Następni w kolejce – stoperzy klasy ekstra
Weszło

Następni w kolejce – stoperzy klasy ekstra

Mamy już za sobą bramkarzy (KLIK) i prawych obrońców (KLIK), czas na tych, którzy dobrani w odpowiedni duet są w stanie nawet pociągnąć do mistrzostwa kraju. Dość powiedzieć, że 5 na 7 ostatnich triumfatorów rozgrywek ligowych to zespoły, które równocześnie traciły najmniej goli. No i trochę tych kozackich stoperów nam się uzbierało, wybór nie był najprostszy. Oto najlepsza dycha.

imageedit_8_4601808359

Inaki Astiz

 Jeśli chodzi o piłkarzy będących w Legii w ostatnich latach, ale też nie dosłownie, bo zawodnik, którego mam na myśli jest w Legii z przerwą na grę na Cyprze już osiem lat, absolutnie moim ulubieńcem bezdyskusyjnie znakomitym, wesołym i kulturalnym, doceniającym pracę wszystkich w klubie jest Inaki Astiz. Na każdym kroku będę podkreślał, że gdyby wszyscy piłkarze zachowywali się poza boiskiem jak Inaki, żyli byśmy w jakimś piłkarskim raju – opisywał Astiza Wojciech Hadaj dla Legia.Net.

Rzeczywiście Hiszpania nie da się nie lubić, bo to pogodny i sympatyczny człowiek, który spokojnie mówi w języku polskim, zresztą ma żonę stąd.

No, ale za takie cuda nie bierzemy do rankingu, tylko za umiejętności, a te Astiz miał spore. Trzy mistrzostwa, sześć Pucharów. Po jednym mistrzu i pucharze dołożył już po powrocie z Cypru, zagrał w tym sporą rolę, co nie było oczywiste. Miał z Legią tylko potrenować, a został. Zaoferował solidność, grając wówczas w 22 spotkaniach.

A że przed wyjazdem na Cypr był jeszcze lepszy, musi znaleźć miejsce w rankingu.

imageedit_4_6178157445

Cleber

Barcelona 2008/09 wygrała wszystko, co było do wygrania. Debiutancki sezon Pepa Guardioli nie zaczął się jednak jak z pięknego snu. Pierwsze trzy mecze? Dwie porażki – jedna z Numancią, jedna z… Wisłą Kraków. Oczywiście wygrana 1:0 Białej Gwieździe nic nie dała, bo przegrała wcześniej 0:4 z Blaugraną na Camp Nou. Ale fakt faktem, drużynę biorącą trofeum za trofeum Wisła pokonała, po pięknym golu szczupakiem Clebera.

Klub z Krakowa ściągnął 32-letniego gościa z ligi portugalskiej i zaoferował mu drugą piłkarską młodość. Cleber w Wiśle się zakochał, został z nią trzy razy mistrzem Polski. Samemu odwdzięczył się dając masę doświadczenia i pewności w tyłach. Był do tego piekielnie groźny przy stałych fragmentach gry. Przekonał się o tym nie tylko Victor Valdes, ale i dziesięciu ligowych bramkarzy.

Mógłby dopisać do bilansu w Wiśle jeszcze nieco spotkań, ale po naciągnięciu mięśni karku w wyniku starcia ze Sławomirem Peszko i Joelem Tshibambą uznał, że czas przejść na drugą stronę rzeki. Wisła na lodzie go nie zostawiła, wzięła Clebera do swojego działu skautingu.

imageedit_10_9539807329

Bartosz Bosacki

Jak mógłby w takim zestawieniu nie znaleźć się obrońca, który ma więcej goli na mundialu od Lewandowskiego? Cóż, żarty żartami, ale przedstawiciele Ekstraklasy nie strzelają goli na mistrzostwach świata regularnie, Bosackiemu – w meczu o nic, ale jednak – się udało.

W XXI wieku zrobił z Lechem mistrzostwo, dwa puchary i dwa superpuchary. W mistrzowskim Lechu był postacią absolutnie kluczową (28 meczów na 30), a też chyba nie wszyscy pamiętają, jaka to była machina – Kolejorz wówczas przegrał tylko trzy mecze, ostatni we wrześniu. Od tamtego momentu albo remis, albo do przodu, fantastyczny był finisz – pięć wygranych meczów i pamiętna bramka Kriwca w Chorzowie.

No, ale wracając do Bosackiego: kojarzymy go jako bardzo eleganckiego obrońcę, który raczej nie latał co pięć minut na wślizgu, ale pracował ustawieniem.

Z Lechem pożegnał się brzydko, choć może inaczej: pożegnano go brzydko, robiąc z niego kozła ofiarnego sezonu 10/11.  Złamane zostały wcześniejsze ustalenia. Były już dyrektor sportowy, pan Pogorzelczyk, przed kamerami telewizji klubowej zapewniał, że wszystko jest dogadane. Teraz okazuje się, że to nieprawda i nie będę grał w Kolejorzu. Tak nie powinno się załatwiać poważnych spraw. To jest przykre, że zakomunikowano to tuż przed wygaśnięciem mojego kontraktu – mówił Bosacki.

Potem skończył grać zawodowo w piłkę, choć nawet po dwóch latach potrafił się upierać, że nie skończył kariery.

imageedit_2_4686405814

Dickson Choto

Z dzisiejszej perspektywy, jego testy w Legii wyglądać miały komicznie. Dragomir Okuka i Dariusz Kubicki mieli zagrywać do niego górą na szesnasty metr, a Choto miał wybijać piłkę jak najdalej. Fart Legii polegał na tym, że zawodnik z Zimbabwe najwyraźniej miał dość pary, by futbolówkę posyłać na zadowalającą odległość.

Dostał kontrakt jeden, drugi, trzeci, ostatecznie przy Łazienkowskiej kotwicząc na długich dwanaście lat. Rekordzista pod względem występów spośród wszystkich afrykańskich piłkarzy w naszej lidze. Jego licznik zatrzymał się na 167 meczach.

Najlepszą parę stworzył bodaj z innym afrykańskim stoperem, Moussą Ouattarą. Oj, to był duet nie do przejścia. Wypatrzony przez Marka Jóźwiaka na meczu bezrobotnych piłkarzy we Francji Ouattara szybko wykorzystał świetną opinię, jaką wyrobił o sobie wśród zagranicznych skautów i czmychnął do Kaiserslautern. Choto został w Legii do końca kariery.

Tak, miał tendencje do tycia, przez co urazy nie omijały go szerokim łukiem. Tak, bywał czasami na boisku bardziej brutalny niż było to potrzebne. Ale za takiego stopera na ponad dekadę większość zespołów w naszej lidze mimo to dałaby się pokroić. „Dickson Choto, czarne złoto” nie wzięło się z sufitu.

imageedit_12_2502201709

Ivica Kriżanac

Wspaniale rozwinęła się jego kariera po odejściu z Groclinu. Przez wiele lat żył w Rosji jak król, grał dla Zenitu, robił z nim mistrzostwa, Puchar UEFA i Superpuchar Europy, pograł w Lidze Mistrzów, 12 razy wystąpił w reprezentacji. Czy sądziliśmy, że rozwinie się aż tak? On sam tak nie sądził.

Mówił: – Nigdy się nie zastanawiałem nad tym, co mi się uda osiągnąć za kilka lat, ale na to, że zdobędę Puchar UEFA i Superpuchar Europy, to bym chyba nie wpadł. Nie ma co gadać, jestem w Zenicie szczęśliwy. Jak do niego szedłem, to dla pieniędzy, a nie dla trofeów. Ale to super, że udało się połączyć jedno z drugim. Zawsze przyjemniej zarobić i wygrać, niż zarobić i przegrać.

Trzeba przyznać, że bezkompromisowy jest to facet, nigdy nie ubierał zdań w okrągłe słówka, mówił, że idzie do Rosji dla pieniędzy, mówił, że chciałby odejść, ale Zenit chce piątkę, choć może niedługo zejdą na trójkę, bo kontrakt się kończy. Ta bezkompromisowość przekładała się na boiskowe poczynania, czyścił jak dobry odkurzacz, sam się śmiał po latach, że Anelka był przy tamtym Groclinie tyci, tyci.

Rany, gdyby chociaż 10% obcokrajowców było jego pokroju, żyłoby się nam lepiej.

imageedit_14_3925388561

Michał Pazdan

Gdy wspinał się na wyżyny, był zdecydowanie najlepszym stoperem w lidze. Wielki potencjał dostrzegł u niego Leo Beenhakker, ale on widział go też u Tomasza Zahorskiego. Z tym, że Pazdan nie zawiódł, doszedł przez Jagiellonię do Legii, a stamtąd – do reprezentacji Polski, gdzie przez długi czas nie wyobrażaliśmy sobie innej pary niż Glik-Pazdan.

Rzecz w tym, że po Euro bardzo chciał odejść i o ile pierwszy sezon po mistrzostwach – ten z Legią w fazie grupowej Champions League – był jeszcze bardzo dobry, to potem jakby tracił na dłuższe okresy motywację do gry w „zwykłych” meczach ligowych. Jakby czuł, że w ekstraklasie w górę już nie pójdzie, że udowodnił wszystkim swoją klasę i teraz czas na krok do przodu. Przez to zdarzały mu się luki w koncentracji, największa to ta z rewanżu z Sheriffem Tyraspol, kiedy dostał szybką czerwoną kartkę.

Trudno jednak podważać jego wysoką pozycję wśród ligowych stoperów w XXI wieku. W sezonie 2014/15 wybrany obrońcą sezonu za grę w Jagiellonii, rok później walczył o to miano z Patrikiem Mrazem, zadecydowały dostarczane taśmowo asysty lewego wahadłowego wicemistrzowskiego Piasta. Bogusław Leśnodorski pieklił się wtedy, że obrońca ma bronić, a to najlepiej robił Pazdan – i trudno się z tym spierać.

imageedit_16_7918151880

Jakub Rzeźniczak

Niejednoznaczna postać. Z jednej strony trzeba mu pamiętać gorsze momenty, bo co najmniej dwa mu się przytrafiły.

Sam mówił: – Miałem dwa takie słabsze sezony – za Berga robiłem błędy seryjnie, przez kilka spotkań. No i tak jak ci wcześniej mówiłem – za Hasiego. Wychodziłem na boisko ze strachem. Z dziwnym przeczuciem, że na bank coś odpierdolę. Czekałem tylko na ten moment, a on zawsze nadchodził. Najgorsze, że ludzie później kojarzą cię z tymi błędami. Smród potrafi się za człowiekiem ciągnąć bardzo długo.

Z drugiej… dajcie spokój, facet pewnie musiał zagospodarować jeden pokój na same trofea. Pięć mistrzostw Polski, sześć pucharów i co ważne, to wszystko wywalczone przy czynnym udziale, bo nawet przy pierwszym triumfie w sezonie 05/06, kiedy Rzeźniczak daleko miał do starego wyjadacza, uzbierał 16 meczów i 950 minut. Do tego Liga Mistrzów, choć akurat o awansie nie decydował, grając jedynie w pierwszym meczu pierwszej rundy.

Tak czy tak – kawał historii Legii i mimo przebojów, niezwykle solidny piłkarz. Teraz mógł wrócić do Wojskowych, ale szanse oceniono na 50%: on chciał, Legia nie. Trudno powiedzieć czy w Warszawie mogą żałować, natomiast w Wiśle Płock Kuba się sprawdza. Od momentu gdy przeszedł na środek obrony, defensywa Nafciarzy zaczęła się prezentować lepiej, co też miało wpływ na sześć meczów z rzędu bez porażki.

Dobrze go widzieć znowu w lidze. Teraz wypadł, ale życzymy zdrówka i czekamy.

imageedit_20_5807826720

Marcelo

Widać było na pierwszy rzut oka, że Marcelo ma coś w sobie. Że Wisła wyłowiła z Brazylii prawdziwą perełkę. Choć oczywiście trudno było przewidywać, że stopera w pewnym momencie wśród rozważanych zawodników do wzmocnienia środka obrony umieści FC Barcelona. Że zagra w PSV, Lyonie, Besiktasie.

Wisła była dla niego pomostem do wielkiej kariery, nie bójmy się tego słowa. Czasami wydaje nam się, że piłkarz zagraniczny robiący furorę u nas za moment będzie mieć u stóp cały świat, a jest weryfikowany już w nieco poważniejszej lidze. Marcelo najpierw przez dwa lata zachwycił kibiców w Krakowie, wydatnie pomógł zdobyć mistrzostwo strzelając Arce i Legii gole w wygranych po 1:0 spotkaniach, a potem wyjechał. O Wiśle nie zapomniał – w sierpniu tego roku został członkiem Socios Wisła.

– Marcelo powiedział mi, że on zrobi tak samo jak Kuba Błaszczykowski i też wróci do Wisły. Zrobi to w wieku 33-34 lat – stwierdził niedawno w rozmowie z Interia.pl Cleber, inny były obrońca Wisły. Szczerze? Nie możemy się doczekać, by znów zobaczyć go w lidze. Szkoda, że brutalna rzeczywistość jest taka, że jeśli Biała Gwiazda nie utrzyma się w ekstraklasie, Brazylijczyk może nie mieć już dokąd wracać.

imageedit_18_2870845260

Manuel Arboleda

Ikoniczna postać Ekstraklasy. „Uwajaj, uwajaj”, palec w zakończeniu pleców Smolarka, koszulka z podziękowaniami dla Smudy i Jezusa, to są przecież obrazki, które rozpozna każdy kibic tego naszego humorystycznego futbolu.

Jednak wiadomo: Arboleda to nie był jakiś mem, tylko przede wszystkim solidny piłkarz, bez którego pewnie mistrzostw nie miałyby na swoim koncie i Zagłębie, i Lech. Silny, dobrze grający głową, trudny do przejścia obrońca. Ba, w pewnym momencie mówiło się nawet o naturalizacji Mańka i wzięciu go do reprezentacji Polski. Dobrze, że tak się nie stało, dobrze, że Arboleda poprzestał na cieszeniu nas swoimi występami choćby w Lechu, gdzie miał wielki udział w czynnych rajdach po Europie w sezonach 08/09 i 10/11.

Gol na 2:1 z City? To właśnie Arboleda, szczęśliwie, bo szczęśliwie, ale jednak.

Pod koniec pobytu w Polsce nie był już tak mocny, trochę rozleniwił go wysoki kontrakt, ale musi znaleźć nasze docenienie. Tym bardziej że pewnie włożył jakiś procent w rozwój Roberta Lewandowskiego!

Wspominał:

– Smuda bardzo szybko powiedział całej grupie:

– Od dziś Manuel i Lewandowski pracują razem. Bo ty jesteś najlepszym obrońcą w polskiej lidze, Manu, a ty, Lewy, będziesz najlepszym polskim napastnikiem. Wasza współpraca sprawi, że obaj będziecie lepsi.

Nie mamy już z Robertem kontaktu, ale wiem, jak wyglądałaby nasza rozmowa, gdybym do niego zadzwonił.

– Robert, pamiętasz mnie? Tu Manu.

– Nie wiem czy ja pamiętam, ale moje kolana na pewno!

imageedit_6_8307305226

Arkadiusz Głowacki

Najwięcej meczów ogółem dla Wisły Kraków? Arkadiusz Głowacki. 461. Najwięcej meczów na najwyższym poziomie rozgrywkowym? Arkadiusz Głowacki. 360. Najwięcej sezonów w Wiśle? Paweł Brożek z 18, a zaraz za nim, z 17 – Arkadiusz Głowacki. Stoper byłby numerem jeden, gdyby Brożek nie zdecydował się wznowić kariery mimo oficjalnego jej zakończenia z końcem sezonu 17/18. Najstarszy zawodnik? Najstarszy strzelec? „Głowa” i jeszcze raz „Głowa”.

Białą Gwiazdę ma wytatuowaną na sercu. Gdy Wisła obchodziła stulecie istnienia, to Głowacki był mistrzem ceremonii, pełnił honorowe funkcje przy obchodach jubileuszowych. Choć w miłości do Wisły się nie wychował – przecież był z Poznania – wrósł w wiślackie środowisko, zapuścił korzenie i dziś trudno sobie wyobrazić przesadzenie go gdziekolwiek indziej.

Polską ligę opuścił na chwilę, na dwa sezony, gdy mógł spełnić swoje największe marzenie – zagrać w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Coś, czego nie udało się osiągnąć przez tyle sezonów w Wiśle, gdy Białej Gwiazdy nie oszczędzało losowanie ostatniej rundy eliminacji, ale też przytrafił się Panathinaikos – przegrana po dogrywce szansa, by chwycić za klamkę i otworzyć na oścież bramy piłkarskiego raju.

Miał ogromny udział w pamiętnych, rekordowych 73 meczach Wisły bez porażki u siebie. Znamienne, że gdy passa dobiegła końca w meczu z GKS-em Bełchatów, „Głowy” nie było w kadrze meczowej zespołu z Krakowa, a środek obrony stworzyli Dariusz Dudka i dawno zapomniany już Australijczyk Michael Thwaite.

PAWEŁ PACZUL

SZYMON PODSTUFKA

fot. FotoPyK/NewsPix.pl

KOMENTARZE (21)