„Jeśli wyciągnął wnioski, będzie w lidze na lata”. Długa droga Skowronka
Weszło Extra

„Jeśli wyciągnął wnioski, będzie w lidze na lata”. Długa droga Skowronka

Trzeci klub w Ekstraklasie, sześć klubów w I lidze – trudno uwierzyć, że przejmujący stery w Wiśle Kraków Artur Skowronek w maju skończył dopiero 37 lat, bo CV ma długie jak znacznie starszy trener. Wynika to też jednak z faktu, iż tu i ówdzie pracował bardzo krótko i musiał popełnić wiele błędów, by być w tym miejscu, w którym znajduje się dziś. Nie ulega wątpliwości, że mówimy o wyjątkowo utalentowanym szkoleniowcu, ale minęło sporo czasu, nim wyciągnął odpowiednie wnioski.

Skowronek po ponad pięciu latach przerwy ponownie melduje się na najwyższym szczeblu i będzie miał za zadanie chyba nawet nie tyle uratować Wisłę przed spadkiem, co uratować Wisłę w ogóle. Jego sylwetkę w pewnym sensie trzeba przedstawić na nowo, bo dla ekstraklasowych obserwatorów stał się postacią mocno zakurzoną. Ba, nie tak dawno znajdował się zupełnie na aucie i nie wiadomo było, czy jeszcze wróci na ławkę. Wrócił i to zdecydowanie silniejszy, dlatego jednego kibice „Białej Gwiazdy” mogą być pewni: mimo że Macieja Stolarczyka zastępuje wciąż młody szkoleniowiec, nie będzie się on uczył na żywym organizmie. To dawno ma za sobą.

Pilka nozna. PKO Ekstraklasa. Wisla Krakow. Artur Skowronek. Podpisanie umowy. 14.11.2019

Skowronek zna już smak walki o utrzymanie w Ekstraklasie. Nie zna jeszcze smaku powodzenia takiej misji, bo wiosną 2014 roku nie udało mu się zapobiec degradacji Widzewa Łódź. W przerwie zimowej przychodził do ostatniego klubu w tabeli, który w dwudziestu jeden meczach wywalczył zaledwie 15 punktów, więc od razu było wiadomo, że czeka go niezwykle trudne zadanie. Tyle dobrze, że mógł przepracować cały okres przygotowawczy i – na ile pozwalały skromne możliwości finansowe – uzupełnić skład po swojemu. Nie podołał zadaniu, choć biorąc pod uwagę samą drugą rundę, łodzianie z osiemnastoma punktami w szesnastu spotkaniach zajęliby dziewiąte miejsce. Inna sprawa, że dwa zwycięstwa, dzięki którym tabela wiosny wyglądała dla nich nieźle, odnieśli w dwóch ostatnich kolejkach, gdy już spadek został przesądzony po 0:3 w Bielsku. A w zasadzie odnieśli jedno, bo w Lubinie na boisku było 3:3, tyle że Widzew dostał walkowera za przerwanie zawodów przez rzucających race kibiców Zagłębia. Wcześniej wygrał ledwie dwa razy, a rundę zaczął od siedmiu meczów bez ligowego triumfu.

Zrzut ekranu 2019-11-15 o 10.01.55

Jego podopieczni z tamtego okresu wypowiadali się o nim skrajnie. Eduards Visnjakovs mówił bez ogródek, że „rozpierdolił zespół”. Skowronek później kontrował, że nie puścił go na zgrupowanie reprezentacji Łotwy poza terminem UEFA i piłkarz był niezadowolony. Dodał, że gdyby Łotysz nie notował pudła za pudłem, byłaby szansa na utrzymanie. Marcin Kikut stwierdził, że trener „wbił gwóźdź do trumny”. Z kolei będący objawieniem w bramce Patryk Wolański mocno młodego szkoleniowca komplementował.

Słowa Kikuta nie pozostały bez reakcji Artura Skowronka, który na portalu sportslaski.pl dwa lata później stwierdził tak: – Marcin Kikut miał problem chyba wszędzie gdzie kończył współpracę. Zawsze wszyscy wkoło byli winni, tylko nie on. Nie był moim transferem, ale zasłużył na miejsce w składzie i dostał je dzięki normalnej, uczciwej rywalizacji. Później zaczął ją przegrywać, wskoczył Stępiński i placu nie oddał.

Pytamy dziś Marcina Kikuta o tamten okres i tamte nieporozumienia. – Każdy będzie bronił swojej tezy. Bardzo rzadko zdarza się, żeby ktoś przyznał w wywiadzie „to była tylko moja wina, to ja zawaliłem”. Zaraz po odejściu z Widzewa byłem zły i ze względu na spadek, i ze względu na to, jak traktował mnie trener Skowronek. Z mojej perspektywy nasza współpraca kompletnie nie wyglądała tak, jak powinna. Mogłem, jako doświadczony ligowiec z sukcesami, mieć swoje zdanie i je wyraziłem. To, że trener odbił piłeczkę, też było normalne, bo lekko go ukłułem – stwierdza krótko.

Znacznie więcej ma do powiedzenia na temat tego, jakie błędy w Widzewie popełnił młody trener. – Uważam, że to ogólnie fajny facet, nawet w Widzewie pokazał nieprawdopodobny talent trenerski i wielkie przygotowanie merytoryczne. Ale ten, kto zna piłkę w praktyce, wie, że merytoryka czasami nie idzie w parze z wynikiem i trzeba złamać schematy, wyrwać kilka stron z książki i zadziałać instynktownie, na bazie doświadczenia. Wtedy Skowronek miał go mało, dziś ma już znacznie więcej. Brakowało mu dystansu, spokoju. Ale to naturalne, gdy się dopiero zaczyna. Widzę to po sobie. Wciąż jestem młodym biznesmenem, działam dopiero od czterech lat i często łapię się, jak często brakuje mi jeszcze cierpliwości i ogłady.

I dodaje: – Jeżeli wchodził do drużyny na ułańskiej fantazji i zaczynał od 3-5-2 z zespołem raczej mało doświadczonym, no to nie można stwierdzić, że miał wyczucie sytuacji i trafnie ocenił potencjał piłkarzy, którymi dysponował. Podszedł do sprawy bardzo życzeniowo, jego koncepcja na Widzew w tamtym momencie była nietrafiona. To już wtedy był dobry trener, ale na siłę próbował coś udowadniać, chyba jeszcze miał trochę kompleksów. Pytanie, jak teraz podejdzie do Wisły. Moim zdaniem ma ona znacznie lepszą kadrę niż „nasz” Widzew i jak dla mnie Skowronek powinien się z tym składem bez wielkich turbulencji utrzymać, za co trzymam kciuki. Jeśli wyciągnął właściwe wnioski, będzie trenerem na lata w Ekstraklasie.

Kikuta do Widzewa sprowadzał jeszcze Rafał Pawlak, który potem z dnia na dzień odszedł z klubu. – Uważam, że Widzew spokojnie mógł się uratować, ale w tamtym momencie Artur Skowronek nie był odpowiednim trenerem dla klubu w takiej sytuacji. Jestem przekonany, że z Pawlakiem byśmy się utrzymali.

Obrońca najbardziej znany z Lecha Poznań nie dorabia jednak teorii, że miał problemy ze Skowronkiem, bo sprowadzał go ktoś inny. Przyznaje również, że samemu nie dał Widzewowi tyle, ile chciał. –  Nie ukrywam, że moja forma była daleka od optymalnej, określiłbym ją co najwyżej jako poprawną, ale pewnych decyzji nie mogłem zrozumieć. Na przykład w jednym z pierwszych meczów trener wychodzi piątką obrońców, a ja siedzę na ławce, choć wcześniej miałem grać jako wahadłowy. Potem doznałem kontuzji i to był mój koniec w Widzewie – podsumowuje Kikut.

Ekstraklasa. Podbeskidzie Bielsko Biala - Widzew Lodz. 22.05.2014Artur Skowronek i jego asystent Grzegorz Mokry w czasach Widzewa

Inaczej na półroczną współpracę ze Skowronkiem w Widzewie patrzy Marek Wasiluk, którego ten wyciągnął z Cracovii. Mierzący blisko dwa metry obrońca spodobał mu się w sparingu „Pasów” z łodzianami i tak do nich trafił.

– Tamta runda była dla mnie emocjonalnym rollercoasterem. Zacząłem w pierwszym składzie i choć w debiucie ogólnie grałem dobrze, no to jak to ja, musiałem coś zmajstrować. W 80. minucie sprokurowałem rzut karny, po którym Podbeskidzie wygrało. W następnej kolejce zaraz po przerwie wyleciałem z boiska za dwie żółte kartki i kredyt zaufania od trenera zaczął maleć. Zasłużenie, bo spowodowałem, że straty były większe niż powinny. Relacje, które na początku były bardzo fajne, uległy ochłodzeniu. Raz siedziałem na ławce, raz na trybunach, grałem rzadko. Ale na końcu odbyliśmy bardzo szczerą rozmowę, wszystko sobie wyjaśniliśmy i wzajemnie się zrozumieliśmy. Trener docenił to, jak zareagowałem po utracie miejsca w składzie. Czasami nawet po udanym meczu w rezerwach lądowałem poza kadrą, a przecież dopiero co zdobywałem mistrzostwo ze Śląskiem i niejeden by się zbuntował na trybuny w drużynie broniącej się przed spadkiem. Przyznał, że potrzebował trochę czasu, żeby mnie poznać i zrozumieć. Tego często brakuje mi u trenerów. Tę rozmowę do dziś wspominam jako jedno z najprzyjemniejszych zdarzeń w karierze. Szacunek do Artura Skowronka miałem już wcześniej, ale po niej wzrósł jeszcze trzykrotnie – wspomina Wasiluk.

Jego zdaniem jak na okoliczności, w których funkcjonował Widzew, tamta wiosna i tak wyglądała nieźle. Również dla niego. – Zimą był casting, trener nie miał łatwego zadania, musiał budować drużynę z wagonu testowanych zawodników. Szatnia była dość specyficzna, z wieloma obcokrajowcami, dlatego z Mateuszem Cetnarskim i kilkoma innymi doświadczonymi chłopakami staraliśmy się jakoś trzymać to w ryzach. Pod tym względem zawsze starałem się pomagać w każdym klubie. Na koniec sezonu jeszcze raz dostałem szansę, wskoczyłem do składu na ostatnie trzy mecze. Strzeliłem nawet ładnego gola z rzutu wolnego z Piastem Gliwice. Tak naprawdę dopiero wtedy wykrystalizowała się drużyna. Szkoda, że tak późno. Zabrakło czasu, rzutem na taśmę wyprzedziliśmy jeszcze Zagłębie Lubin, co też miało swoją wymowę, bo my byliśmy biednym klubem bez perspektyw, a Zagłębie jednym z finansowych potentatów. Całościowo dużo mi ta runda dała, odbudowałem się i dzięki temu pojawiła się propozycja powrotu do Jagiellonii, z którą później zdobyłem trzy medale – opowiada mistrz Polski ze Śląskiem Wrocław.

Widzew był drugim i, do wczoraj, ostatnim podejściem Skowronka do Ekstraklasy. Po raz pierwszy znalazł się w niej w czerwcu 2012 roku. Z będącej świeżo po awansie Pogoni Szczecin niespodziewanie odszedł Ryszard Tarasiewicz i zdecydowano się na odważne posunięcie z 30-latkiem, którego całe doświadczenie w samodzielnej pracy z seniorami zawierało się w półtorarocznym prowadzeniu Ruchu Radzionków. Zaczęło się wspaniale – od 4:0 z Zagłębiem Lubin. Szybko jednak pojawiły się rozczarowania, a na przełomie października i listopada po trzech z rzędu porażkach powstawały już spekulacje dotyczące przyszłości szkoleniowca. Wówczas jeszcze się obronił, w następnych czterech kolejkach wywalczył 10 punktów i nawet porażka z Polonią Warszawa na zamknięcie rundy nie zatarła ogólnego całkiem korzystnego wrażenia. Pogoń, mimo że rzucał się w oczy brak porządnego napastnika i problemy ze skrzydłowymi, zajmowała ósme miejsce.

Skowronek w rozmowie ze sportslaski.pl przyznał, że właśnie wtedy poczuł się zbyt pewnie. – U każdego człowieka następuje w życiu taki moment, w którym trochę odlatuje i musi spaść na ziemię. Po tamtej jesieni taki moment dotknął mnie, ale na szczęście mam go już za sobą. Wynik osiągnięty w pierwszej rundzie z Pogonią był pułapką dla mnie i ludzi wokół. Początkowo naszym celem było utrzymanie w lidze, tymczasem przed zimą mieliśmy sporą przewagę nad strefą spadkową i bliżej nam było do strefy medalowej. Myślę, że wszystkich nas to uśpiło. Niepotrzebnie się uniosłem, zabrakło mi pokory, chciałem zmieniać, pokazać się jeszcze bardziej. Zmieniłem taktykę, chciałem grać 3-6-1, straciłem czas w okresie przygotowawczym. Zmieniłem też koncepcję przygotowania fizycznego, w tym elemencie też popełniając błędy. W konsekwencji przegrywaliśmy sparingi, zespół tracił zaufanie, potem zaliczyliśmy serię porażek w lidze. No i zostałem zwolniony – wracał do tamtych chwil.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Pogon Sczecin - Legia Warszawa. 22.10.2012

Jeszcze zimą władze Pogoni oferowały mu nowy, trzyletni kontrakt, ale widząc, co się dzieje podczas obozu w Turcji, wstrzymały się z ofertą. Wiosną wspomniane braki w przygotowaniu fizycznym dały o sobie znać. Piłkarze zbytnio nie gryźli się w język i przyznawali, że mają siły na godzinę biegania, a później mogą już co najwyżej dawać z wątroby. Skowronka pożegnano po trzech porażkach i jednym remisie w 2013 roku. Przychodzący za niego Dariusz Wdowczyk otwarcie krytykował przygotowanie zawodników, o co Skowronek miał do niego pretensje, mówiąc, że to nie fair, a jego starszy kolega po fachu próbuje roztaczać nad sobą parasol ochronny.

W każdym razie od tamtej pory już nigdy nie zdarzyło się, żeby drużyny Skowronka nie miały sił na 90 minut walki. W Widzewie poznał braci Bortników i wiele się od nich w kwestii przygotowania fizycznego nauczył.

W przytaczanej wyżej wypowiedzi młody trener stwierdził, że tylko w Pogoni zdarzyło mu się odlecieć. Nie zgadza się to z tym, co słyszymy o jego pobycie w Katowicach. To właśnie jego mocno rozdmuchane ego i zbyt wielkie mniemanie o sobie odbierano jako największy problem – większy niż przeciętne wyniki. W szatni miały nawet paść słowa, że jest jednym z najlepszych trenerów w Polsce i prędzej wszystkich wyrzuci z zespołu niż sam zostanie zwolniony. Generalnie wszystko sprowadzało się do narracji, że on i sztab są super, wykonują kapitalną robotę, a piłkarze są leniami, nie chce im się i przez to jest źle. Siłą rzeczy drużyna niezbyt dobrze odbierała próby pokazywania jej na każdym kroku, że jest grupą partaczy. W klubie nie podobały się także dziwne decyzje personalne Skowronka, jak chociażby odstawienie na boczny tor Alana Czerwińskiego czy niespodziewane wystawienie na Zagłębie Lubin Pawła Szołtysa w roli wysuniętego napastnika.

To właśnie spotkanie z Zagłębiem oznaczało dla niego koniec pracy przy Bukowej. GieKSa została upokorzona, przegrała u siebie 0:5, z czego trzy gole straciła w ostatnich dziesięciu minutach. Dowodzący „Miedziowymi” Piotr Stokowiec co prawda komplementował przeciwnika, ale nie zmieniło to zdania prezesa Wojciecha Cygana co do potrzeby rozstania. Zaraz po konferencji prasowej Artur Skowronek został zwolniony. Nie krył się ze swoim żalem, że stało się to tak szybko po meczu. Jego zdaniem klub zadziałał na gorąco, bo pytany przez prezesa o wnioski 15 minut po fakcie nie mógł wiele powiedzieć, a m.in. to miało być zarzutem: że nie sprawiał wrażenia, iż ma pomysł na wyjście z kryzysu.

Nie zdecydował jeden mecz. Już wcześniejsze kolejki pokazywały, że ten projekt nie zmierza we właściwą stronę i rozmawialiśmy o tym. Może mogliśmy poczekać dzień czy dwa, ale wtedy byliśmy przekonani, że podejmujemy właściwą decyzję – tłumaczy nam Cygan, dziś prezes Rakowa Częstochowa.

Skowronek sugerował również, że pożegnano go pod presją kibiców i tak naprawdę klub nie miał wyjścia. Ten zarzut Cygan również odpiera: – Nie musiałem go zwalniać. Mało tego, ci bardziej opiniotwórczy kibice z portalu gieksa.pl mieli do mnie pretensje, że zwolniłem trenera pod wpływem piłkarzy, co mijało się z prawdą. Zawodnicy do mnie w tej sprawie nie przychodzili, podjąłem autonomiczną decyzję.

Topór wojenny został już jednak zakopany. – Mieliśmy różne fazy w naszej współpracy, ale tamten Artur Skowronek a dzisiejszy Artur Skowronek to już zupełnie inni trenerzy. Wtedy wzajemnie mieliśmy do siebie różne uwagi. Rozstanie było burzliwe, ale potem podaliśmy sobie ręce. Gdy przyjechał na Bukową z Wigrami, to wszystko sobie wyjaśniliśmy. Przyznał, że chwilami przesadzał i dziś mamy dobre relacje – zapewnia Wojciech Cygan.

I liga. Artur Skowronek trenerem GKS Katowice. 29.10.2014

Zła passa Skowronka trwała, bo czarnych plam w CV miał już więcej. Po odejściu z Pogoni na chwilę zakotwiczył w Polonii Bytom, co było aktem desperacji. Po prostu potrzebował pieniędzy, oszczędności się kończyły. Wchodził do klubu, w którym już wszystko się sypało. Na dodatek do klubu mającego kosę z Ruchem Radzionków, a to właśnie z „Cidrami” był najmocniej związany i z nimi kojarzony. Kibicowskie animozje dawały o sobie znać nie tylko podczas meczów, nawet niektórzy pracownicy Polonii bardzo oschle traktowali młodego trenera. Skowronek bytomskie progi przekroczył w październiku 2013, dograł rundę jesienną (pięć meczów, osiem punktów) i wówczas jak z nieba spadła mu ponowa oferta z Widzewa. Z łódzkim klubem rozmawiał już kilka tygodni wcześniej. Za pierwszym razem się nie dogadał, za drugim szansy z rąk nie wypuścił. Jak mu poszło w Widzewie już analizowaliśmy, podobnie jak w będących po Łodzi Katowicach. Dobił go trwający niecałe trzy miesiące pobyt w Olimpii Grudziądz jesienią 2015 roku.

Z Olimpią w jedenastu kolejkach zdobył zaledwie pięć punktów. Wygrał raz, z GKS-em Katowice, do tego dwa remisy 0:0 i aż osiem porażek. Goli strzelonych – ledwie pięć. Straconych – aż 19. Statystyki z każdej strony wyglądały fatalnie, ale będący w tamtym czasie kapitanem zespołu Marcin Kaczmarek przekonuje, że w tym wypadku są mocno mylące.

Maczał on palce w zatrudnieniu Skowronka, znali się już z Widzewa. – Prezes Olimpii wezwał mnie i powiedział, że mają w planach wziąć trenera Skowronka. Powiedziałem, żeby brali go w ciemno, bo zna się na swojej robocie. Wiem, wyniki w Grudziądzu tego nie pokazały. Zabrakło szczęścia, naprawdę. Fajnie graliśmy w piłkę, w większości meczów wyglądaliśmy lepiej niż rywale, a traciliśmy przypadkowe gole i nie potrafiliśmy się z tego podnieść. W szatni nie dowierzaliśmy, bo na treningach wszystko super wychodziło, a potem zawsze coś nie tak. Mimo to chcieliśmy dalej z nim pracować. Kiedy prezes przymierzał się do zwolnienia trenera, zapytał mnie o zdanie i doradziłem mu, żeby się wstrzymał, że w końcu zaskoczymy. Wybrał inaczej, ale jak widać trener Skowronek się po tym niepowodzeniu pozbierał – mówi Kaczmarek.

Skowronek miał jeszcze cień szansy, żeby się uratować. Prezes Jacek Bojarowski postawił mu ultimatum: sześć punktów w dwóch ostatnich jesiennych meczach i zostaje. Szkoleniowiec odebrał to jako wyraz braku zaufania, uniósł się honorem i odparł, że w takim razie jest do zwolnienia od razu.

WISLA PLOCK OLIMPIA GRUDZIADZ

Jego historia stawała się wyjątkowo niezachęcająca: pięć niepowodzeń z rzędu. Nie pozostały one bez konsekwencji, zwłaszcza że wszyscy cmokali z zachwytu, jak świetnie Olimpię Grudziądz poukładał zastępujący go Jacek Paszulewicz. Skowronek na ponad półtora roku całkowicie wypadł z trenerskiej karuzeli. Jak opowiadał „Przeglądowi Sportowemu”, role się zmieniły – żona poszła do pracy, a on zajął się dwójką synów, przejął domowe obowiązki. Przeszło mu nawet przez myśl, żeby wrócić do nauczania w szkole, czym zajmował się na samym początku trenerskiej pracy.

Czas spędzony na bezrobociu był bardzo trudny, ale i pożyteczny. Mógł wiele spraw przemyśleć, nabrał dystansu i pokory. Dzwonił do byłych podopiecznych i pytał ich, co robił nie tak, ci często chętnie i wyczerpująco odpowiadali. Skowronek zdał sobie sprawę, jak ważne jest budowanie relacji i zarządzanie grupą, że sama wiedza dotycząca kwestii szkoleniowych nie wystarczy. W tym względzie miał największe braki, choć Marcin Kaczmarek twierdzi, że już w Olimpii dostrzegał znaczącą zmianę w porównaniu do Widzewa. – W Grudziądzu bardziej dbał o komunikację z piłkarzami, było więcej rozmów, również indywidualnych. Młodym podpowiadał, tłumaczył, a rada drużyny często zjawiała się w gabinecie trenera, gdzie mówił nam o wielu sprawach. Nie znaczy to, że w Widzewie nie było żadnej komunikacji, ale widziałem dużą różnicę.

Najwięcej może tu powiedzieć Mateusz Mak, który przez dwie rundy pracował ze Skowronkiem w Radzionkowie na początku jego samodzielnej drogi, a z kolei na początku tego sezonu był jego piłkarzem w Stali Mielec. – W Radzionkowie stanął przed dużym wyzwaniem. Wchodził do doświadczonej szatni z Jackiem Wiśniewskim, Adamem Kompałą czy Piotrem Rockim, więc był wyczuwalny dystans w kontaktach. Teraz, gdy po ośmiu latach spotkaliśmy się w Mielcu, kontakt z zawodnikami ma znacznie bliższy. To trener-psycholog, tak dziś mogę o nim powiedzieć. Do każdego podchodzi indywidualnie, z każdym rozmawia, z każdym problemem można do niego iść. Zawsze stara się być człowiekiem. To go wyróżnia – przyznaje.

Mimo wszystko Skowronek nigdy nie był gburem zamykającym się na otoczenie, który niedawno nagle zmienił się o 180 stopni pokorniejąc na bezrobociu. Inaczej Marcin Kaczmarek nie poleciłby go Olimpii Grudziądz, a inni piłkarze nie utrzymywaliby z nim kontaktów.

Kikut: – Akurat aspekt komunikacyjny oceniam dość dobrze. Jakieś rozmowy miały miejsce, ze mną również, nie odcinał się od szatni. Skoro od tamtego czasu jeszcze się to poprawiło, tym lepiej dla Wisły Kraków.

Kaczmarek: – Miałem propozycję pozostania w Widzewie, ale jak zobaczyłem, że trener odchodzi i że odeszło kilku podstawowych zawodników, też postanowiłem zmienić otoczenie.

Mak: – On jako pierwszy na nas postawił w seniorskiej piłce, u trenera Góraka graliśmy mniej. Jakiś kontakt pozostał, przy odchodzeniu z Bełchatowa uczulał, żebyśmy mądrze wybrali kolejne kluby w Ekstraklasie. Nie ukrywam, że w dużej mierze ze względu na niego zdecydowałem się na przyjście do Stali.

Wasiluk: – Po pierwszej kontuzji w Jagiellonii padła propozycja dołączenia do Wigier Suwałki, gdzie wtedy pracował trener Skowronek. Z perspektywy czasu żałuję, że nie skorzystałem i zostałem w Białymstoku.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Gala. 02.06.2014Delegacja Widzewa na gali Ekstraklasy. Z prawej Artur Skowronek z żoną

Być może nie najlepsze wrażenie u niektórych wynikało z tego, że Skowronek na początku musiał bardzo dbać o zbudowanie autorytetu. Niewykluczone, że pamięć nas zawodzi, ale nie pamiętamy innego przypadku w XXI wieku, by klub w I lidze zaczął prowadzić trener, który nie skończył jeszcze 29 lat. A tak to właśnie wyglądało z wychowankiem Ruchu Radzionków, zastępującym w styczniu 2011 roku Rafała Góraka, u którego wcześniej przez trzy lata był asystentem.

Marek Wasiluk: – W Widzewie doszło do niecodziennej sytuacji, w której trener był młodszy niż niektórzy zawodnicy. Maciej Mielcarz stracił miejsce w bramce, bronił Patryk Wolański i starszyzna na początku go obserwowała i badała, dochodziło do próby sił. Ale trener był niezwykle stanowczy, jeńców nie brał, podczas analiz nie dało się odczuć, żeby ktoś miał lżej, bo jest bardziej doświadczony. Sądzę, że wszyscy się szanowali.

Marcin Kaczmarek: – Nikt go nie znał, był młodym trenerem, ale po 3-4 treningach człowiek wiedział, że facet nie wziął się z przypadku. Może na początku lekko go przytłoczyła cała otoczka, marka klubu, zainteresowanie nim, pierwsze kroki w Ekstraklasie, ale to potem minęło.

Nie zmieniło się natomiast spojrzenie szkoleniowca z Bytomia na piłkę. Ma być profesjonalnie na treningach i atrakcyjnie na meczach.

– W Widzewie dał się poznać jako trener mający pojęcie, z dobrym warsztatem. Zaimponował swoim podejściem i zaangażowaniem, przeprowadzał ciekawe treningi – co wcale nie znaczy, że lekkie – prawie zawsze z piłką. Wszystko miał zaplanowane, nie było jakichś przypadkowych przerw podczas zajęć, bo czegoś zabrakło. I w Łodzi, i w Grudziądzu powtarzał, że piłka to nasze życie, mamy się nią cieszyć. I tak chcieliśmy grać: kombinacyjnie, utrzymywać się przy piłce, dominować, unikaliśmy wybijania na aferę – mówi Marcin Kaczmarek.

 – Zawsze hołdował piłce odważnej, ofensywnej. Już w Widzewie miał ogromne możliwości i ogromną wiedzę. Tworzyli bardzo dobry sztab z Grzegorzem Mokrym – wtóruje mu Marek Wasiluk.

 – Trener Skowronek nie boi się ryzykować, lubi ofensywną grę. Oczywiście czasami zwraca uwagę, że trzeba zagrać prostymi środkami, ale to nie jest jego filozofia. Już w Radzionkowie byliśmy zadowoleni z treningów jakie organizowali z Rafałem Górakiem i widać to było po wynikach. W Mielcu każdy zawodnik był ściśle monitorowany. Trener Skowronek dużo czasu poświęcał na analizę, niczego nie zostawiał przypadkowi. Byłem zaskoczony, że jest to w Stali aż na tak wysokim poziomie – dodaje Mateusz Mak.

Wszystkie słowa w tym temacie potwierdza nam sam Rafał Górak. – Zawsze chciałem wprowadzać do swoich drużyn kulturę gry, Artur w Radzionkowie przesiąknął takim podejściem do piłki. Staraliśmy się, żeby Ruch był dobrze zorganizowany na boisku i dominował. Na przestrzeni lat obaj się zmienialiśmy, jesteśmy dojrzalszymi ludźmi i trenerami, ale główne założenia się nie zmieniły – mówi obecny szkoleniowiec GKS-u Katowice.

To on wziął do sztabu nieopierzonego 26-latka, który szybko zakończył w Radzionkowie mało owocne kopanie piłki w niższych ligach i łączył nauczanie w szkole z trenowaniem młodzieży. – Artur zaimponował mi zapałem i kreatywnością. Skróciłem mu drogę trenerską, został moim asystentem. Wiele rzeczy robiliśmy razem, pomagał mi przy planowaniu wszystkich treningów. W każdej dyskusji brał udział. W Radzionkowie mieliśmy bardzo ograniczone możliwości, brakowało specjalisty od przygotowania motorycznego czy analityków, sami musieliśmy się tym zająć – wspomina.

Młody uczeń był bardzo pojętny, ale też wyrywny. – Nieraz dyskusje były gorące. Artur nie grał w piłkę na szczeblu centralnym, w niektórych kwestiach musiałem go tonować. Niekiedy wydawało mu się, że prowadzenie zajęć czy reakcja w określonej sytuacji wyglądają w szatni seniorskiej tak samo jak przy prowadzeniu grup młodzieżowych. A to już zupełnie inna para kaloszy. Często mówiłem na niego „Palnik”, ale wszystko oczywiście humorystycznie, bez żadnej złośliwości – opowiada Górak.

Ruch Radzionkow - trening

Gdy zdecydował się na opuszczenie „Cidrów”, namaścił na następcę swojego asystenta, zmiana przebiegła płynnie. Skowronek w Ruchu mógł być niemal wyłącznie chwalony. Pracując w niezwykle trudnych warunkach, dwukrotnie zajmował z nim dziewiąte miejsce w I lidze. Klub jednak nie był już w stanie dalej funkcjonować i zniknął ze szczebla centralnego. Do dziś krąży między III a IV ligą.

Być może właśnie ze względu na bardzo udany początek kariery, Skowronek potrzebował kilkukrotnego zderzenia się ze ścianą i półtorarocznego odpoczynku, żeby stać się fachowcem pełną gębą. Trenerem, który równie dobrze prowadzi treningi jak zarządza zespołem. Z Grudziądza zwolniono go w listopadzie 2015, na karuzelę wrócił w czerwcu 2017. Dominik Nowak odchodził z Wigier Suwałki, a razem z nim wielokrotny asystent Skowronka – Grzegorz Mokry. I to właśnie on na odchodne polecił go Wigrom. Klub z Suwalszczyzny zaryzykował i nie żałował, mimo że odkurzony szkoleniowiec zaczął od dwóch punktów w sześciu meczach. Budowany skromnymi środkami zespół odpalił i w pewnym momencie liczył się nawet w walce o Ekstraklasę. Ostatecznie finiszował na szóstej lokacie z sześcioma punktami straty do drugiego Zagłębia Sosnowiec, co i tak było bardzo dobrym wynikiem.

Dostrzegli to działacze mającej większe ambicje Stali Mielec i wzięli trenera do siebie. Początki również nie należały do najłatwiejszych. Stal po bardzo przeciętnym starcie wpadła w spiralę remisów. Między sierpniem a październikiem 2018 nie wygrała ośmiu ligowych spotkań z rzędu, z czego siedem razy dzieliła się łupem z rywalami. Ponownie warto było poczekać. W następnych ośmiu meczach drużyna wywalczyła komplet punktów, lecz koniec końców przegrała bój o awans z Rakowem i ŁKS-em. No i dochodzimy do minionego lata. Skowronka najpierw kusi Wisła Płock, potem Zagłębie Lubin. W międzyczasie przewija się temat Korony Kielce. Nagle pod koniec września klub decyduje się na zakończenie współpracy, co zszokowało piłkarzy, którzy o wszystkim dowiedzieli się z Internetu. Argumentacja była absurdalna („nie możemy truchleć za każdym razem, gdy ktoś w Ekstraklasie szuka trenera”). No ale dzięki temu znalazł się on teraz w Wiśle Kraków. Trzecia szansa w elicie, której nie można zmarnować.

Ledwie 37 lat na karku, a już tyle doświadczeń. Czas w pełni z nich skorzystać. Jeśli Skowronek utrzyma Wisłę, to tak jak mówił Marcin Kikut, może zostać w Ekstraklasie na lata. Jeśli mu się nie powiedzie, być może znów będzie musiał wykonać krok w tył. Na pewno jednak nie chodziłoby o takie cofnięcie się jak wcześniej. W razie negatywnego scenariusza znacznie większy problem będzie miał klub z Krakowa niż jego nowy trener.

PRZEMYSŁAW MICHALAK

Fot. FotoPyK/Michał Chwieduk/Jakub Gruca/40mm.pl/NewsPix.pl

KOMENTARZE (8)