na boisku w szczęśliwym dla biało-czerwonych momencie. Zmienił Radosława Matusiaka w 76 minucie, czyli akurat wtedy, gdy losy meczu odwróciły się na naszą korzyść i pojawiła się nawet szansa na zwycięstwo.

Pierwszego gola dla reprezentacji zdobył tamtego dnia w Błaszczykowski. Nikt, pewnie z samym Piszczkiem na czele, nie mógł się spodziewać, że w przyszłości to właśnie ta dwójka będzie odpowiadała za siłę rażenia reprezentacji Polski w układzie skrzydłowy – boczny obrońca.

8 czerwca 2008 roku. Polska 0:2 Niemcy (mistrzostwa Europy 2008)

Losy Piszczka i Błaszczykowskiego ciekawie się poplątały. Przed mistrzostwami Europy w Austrii i Szwajcarii – pierwszym turniejem z udziałem reprezentacji Polski – ten drugi nabawił się kontuzji, która przekreśliła jego szanse na występ. Beenhakker sięgnął zatem po pozostającego w odwodzie Piszczka.

Kulisy tej decyzji opisywał na łamach Weszło asystent holenderskiego selekcjonera, Bobo Kaczmarek: – Ja Łukasza pamiętałem jeszcze z Gwarka, kiedy decydowaliśmy się go zabrać na Euro 2008. On odpoczywał sobie wtedy w Grecji, na Rodos czy jakiejś innej wyspie. Został na zgrupowanie ściągnięty prosto z wczasów. Awaryjne powołanie, ale moim zdaniem bardzo zasadne. Pasował do naszego ofensywnego grania. Napastnik, który mógł wystąpić na pozycji skrzydłowego czy prawego pomocnika. O takiego zawodnika nam wówczas chodziło, o Łukaszu mieliśmy bardzo dobre informacje od Wojciecha Łobodzińskiego. Oni grali ze sobą w Zagłębiu, gdzie sięgnęli po mistrzostwo Polski. Co nami kierowało, żeby wskazać akurat na niego? Przede wszystkim desperacja spowodowana urazami. Pojechaliśmy na mistrzostwa dziesiątkowani. Jednym z  kluczowych zawodników naszej kadry był Kuba Błaszczykowski, który wypadł przed turniejem. Przewertowaliśmy całą listę zawodników i wyszło nam, że Piszczek najlepiej się wpisuje w interesujący nas profil – opowiadał Kaczmarek.

Turniej ostatecznie zakończył się dla polskiej kadry klapą, a Piszczek dostał tylko 25 minut w przegranym starciu z Niemcami. Sam też nabawił się urazu. Była to jednak dopiero pierwsza z czterech jego przygód na imprezach rangi mistrzowskiej.

29 maja 2010 roku. Polska 0:0 Finlandia (mecz towarzyski)

Spotkanie kompletnie już zapomniane i zresztą bardzo słusznie, bo był to jeden z wielu dziadowskich sparingów rozegranych przez biało-czerwonych za kadencji Franciszka Smudy, nieudolnie przygotowującego drużynę do Euro 2012. Dla Piszczka było to jednak spotkanie bardzo istotne – wrócił do wyjściowego składu reprezentacji po dwóch latach nieobecności i zmagania się z rozmaitymi urazami. Wrócił już nie jako napastnik czy skrzydłowy, lecz nowocześnie grający boczny obrońca.

Przez osiem następnych lat tylko kontuzje były w stanie podważyć jego pozycję z prawej strony bloku defensywnego.

Od pierwszych minut spotkanie z Finami rozpoczęli Piszczek, Błaszczykowski, Lewandowski. W jakimś sensie ukonstytuował się tamtego dnia trzon polskiej drużyny, potem niemalże przysłowiowo już nazywany „trójką z Dortmundu”.

26 maja 2012 roku. Słowacja 0:1 Polska (mecz towarzyski)

Jeden z ostatnich sprawdzianów przed mistrzostwami Europy w 2012 roku udało się Piszczkowi uświetnić pierwszą asystą w reprezentacji.

W kolejnym spotkaniu towarzyskim z Andorą Piszczek asystował ponownie, tym razem przy trafieniu Roberta Lewandowskiego. Co ciekawe – obie asysty prawy obrońca zaliczył po wrzutkach z lewej nogi.

16 czerwca 2012 roku. Polska 0:1 Czechy (mistrzostwa Europy 2012)

Co tu dużo mówić – Euro 2012 zakończyło się całkowitą klęską w fazie grupowej i trzeba powiedzieć, że również dla Piszczka był to w najlepszym razie przeciętny, a tak naprawdę to po prostu nieudany turniej. Boczny obrońca do mistrzostw przystąpił opromieniony chwałą płynącą z dwóch kolejnych triumfów w Bundeslidze, był w tamtym czasie uznawany za absolutnie topowego piłkarza na swojej pozycji, a z Błaszczykowskim rozumiał się bez słów. Ale w układance Smudy jakoś nie udało mu się tego wszystkiego wykorzystać, choć trzeba pamiętać, że to Piszczek zanotował asystę przy trafieniu Kuby w starciu z Rosjanami.

Niestety – przeciwko Czechom już nie udało się Łukaszowi błysnąć.

– Miałem zupełnie inne oczekiwania przed tym turniejem. Niestety wszystko potoczyło się inaczej. To smutne. Zwłaszcza dla naszych kibiców. (…) Nie czytałem gazet i starałem się nie wracać myślami do mistrzostw. Aż w końcu odzyskałem apetyt na futbol – opowiadał Piszczek w rozmowie z TVP Sport. Jak przyznał – mocno odchorował nieudane mistrzostwa.

22 marca 2013 roku. Polska 1:3 Ukraina (eliminacje do mistrzostw świata)

Pierwszy z trzech goli Łukasza Piszczka w kadrze. Bramka, która dała biało-czerwonym nadzieję, że jednak uda się uniknąć kompromitującej porażki z Ukrainą na Stadionie Narodowym, która mocno komplikowała sprawę awansu na mistrzostwa świata w Brazylii. No ale cóż – nie udało się. Choć dla Łukasza był to generalnie ciekawy czas, ponieważ już w następnej kolejce eliminacyjnej poprawił on swój dorobek bramkowy, pokonując golkipera San Marino.

Wkrótce potem Piszczek musiał jednak wyhamować i długo pauzować w powodów zdrowotnych.

Jak opowiadał w rozmowie z Weszło ówczesny selekcjoner reprezentacji Polski, Waldemar Fornalik, absencja bocznego defensora była dla kadry jednym z gwoździ do trumny w tamtym eliminacjach. – Podczas eliminacji do mistrzostw świata był w zasadzie niezastąpiony. Musiał się poddać operacji po finale Ligi Mistrzów i na pewno skomplikowało nam to sprawę, szukaliśmy różnych rozwiązań. Na boisku zawsze korzystaliśmy z chemii, która była pomiędzy tak zwaną trójką z Dortmundu. Pewne kwestie w relacjach między nimi często demonizowano. Z mojej perspektywy widziałem wyłącznie świetną współpracę. Język piłkarski jest bardzo prosty i jeżeli się wychodzi na boisko, liczy się już tylko dobro drużyny. Ja tak to odbierałem.

5 marca 2014 roku. Polska 0:1 Szkocja (mecz towarzyski)

Ciekawostkowo warto wspomnieć ten sparing. Nie tylko dlatego, że to jedna z dwóch porażek biało-czerwonych na Narodowym, obok wspomnianego powyżej starcia z Ukraińcami. Ale też jedyny mecz, w którym to Piszczek wprowadził reprezentację na murawę w roli kapitana drużyny.

Czy Łukasz to lider szatni? Janusz Kowalski, który pamięta Łukasza jeszcze z zabrzańskiego Gwarka, charakteryzował swojego dawnego podopiecznego tak: – Są różnego rodzaju liderzy. Są zawodnicy, którzy uważają się za liderów, w szatni ich wszędzie pełno i robią wokół siebie szum. Są jednak również tacy, którzy pozostają w cieniu, a dopiero na boisku przejmują kontrolę. I ten drugi rodzaj przywództwa ma prawdziwą wartość. Specjaliści od robienia atmosfery powinni poszukać sobie miejsca w rozrywce. Prawdziwy lider jest potrzebny na murawie i Łukasz takim boiskowym przywódcą był.

11 października 2014 roku. Polska 2:0 Niemcy (eliminacje do mistrzostw Europy)

Kto wie, czy w kultowym już niemalże starciu z Niemcami z 2014 roku Piszczek nie wykonał najważniejszego dośrodkowania w najnowszej historii polskiego futbolu – jego celne dogranie na głowę Arka Milika pozwoliło biało-czerwonym napocząć mistrzów świata i w konsekwencji odnieść historyczny triumf nad odwiecznymi rywalami. Pierwszy, dlatego smakujący tak wspaniale. Zaczęła się nowa era w dziejach naszej reprezentacji. Może nie usłana różami, ale na pewno znacznie piękniejsza niż ta, która trwała przez wiele, wiele poprzednich lat.

Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że ta perfekcyjna wrzutka na głowę Milika to najważniejsze zagranie Piszczka w całej jego reprezentacyjnej karierze. – Zarówno dla mnie, jak i dla kibiców okres kwalifikacji do mistrzostw Europy i Euro 2016 we Francji były wyjątkowe. To czas, kiedy kadra osiągnęła apogeum. Będę ten czas długo wspominał – mówił Piszczek w rozmowie z Polsatem.

25 czerwca 2016 roku. Polska 1:1 (k. 5:4) Szwajcaria (mistrzostwa Europy 2016)

Trudno się dziwić, że Piszczek mistrzostwa we Francji wspomina ciepło. Ostatecznie reprezentacja Polski po raz pierwszy od dekad zdołała przebrnąć fazę grupową dużego turnieju, a potem awansowała do ćwierćfinału, po karnych eliminując Szwajcarię. Na więcej nie starczyło sił, ale i tak było się z czego cieszyć. Prawy obrońca nie był może pierwszoplanową postacią naszego zespołu, lecz prezentował bardzo wysoki, równy poziom i doskonale uzupełniał się z Błaszczykowskim z prawej strony boiska.

Jego wkład w grę polskiej kadry był wprost nieoceniony. W defensywie odpowiedzialny i niemal bezbłędny, w ataku piekielnie groźny. Oto, jak na Weszło zrecenzowaliśmy turniej w wykonaniu Piszczka:

„Nota 9. Niewątpliwie turniej życia. Wydawało się, że mecz ze Szwajcarią, podbity jeszcze stemplem tego szalonego sprintu w samej końcówce, gdzie brakło trochę szczęścia przy małym bilardzie w polu karnym, na długo pozostanie jego najlepszym w narodowych barwach. Okazało się, że zasługiwał na to miano ledwie kilka dni. Z Portugalią było jeszcze lepiej – potrafił zakręcić Ronaldo, nieustannie podwajał Kubę na prawym skrzydle, wiedział kiedy i jak włączyć się w tempo, by drużyna miała z niego jak najwięcej pożytku. Jego przerzut do Grosickiego, który chwilę później obsłużył Lewandowskiego w polu karnym Portugalczyków (zresztą wykonany sekundy po tym, jak zwiódł CR7) – doskonały. Jasne, Cedric popełnił błąd, ale wszystko dzięki temu, że ta piłka poszła w kozioł w odpowiednim momencie, jeszcze zanim dotarła do Grosika.”

26 marca 2017 roku. Czarnogóra 1:2 Polska (eliminacje do mistrzostw świata)

Bez wątpienia najważniejsze trafienie Łukasza dla reprezentacji. Szalony lob na wagę trzech punktów w 82 minucie ważnego, wyjazdowego starcia z Czarnogórą. Gdyby nie ta bramka, droga kadry Adama Nawałki na mundial mogłaby się stać paskudnie wyboista.

PODGORICA 26.03.2017 MECZ ELIMINACJE DO MISTRZOSTW SWIATA 2018 GRUPA E: CZARNOGORA - POLSKA 1:2 --- FIFA WORLD CUP 2018 QUALIFYING ROUND GROUP E MATCH: MONTENEGRO - POLAND 1:2 LUKASZ PISZCZEK STRZELA GOLA MARKO VESOVIC FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

24 czerwca 2018 roku. Polska 0:3 Kolumbia (mistrzostwa świata 2018)

Co tu dużo mówić – kompletnie nieudany turniej dla kadry jako zespołu, kompletnie nieudany również indywidualnie dla Piszczka. Łukasz w starciach z Senegalem i Kolumbią zaprezentował się chyba z najgorszej strony, jeżeli przeanalizować całą jego przygodę z kadrą. Która generalnie nie była całkowicie, od deski do deski udana – miewał Piszczek w drużynie narodowej okresy lepsze i gorsze, często w drodze na zgrupowanie gubił gdzieś formę, którą wcześniej oczarowywał kibiców w Bundeslidze i Champions League. Ale tak źle, jak na mistrzostwach w Rosji, nie prezentował się nigdy wcześniej. Zawiódł na całej linii.

Jak go wtedy oceniliśmy na Weszło? Tym razem recenzja była bezwzględna.

„Łukasz Piszczek 1. Najsłabszy z super zgranego, trzyosobowego bloku defensywnego. Łukasz, naprawdę nie wiemy, co się z tobą stało. Od tak doświadczonego zawodnika musimy wymagać konkretów, a on zaprezentował się tak, że pewnie zamachem na raz ograłby go dzisiaj Bartosz Śpiączka. Trudno też oprzeć się wrażeniu, że słaba postawa Piszczka – teoretycznie lidera defensywy – wpływała negatywnie na pozostałych partnerów. Jak mówiła nam ostatnio Daria Abramowicz, psycholog sportu: „Istotny wpływ na zespół może mieć to, że zawodnik postrzegany przez pryzmat lidera albo kogoś bardzo ważnego dla drużyny z perspektywy roli emocjonalnej, nie wykorzystuje stu procent swoich zasobów”. Szkoda, że Piszczek nie wykorzystał nawet jednego procenta tych zasobów”.

***

Może zatem i dobrze się stało, że Łukasz będzie miał okazję, by pożegnać się z kibicami w trochę sympatyczniejszej atmosferze. Jak widać – jego kariera w kadrze nie składa się może z super-efektownych goli, seriami kolekcjonowanych asyst. Ale jakość i solidność nie zawsze da się ująć cyferkami z klasyfikacji kanadyjskiej, nie zawsze da się ją przedstawić za pomocą krótkiej pocztówki z przeszłości. Dziś Piszczek pojawi się na boisku w narodowych barwach po raz sześćdziesiąty szósty i jednego możemy być pewni w dwustu procentach – da z siebie wszystko, a nawet jeszcze więcej. Zawsze dawał, dokładając do swojej pracowitości również niebagatelne umiejętności.

Choćby i za to wypada mu dzisiaj podziękować.

fot. NewsPix.pl/FotoPyK

KOMENTARZE (24)