Wreszcie możemy trafić na Finlandię!
Weszło

Wreszcie możemy trafić na Finlandię!

Stało się! Po latach oczekiwań, po dekadach rozłąki, wreszcie nadchodzi turniej, na którym możemy trafić na naszego wymarzonego rywala, czyli na Finlandię. Ale na bok żarty, Finowie naprawdę dokonali wyczynu, który da im stałe miejsce w historii – Arajuuri, Toivio i oczywiście Teemu Pukki wywalczyli awans na pierwszą wielką imprezę w dziejach tamtejszego futbolu. Tak, tak, nie udało się Litmanenowi, nie udało się Pasanenowi ani Hyypii. Finowie ani razu nie zagrali w finałach Mistrzostw Świata, ani razu nie mieli okazji sprawdzić się na Mistrzostwach Europy. Ten stan potrwa tylko do przyszłego roku, bo po dzisiejszym 3:0 nad Liechtensteinem już nic nie może odebrać Finom awansu na Euro 2020. 

Dziwnie się to oglądało. Coś, co u nas przyjęto w sumie krótkim westchnieniem ulgi, dla Finów stało się powodem do półgodzinnej fiesty. Już po drugim golu, gdy cała drużyna świętowała wspólnie z trenerem jakąś wymyślną cieszynką, poczuliśmy, że oglądamy mały krok z perspektywy świata futbolu, ale ogromny skok z perspektywy fińskiego kibica. Stadion, wypełniony zresztą po brzegi, wydawał się wrzeć od pierwszej minuty gry. Finowie zaś dość długo męczyli się z outsiderem. Oczywiście, 1:0 udało się wcisnąć już po 20 minutach, ale to przecież nie był w żadnym wypadku bezpieczny wynik. Gospodarze praktycznie nie schodzili z połowy rywala, dobijali do 75% posiadania piłki, wchodzili w pole karne, w którym czaiło się dziesięciu zawodników rywala. Ale bramki z tego nie padały.

Nawet ten pierwszy gol był zresztą trochę przypadkowy, Pukki wjeżdżał na strzał prawą nogą, jeden z przeciwników wybił mu piłkę wślizgiem, a ta wylądowała u Tuominena pod nogami.

Dlatego gigantyczna była ulga po podyktowaniu rzutu karnego w 64. minucie gry. Finowie już wcześniej mieli ze trzy okazje na skończenie meczu (by wspomnieć niecelny strzał z ósmego metra, na wprost bramki), ale dopiero dobrze wykonana przez Pukkiego jedenastka sprawiła, że Finlandia eksplodowała. Ostatnie pół godziny było już właściwie wyczekiwaniem na końcowy gwizdek, po którym przyszłoroczny turniejowy debiutant miał rozpocząć świętowanie. Gospodarze grali dość leniwie, strzelili jeszcze trzeciego gola, ale generalnie po przerwie oddali zaledwie trzy celne strzały, co dość jasno pokazuje, jakie tempo miała końcówka. Czy można jednak się na nich gniewać? Tuż po gwizdku na murawę wysypały się setki, jeśli nie tysiące widzów, którzy szczelnie otoczyli piłkarzy na środku boiska.

Wtedy dopiero poczuliśmy się skonfundowani. Kurczę, dość kiepskie widowisko, 3:0 z amatorami z Liechtensteinu, a oni cieszą się jak dzieciaki. Ba, Arajuuri się popłakał, ten dzielny wiking rozkleił się, jakby właśnie sam Jari Litmanen wręczał mu podpisaną koszulkę Ajaksu z Ligi Mistrzów w połowie lat dziewięćdziesiątych. Specyficzne uczucie, taka przypominajka, że naprawdę, nawet jeśli nasza kadra nie zachwyca, to są państwa, gdzie nasza podłoga byłaby absolutnym sufitem.

Ech, chciałoby się tych Finów trafić w finałach. Ale dziś: przede wszystkim gratulujemy. Zwłaszcza, że gdyby ktoś w niecieczańskim okresie Joony Toivio wywróżył mu awans na wielką imprezę w 2020 roku… Pewnie sam Toivio by nie uwierzył.

***

Cała sytuacja w fińskiej grupie jest zresztą dość ciekawa. Definitywnie z wyścigu odpadła Armenia, która dzisiaj przegrała u siebie 0:1 z Grecją. Triumfatorzy z 2004 roku nie dościgną już Finów, ale nadal mają szansę na awans poprzez baraże, wszystko z uwagi na przesunięcia wśród drużyn z awansem do play-off zapewnionym w trakcie gry w Lidze Narodów. Ta Liga Narodów dała też nadzieję na poprawkę Bośniakom, którzy mimo dzisiejszej porażki z Włochami i spadnięcia na przedostatnie miejsce w grupie, nadal mają szansę na Euro 2020 w drodze baraży zwycięzców Ligi Narodów.

***

Drugi z meczów dnia? Cóż, Rumunia goszcząca u siebie Szwedów, ale oczekiwaliśmy od tego spotkania o wiele więcej.

Zdawało się, że to dwie w miarę równorzędne ekipy. Zdawało się, że w obu nie brakuje piłkarzy, którzy potrafią zrobić różnicę pod bramką rywala. Wydawało się, że Rumuni nie sprzedadzą tanio skóry, zwłaszcza, że dziś grali przecież u siebie i w dodatku potrzebowali zwycięstwa, remis ich zupełnie nie zadowalał. Tymczasem już po pierwszej połowie wszystko było jasne. Gospodarze właściwie nie istnieli, atakowali rzadko i w niezbyt przekonujący sposób, co może i uszłoby na sucho, gdyby nie totalna apatia w obronie. Co robili Mogos i Deas przy dryblingu Forsberga przy pierwszym trafieniu? Jeden z nich wbiegł rywalowi w plecy, po czym właściwie stanął, drugi niby ruszył w wyścig po piłkę, ale z tak porażającym brakiem wiary w możliwość wygrania pojedynku, że aż nam się przed ekranami zrobiło trochę smutno.

Forsberg to bezlitośnie wykorzystał, dorzucił ciacho na głowę Berga i zrobiło się 1:0. Chwilę później arbiter przerwał mecz z uwagi na pirotechnikę odpaloną przez gospodarzy, ale niestety – race nie rozgrzały zespołu gospodarzy. Wręcz przeciwnie, przy drugim trafieniu zachowywali się tak, jakby blask flar zupełnie ich oślepił. Jak można było nie zauważyć beztrosko wbiegającego po prawej stronie Lustiga? Jak można było zostawić Berga praktycznie bez opieki na samym środku pola karnego? Jak można było totalnie odpuścić przeszkadzanie wbiegającemu z przedpola Quaisonowi? Tyle pytań, a żadnych odpowiedzi poza jedną, zbiorczą: dziś Rumunia nie jest ekipą na bezpośredni awans na Euro 2020.

Podopieczni Cosmina Contry tak naprawdę mieli jeden fajny moment, na początku drugiej połowy, gdy ruszyli na Szwedów ze sporym animuszem. Wystarczyło go na kilkadziesiąt sekund i dwa strzały, w tym Mitrity. Później? Właściwie niemoc, tym boleśniejsza, że przecież widzieliśmy już kilka razy co potrafią Puscas czy Hagi. Po piłkarzach, którzy oczarowali nas podczas ubiegłorocznego Euro U-21 nie było już jednak śladu – jedno uderzenie Hagiego gdzieś po godzinie gry i niewiele więcej, bo dwóch niecelnych uderzeń sprzed pola karnego nie będziemy wymieniać w kategorii zagrożenia.

Szwecja wygrała pewnie, wygrała efektownie, a mogła wygrać jeszcze wyżej. Na pewno warto wspomnieć o świetnej akcji z 70. minuty, gdy seria podań już w polu karnym Rumunii, zakończyła się huknięciem w poprzeczkę. To zresztą zwracało uwagę przez cały mecz – Rumuni grali w szarpany, rwany sposób, podczas gdy akcje Szwedów były po prostu dopieszczone, zaplanowane, oparte na seriach nieszablonowych podań. Zanim piłka trzasnęła w ramę bramki Tatarusanu, mieliśmy dobrą, płaską piłkę do boku pola karnego, potem dwa podania do środka, wszystko mocne, pewne, celne. Bardzo przyjemnie się to oglądało i nie zazdrościmy drużynom, które będą musiały zmierzyć się ze Szwedami w 2020 roku.

Rumuni? Nie mają lekko. Już teraz spadli na trzecie miejsce, a w ostatniej kolejce grają z Hiszpanami, podczas gdy Norwegia będzie się mierzyć z Maltą. Szykuje się czwarte miejsce i oczekiwanie na to, jak ułożą się listy na miejscach barażowych. Ale po tej chamówie ich kibiców po wejściu na boisko czarnoskórego Isaka, trudno będzie ronić za nimi łzy.

KOMPLET WYNIKÓW:

Norwegia – Wyspy Owcze 4:0 (2:0)

Reginiussen 4′, Fossum 8′, Sorloth 62′, 65′

Finlandia – Liechtenstein 3:0 (1:0)

Tuminen 21′, Pukki 64′, 75′

Armenia – Grecja 0:1 (0:1) 

Limnios 34′

Rumunia – Szwecja 0:2 (0:2)

Berg 18′, Quaison 34′

Szwajcaria – Gruzja 1:0 (0:0)

Itten 77′

Hiszpania – Malta 7:0 (2:0)

Morata 23′, Cazorla 41′, Torres 62′, Sarabia 63′, Olmo 69′, Moreno 71′, Navas 85′

Dania – Gibraltar 6:0 (1:0)

Skov 12′, 64′, Gytkjaer 47′, Braithwaite 51′, Eriksen 85′, 90+4′

Fot.FotoPyK

Bośnia i Hercegowina – Włochy 0:3 (0:2)

Acerbi 21′, Insigne 37′, Belotti 53′

KOMENTARZE (6)