Vive zagrało jeden z meczów roku i rozniosło Vardar
Inne sporty

Vive zagrało jeden z meczów roku i rozniosło Vardar

Dokładnie tydzień temu Vive Kielce – choć było blisko zwycięstwa – zremisowało w Skopje z tamtejszy Vardarem. Dziś zwycięzca Ligi Mistrzów z poprzedniego sezonu przyjechał do Kielc. Wyjedzie bez punktów. Bo Vive nie tyle wygrało, co rozniosło Macedończyków. Aż 35:25. 

Jeszcze przed meczem było nerwowo w gabinetach lekarskich. Krzysztof Lijewski, Angel Fernandez i Mariusz Jurkiewicz do samego końca walczyli o to, by pojawić się dziś na boisku. Udało się pierwszym dwóm, trzeci mógł dzisiejsze spotkanie oglądać jedynie z odległości. Z kolei u Macedończyków na mecz nie przyjechał Dainis Kristopans, a Christian Dissinger pojawił się w Polsce nie w pełni zdrowy. Innymi słowy: mecz miał być pojedynkiem osłabionych ekip. Ale na parkiecie tylko jedna na taką wyglądała.

Bo Vive dało prawdziwy pokaz swoich umiejętności i zagrało dokładnie taki mecz, jakiego po najlepszej w Polsce drużynie oczekujemy. Od samego początku wydawało się, że kielczanie po pierwsze wygrali w rozgrywce taktycznej. W zeszłym tygodniu Vardarowi udało się ich zaskoczyć, ale dziś byli gotowi na to, co przygotowali goście. Znakomicie kontrowali i szybko wyszli na pięciobramkowe prowadzenie. Kiedy jednak w bramce Vardaru stanął Khalif Ghedbane, zawodnicy gospodarzy zaczęli mieć problemy ze zdobywaniem bramek. Na przerwę schodzili jednak i tak w dobrej sytuacji – prowadzili 17:14.

Po niej nie pozostawili już rywalom żadnych wątpliwości co do tego, kto jest lepszą drużyną. Żeby opisać to, co działo się w Hali Legionów, zajrzeliśmy do słownika synonimów. Otóż „dominacja” to inaczej: czempionat, hegemonia, mistrzostwo, panowanie, prowadzenie, przewaga, przodownictwo, prymat i wyższość. Mniej więcej tylu słów potrzeba, by oddać grę Vive. Kielczanie naprawdę zaprezentowali się dziś absolutnie wspaniale i byli lepsi w każdym aspekcie gry. Wyglądało to nieco jak mecz 6c z 3a na szkolnym boisku.

Szczególne zasługi oddać musimy jednak kieleckim golkiperom, wyróżniając Andreasa Wolffa. Gość był dziś absolutnie fenomenalny, a rywalom będą się pewnie śnić koszmary, w której główną rolę odegra niemiecki bramkarz. Serio, bronił w sytuacjach, w których wielu jego kolegów po fachu nawet nie pomyślałoby o tym, że da się tę piłkę wyłapać. Zdarzało się, że ogarniał nie tylko pierwszy strzał, ale i dobitkę. Obroniony karny też się znalazł. Nawet Timur Dibirov, który wrzucił dziś dziewięć bramek, może mieć żal do Niemca, że wiele jego rzutów wyłapał. A gdy na chwilę między słupki wszedł Mateusz Kornecki, też ogarnął temat. Sławek Szmal, patrząc na ich wyczyny, śmiało mógł bić brawo.

Z przodu zresztą też było dobrze. Igor Karacic, Artsem Karalek czy Blanz Janc regularnie rzucali kolejne trafienia. Zresztą Vive było dziś prawdziwą drużyną – niemal każdy, kto pojawił się na parkiecie, dorzucił od siebie jakieś trafienie. Z tyłu było podobnie, kielczanie grali i przesuwali się jak monolit, często nie dając rywalom nawet centymetrów wolnego miejsca. Jeśli mielibyśmy to jakoś podsumować, to pewnie najłatwiej byłoby napisać: tak, dokładnie tak to ma wyglądać!

Serio, Tałant Dujszebajew po dzisiejszym meczu może być po prostu dumny ze swoich podopiecznych. A kibice kielczan mają pełne prawo świętować. Ogranie triumfatora zeszłorocznej edycji Ligi Mistrzów to przecież nie byle jaka sprawa. Szczególnie, gdy robi się to z wynikiem 35:25.

Fot. Newspix

KOMENTARZE (5)