Tego nie dało się nie wygrać
Weszło

Tego nie dało się nie wygrać

Gdyby dziś tworzyć ranking najbardziej gościnnych nacji świata, bylibyśmy pierwsi do głosowania na Izrael. Jedenastu facetów na boisku w Jerozolimie rozłożyło przed reprezentacją Polski czerwony dywan do zwycięstwa w meczu, a więc i w grupie. 2:1 to śmiesznie niski wymiar kary jak na to, co rywale biało-czerwonych odstawiali na boisku.

Gdy rywale mieli piłkę, to co jakiś czas wyglądało tak, jakby kazano im grać w korkach na lodowisku. Najlepszym podsumowaniem tego, co wyrabiali Izraelczycy, był doliczony czas gry. Oni zamiast skorzystać z faktu, że sędzia mimo wbiegnięcia na boisko intruzów nie nakazał przerwania spotkania i dorzucił dwie minuty, dwukrotnie oddawali nam piłkę, by zobaczyć, czy damy radę tym razem przejść wspomnianym czerwonym dywanem do końca.

Nie daliśmy. I choć tak wiele w grze reprezentacji dziś można chwalić, to żeby mieć to z bani, zaczniemy od ganienia.

Skuteczność w wykończeniu leżała jak przedszkolak po obiedzie. Sytuacje bramkowe stwarzaliśmy sobie z ogromną łatwością, banda poubierana w niebieskie koszulki wyglądała jak zrzucona w środek dżungli amazońskiej bez kompasu. Tylko co z tego, skoro z jeszcze większą łatwością je partaczyliśmy? Bramkarz rywali podawał pod nogi naszego napastnika? Środkowy pomocnik tracił piłkę i nagle wychodziliśmy 4 na 2? Za każdym razem kończyło się to tak samo – albo niecelnym uderzeniem, albo strzałem w zasięgu Marciano. Golkipera tak beznadziejnego w rozgrywaniu, że my nie dalibyśmy mu za nas rozegrać nic nieznaczącej partii chińczyka na urodzinach cioci. A Andreas Herzog najwyraźniej polecił za wszelką cenę grać od tyłu. Nie potrafiliśmy go za taką lekkomyślność skarcić choćby raz.

Przez to też mogliśmy sobie napytać biedy w końcówce. Przy rewelacyjnej skuteczności, w momencie strzału Zahaviego i dobitki Dabbura po rykoszecie, mielibyśmy nie dwie, a z pięć bramek przewagi nad rywalem. Przy przyzwoitej – no trzy, to minimum.

Ekipa Brzęczka bezwzględna była jednak tylko przy egzekucji rzutów rożnych. I tutaj zapisujemy wielkiego plusa sztabowi szkoleniowemu, bo widać było na pierwszy rzut oka, że wszystkie zachowania są wypracowane, że tak jak się to skończyło, tak było też rozrysowane w notatniku selekcjonera. Krychowiak i Piątek – choć ten drugi na raty – zwieńczyli pracę włożoną w wypracowanie automatyzmów przy stałych fragmentach, a i przy paru innych rożnych było widać kolejne warianty.

Nie można mieć też zastrzeżeń do działu kreacji. No, wyłączając bezbarwnego Frankowskiego, który nie tylko samemu nie zapracował na dobrą notę, ale i okradł z asysty dwojącego się i trojącego Piotra Zielińskiego. Tak jakby „Zielu” poczuł, że wobec braku Roberta Lewandowskiego w podstawowej jedenastce, to on miał być pełnoprawnym liderem. Tym, do którego kolega przyjdzie z piłką i powie: „zrób coś, ty wiesz najlepiej, co”. Sam oddał kilka uderzeń, wykreował też kolegów w paru sytuacjach. Gdyby nie kulejąca jak diabli skuteczność, miałby lekko ze dwie asysty.

Bardzo podobał się też Grzegorz Krychowiak. Maszyna do przejęć, do odbiorów, w dodatku z wielką chętką, by dołożyć coś z przodu. Napędzoną szybkim golem, ale i tym, co w tym sezonie wyprawia w barwach Lokomotiwu Moskwa. Parę razy udało mu się też odpalić protokół „ja, Pirlo” i fajnie przenieść ciężar z lewej do prawej i odwrotnie. Rozciągaliśmy tych biednych Izraelczyków, ganialiśmy ich przez jakąś godzinę tam i z powrotem, nakazując szczególnie defensorom poważnie rozważyć zmianę zawodu. 14:0 w strzałach z pierwszej połowy mówi samo za siebie.

Później odpuściliśmy, graliśmy bardziej ekonomicznie, trudno też było się spodziewać, że świetnie sprawdzający się na starcie spotkania wysoki pressing uda się stosować przez cały mecz. Wpisał się w taką grę nawet Robert Lewandowski, który dostał dziś pół godziny. I nie powiemy, żeby zachwycił nas jak co kilka dni w Bayernie. Ot, dyskretny występ, który mógł uwieńczyć golem w końcówce, ale ze skraju pola karnego uderzył minimalnie niecelnie.

Nie był to może mecz na piątkę z plusem. Rywal sam sobie rzucał pod nogi skórki od banana, by chwilę później ślizgać się na nich jak słoń na łyżwach, a my zamiast bezlitośnie to karać, dawaliśmy drugą, trzecią i piątą szansę poprawy. Ale też nie możemy marudzić. Wygrywamy grupę, co najmniej drugiego koszyka nikt nam już nie zabierze. A gdyby kadra z mocniejszym rywalem potrafiła na Euro grać tak, jak w pierwszej połowie w Jerozolimie, bylibyśmy naprawdę ukontentowani.

Izrael – Polska 1:2
Dabbur 88’ – Krychowiak 4’, Piątek 54’

fot. FotoPyk

KOMENTARZE (23)