Borek: Chciałbym doprowadzić zawodnika do walki o mistrzostwo świata
Inne sporty

Borek: Chciałbym doprowadzić zawodnika do walki o mistrzostwo świata

Podczas gdy w Wielkiej Brytanii gale bokserskie potrafią zapełnić Wembley, u nas hale nierzadko świecą pustkami. Mateusz Borek przeniósł właśnie swoją imprezę MB Boxing Night 6 do mniejszej hali w Radomiu. W programie „Ciosek na wątrobę” w Weszło FM opowiadał o trudach pracy promotora bokserskiego, o słabościach polskiego boksu, o roszczeniowej postawie zawodników i ich kompletnym niezrozumieniu kwestii marketingu i mediów społecznościowych. „Być może przeszacowałem i będę musiał zwinąć biznes” – mówi w rozmowie, w której nie brakuje trudnych tematów i smutnych wniosków.

Chciałem zacząć nie od boksu, tylko od mediów. Wydawnictwo Marquard Media właśnie ogłosiło, że wycofuje Playboya z Polski. Dla większości załogi oznacza to konieczność szukania nowej pracy, a dla polskiego rynku medialnego koniec pewnej epoki. Smutno?

Ja mam kilka smutnych konstatacji. Zaczynałem pracę w mediach na początkach lat dziewięćdziesiątych i pamiętam, jak z duszą na ramieniu biegłem do kiosku. Byłem wtedy na praktykach w „Kurierze Polskim” i dostałem szansę napisania pierwszego tekstu, nie o piłce nożnej, nie o sportach walki, tylko o… siatkówce. Byłem biednym człowiekiem po studiach, jechałem z czterema przesiadkami na Bemowo, żeby obejrzeć mecz Legii w siatkówce. Następnego dnia ukazała się notka, może na 150 znaków, podpisana MB, a ja byłem przeszczęśliwy. Człowiek miał radość z tego, że starszemu dziennikarzowi zaparzył herbatę, kawę, przygotował jakiś research…

Piwko przyniósł…

Przyniósł piwko, tak. I wydawało mu się, że dostał się do jakiegoś ekskluzywnego świata. Nie chcę generalizować, bo jest bardzo dużo utalentowanej, fajnej, inteligentnej i ciekawej świata młodzieży. Ale dziś przychodzą bardzo często młodzi ludzie, którzy na pytanie „co byś chciał robić”, odpowiadają: pracować w telewizji. Dla nich wyznacznikiem popularności jest liczba followersów na Instagramie, rozpoznawalność w kiosku z warzywami i szereg takich codziennych spraw, które dla mnie nigdy nie miały znaczenia.

Żadnego znaczenia?

Tak. Przez te wszystkie lata pracy, gdy gościłem na antenie otwartej, kodowanej i w pay-per-view, popularność nigdy nie była moim celem. Szczerze mówiąc, najlepiej czułem się w tej zamkniętej przestrzeni, bo to się przekładało na brak reklam. Dzięki temu można się było rozwinąć, zbudować pewną temperaturę transmisji. Jak uczyła nas polonistka: w prawidłowej rozprawce mamy wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Antena kodowana, zwłaszcza PPV, daje właśnie takie możliwości. Ale każdemu w życiu i w pracy w mediach chodzi o co innego.

Decydując się na pracę w papierze mieliśmy świadomość, że jesteśmy kronikarzami upadku prasy drukowanej. Dziennikarstwo się zmienia bardzo szybko, jest mocno niestabilną branżą. Trudno sobie nawet wyobrazić, jak to będzie wyglądało za pięć lat. W każdym razie, „Playboya” szkoda, bo choć przecież najpierw wszyscy kupowaliśmy go z innych względów, to im człowiek robił się starszy, tym bardziej doceniał dobre teksty i rewelacyjne wywiady…

Panowie, ja jestem z tego pokolenia, które kupowało „Razem” dla ostatniej strony. Albo „Żołnierza Polskiego”, czy „Nową Wieś”. Kiedy pojawiły się takie magazyny, jak „Playboy”, czy „CKM”, to był dopiero raj dla tych, którzy lubili… czytać wywiady. Ja żałuję, że dzisiaj bardziej od dobrych dziennikarzy ceni się tych, którzy potrafią błyskawicznie zdefiniować chwytliwy, klikalny tytuł. Kiedy przychodziłem do mediów, nigdy nie oczekiwałem, że będę przedstawiany jako komentator. Dla mnie zawsze największą przyjemnością i zaszczytem było, kiedy usłyszałem o sobie, że jestem dziennikarzem, albo reporterem z krwi i kości. Zawsze było dla mnie przyjemnością wsiąść do autobusu, albo do pociągu…

Mateusz, przestań, kiedy ty jeździłeś autobusem, albo pociągiem!

Myślę, że najpóźniej z nas wszystkich miałem prawo jazdy i pierwszy samochód, chyba dopiero w wieku 25 lat. Ja akurat pochodzę z rodziny, w której kupowało się książki, płyty, dobrze się jadło i chodziło się nieźle ubranym. Ale mieszkaliśmy wszyscy na 48 metrach i nigdy nie było w domu samochodu. Tata nawet nie miał prawa jazdy, mama miała prawo jazdy, ale nie miała samochodu. Liczyły się inne rzeczy, raczej bogactwo duchowe i intelektualne, a niekoniecznie materialne. Bardzo lubiłem jeździć pociągami, bo wtedy człowiek miał okazję coś poczytać, albo spotkać się z prawdziwymi ludźmi, złapać jakiś kontakt w normalnej rozmowie. To był pewien sposób na życie: wsiadasz do pociągu, jedziesz do innego miasta, trafiasz w jakąś grupę, zwykle wieczór kończy się półformalnie. Dzięki temu wyrabiasz sobie na lata kontakty, poznajesz ludzi, ktoś nabiera do ciebie zaufania. Dlaczego ktoś potem przez te wszystkie lata dzwoni do mnie i przekazuje mi jakąś informację, ekskluzywną treść? Dlatego, że spędziliśmy razem czas. Dziś bardzo często robi się dziennikarstwo zza biurka. Przychodzą młodzi ludzie i ich działalność ogranicza się do tego, że chodzą po stronach internetowych i wykorzystują znajomość języków obcych. Ja oczywiście sobie bardzo cenię znajomość języków obcych, ale to nie ma nic wspólnego z byciem rasowym reporterem z powołania.

Przykre. Skoro wspominamy, jak było kiedyś: pamiętasz jeszcze miesięcznik „Bokser”?

Oczywiście, wydawnictwo Lucjana Olszewskiego. Sporo o boksie pisało się też w „Sportowcu”, którego ja regularnie czytałem i prenumerowałem. Pamiętam, jak o godzinie 7 rano biegłem w swojej rodzinnej Dębicy do kiosku. Na każdy kiosk przypadały dwa, albo trzy egzemplarze „Tempa”. Jeszcze nie myjąc zębów i nie jedząc śniadania, na pełnym gazie wypadałem z klatki, żeby szybko kupić „Tempo”, bo zaraz by mnie ktoś uprzedził. Potem wyciągałem z tornistra w szkole, siadałem w ostatniej ławce i czytałem.

To se ne vrati?

Ja jednak wierzę, że przyjdzie taki dzień i jednak wróci. Włosi do dziś przecież brudzą sobie opuszki palców różowym kolorem „La Gazzetta dello Sport”. Myślę, że doczekamy się powrotu do takich czasów, że będzie się siadać przy kawce z gazetą, żeby po prostu poczytać.

Tylko taka gazeta musi dać czytelnikowi coś więcej niż suchy wynik i opis meczu dzień po…

To jest związane z jakością dziennikarzy. Ale zastanówmy się, w jaki sposób dziś się wychowuje młodych dziennikarzy, czego oczekują szefowie, co tak naprawdę się liczy. Zobacz, ile gazet jest w stanie wysłać swoich dziennikarzy na wydarzenie sportowe. Kiedyś dziennikarz miał szansę pojechać 4-5 dni przed meczem, nakarmić się atmosferą danego miejsca, porozmawiać z dziesiątkiem ludzi i napisać dwa dobre teksty. Dziś są oszczędności: po co jechać, skoro można „napisać mecz sprzed telewizora”?

A może takie duże, ambitne teksty wcale nie są potrzebne?

Większość ludzi rzeczywiście czyta mocno pobieżnie. Na przeczytanie tekstu schodzi kilkanaście, czy kilkadziesiąt sekund, mamy już tak wybiórczy wzrok, że błyskawicznie łapiemy lead, a potem zjadamy tekst, skanujemy go.

Przejdźmy do boksu. Za nieco ponad tydzień gala MB Boxing Night w Radomiu. Pierwsze pytanie jest oczywiste: dlaczego w Radomiu? W ubiegłym roku miała się tam odbyć twoja gala, ale były jakieś cyrki z nieukończoną halą. Teraz szykowałeś imprezę na Śląsku, ale później zdecydowałeś o zmianie lokalizacji.

Galę w Radomiu w nowej hali miałem zrobić w listopadzie 2018. Z tego co wiem, tam się teraz toczy jakieś postępowanie, trwają procedury, przetargi. Rok temu zapewniano mnie, że potrzebują 3-4 tygodni, żeby skończyć halę, tymczasem minęło 12 miesięcy i końca nie widać. Dlaczego więc Radom? Zawsze miałem wrażenie, że to miasto, które lubi i rozumie sport walki. Poza tym, zakładałem, że na tej gali wystąpi Damian Jonak, które ma dobre układy na Śląsku i w Zagłębiu. Szukałem hali na 3-4 tysiące widzów, bo uważam, że po skończeniu kariery przez Tomasza Adamka trudno nam znaleźć nazwiska, które zapełnią halę 6-7-tysięczną. Tak realnie mówiąc. Paru chłopców bije się o duże trofea, bo są prowadzeni bardzo umiejętnie przez promotora do dużej walki. Ja mogę mieć swoje zdanie, czy mnie się taki sposób prowadzenia podoba, czy nie. Ale w polskich realiach, przy pieniądzach, jakie są na polskim rynku, prawdopodobnie będziemy skazani na to, żeby na bardzo przeciętnych zawodnikach nabijać rekordy, piąć się w rankingach i czekać na swoją szansę i dużą wypłatę.

Od lat działa to w ten sposób.

Fakt. Ja miałem trochę inną filozofię, być może będę ją musiał przedefiniować, albo kompletnie zwinąć ten biznes. Być może polski rynek tego nie potrzebuje, może się przyzwyczailiśmy do tego, co jest. Być może pojawiłem się na rok, czy dwa i to się przejadło i ludzie tego nie potrzebują. Wracając do lokalizacji. Mariusz Grabowski robił niedawno galę w Częstochowie, więc jasne było, że ja tam nie mogę zorganizować swojej. W niedużej odległości od Częstochowy, z której jest Robert Parzęczewski, tak naprawdę miałem Jastrzębie, duży katowicki Spodek i Dąbrowę Górniczą, na którą postawiłem. Potem okazało się jednak, że Damian Jonak ma jakieś problemy ze zdrowiem i musiał się wycofać. Następnie dowiedziałem się także o problemach zdrowotnych Parzęczewskiego. Rokowania nie były najlepsze. Kiedy okazało się, że Robert jednak nie będzie mógł wystąpić, nie było sensu robić gali w Dąbrowie, w hali z 4 tysiącami miejsc. Nie wstydzę się tego powiedzieć, ale byłyby puchy. To nie jest moja wina. Dzisiaj wielu zawodników powinno odpowiedzieć na pytanie: panowie, dla kogo wy boksujecie? Dla mnie? Ja zawsze uważałem, że sportowiec robi to dla ludzi. Ja mam 12 Polaków na karcie MB Boxing Night 6. Oczywiście, nie ma tam żadnej top walki, pojedynku, który rozpala namiętność i ogniskuje uwagę kibiców. Ale mam 12 Polaków w ciekawych walkach. 3-4 pojedynki w polskich realiach finansowych mogłyby być main eventami mniejszych gal. Łaszczyk – Jegorow, Szymański – Welikowski, Winters – Werwejko, a nawet Sęk – Ślusarczyk. Naprawdę widziałem znacznie gorsze walki, które były main eventami na polskich galach.

Ale się nie sprzedaje…

Powiem tak: mam 12 Polaków. Gdyby każdy z nich sprzedałby tylko 70-100 biletów… Ja nie mówię 300, nie mówię, że każdy ma być Parzęczewskim, za którym zawsze jedzie 700-1000 kibiców. Jeśli ty masz rekord 20-0, czy 20-2 i nie jesteś w stanie sprzedać 100 biletów, jeśli nie masz 100 swoich kibiców, którzy przyjadą na twoją walkę, to o co chodzi w tej zabawie? Dla kogo ty boksujesz?

Mówili o tym szefowie KSW, Maciej Kawulski i Martin Lewandowski, że oni swoim zawodnikom tłuką do głów, że walczy się dla kibiców i trzeba umieć sprzedać bilety.

Zobaczcie, jak gigantyczną pracę wykonało KSW, jak dziś wyglądają ich media społecznościowe, jak ci zawodnicy potrafią się poruszać na Twitterze, Facebooku, Instagramie. I jak od KSW nauczyli się tego zawodnicy innych organizacji, jak choćby FEN, ACA. Obserwuję na przykład Piotrka Strusa. Przecież on wie, że za swoją walkę tak, czy inaczej zarobi, i to dobrze. Ale w jego dyscyplinie sprzedażowo-marketingowej nie ma miejsca na odpuszczenie ani jednego dnia. On codziennie coś pisze: tu kupujcie, tu jestem, pokazuje trening, fragment życia prywatnego. Dziś musisz się z ludźmi tym podzielić. Ja sobie właśnie przejrzałem konta instagramowe zawodników, którzy boksują na mojej gali. Oni razem wzięci nie mają tylu followersów co ja.

Ba, pewnie nie mają nawet tylu, co Cycu i Pumba, czyli psy Artura Szpilki…

Oczywiście, to nie jest też tak, że liczba followersów przekłada się na sprzedaż biletów. Bo Artur Szpilka w polskich realiach ma gigantyczne zasięgi, ale dziś już nie ma pewnie takiej sportowej wiary w niego. Na niedawnej gali w Sosnowcu, to było chyba 650, czy 700 sprzedanych biletw. Ale też trzeba pamiętać z kim Artur tam walczył oraz co wydarzyło się wcześniej z jego karierą. To miało bezpośrednie przełożenie na gorszą sprzedaż. Ale może Andrzej Wasilewski, z którym bardzo często się nie zgadzam, kłócę, z którym nie szczędzimy sobie wpisów, nawet na żenującym poziomie – może to on ma rację? Może dziś po prostu tak wygląda polski boks i popularność polskiego boksu. Może dziś wolimy oglądać starcie Mini Majka z Lordem Kruszwilem, a nie ludzi, którzy przez wiele lat musieli wylewać pot na sali i są przedstawicielami, jak mówił klasyk, szlachetnej szermierki na pięści.

Mnie się wydaje, że prawda jest gdzieś pośrodku. Wystarczy zobaczyć, jak robią to Anglicy…

To jest zupełnie inna koniunktura, zupełnie inny poziom boksu olimpijskiego, inna rozpoznawalność zawodników. Tam bardzo ważna jest też identyfikacja zawodnika z klubem piłkarskim. Jeden kibicuje City, drugi United, trzeci Liverpoolowi, czy Newcastle. Za tym idą fani. Bokserzy dbają o tych kibiców, za każdym razem podkreślają, której drużynie kibicują. Ludzie w Anglii są szaleni, zwariowani na punkcie boksu. Ale to też jest skala podaży. Dziś w polskim boksie jest 10 zawodników, którzy potrafią wyprowadzić lewy prosty. Bardzo często ich postawa jest roszczeniowa, wydaje im się, że im się należy, że komuś robią łaskę, że ktoś coś musi. Nie! Nikt niczego nie musi. Ja uważam, że dzisiaj w Polsce biletów nie będzie sprzedawał ani Głowacki, ani Sulęcki. To, że ktoś umie boksować, nie znaczy, że potrafi także sprzedawać bilety. To już pokazało kilka imprez. Ja miałem mapę sprzedaży gali na której u mnie boksowali ci zawodnicy i powiem: nie. Fakt, że ktoś umie boksować nieźle, bardzo dobrze, albo nawet na poziomie mistrzowskim, wcale nie gwarantuje, że będzie dobrym sprzedawcą. Musi się zgodzić wiele aspektów, żeby ktoś był i świetnym zawodnikiem, i kimś budzącym w ludziach emocje. Mam wrażenie, że bardzo często zawodnicy są dla publiczności albo nierozpoznawalni, albo nudni czy nijacy. Albo wręcz denerwują fanów swoją arogancją.

Ale akurat denerwowanie kibiców nie musi być takie złe. Zobacz na fenomen Marcina Najmana. Przecież to nie jest tak, że on ma kibiców, którzy go kochają i wierzą, że w końcu osiągnie sukces.

Ja uważam, że większość ludzi kupuje bilet, albo pay-per-view z nadzieją, że zobaczy, jak Marcin dostaje w łeb. Ale umówmy się, że normalnemu sportowcowi nie jest obojętne, czy przegrywa 5 czy 10 walk z rzędu, a potem snuje dalsze plany na kolejne pojedynki. Marcin Najman to jest fenomen. Gość ma absolutny brak poczucia wstydu, ale z drugiej strony – może to poczucie wcale nie jest potrzebne? On tak to sobie wymyślił, to jest jego pomysł na życie i zarabianie pieniędzy.

Wróćmy do Radomia. Z rozpiski wypadł Robert Parzęczewski. Czy to prawda, że z powodu problemów z anemią?

Tak, miał bardzo złe wyniki krwi, za niski poziom żelaza. Nie czuł się dobrze od kilku tygodni, przerwał sparingi, odesłał sparingpartnerów. Próbowaliśmy go naprawić. Robert, oglądając Forda, zdał sobie sprawę, że to nie będzie spacerek, jak z zawodnikiem, który przyjedzie jak kotlet do obicia, tylko ten facet jest twardy, nie przewraca się i przyjedzie po swoją szansę. Nie chciał wychodzić i ja to rozumiem. Zadzwonił do mnie, powiedział: słuchaj, nie czuję się, jestem słaby. Ja muszę to zrozumieć, choć to oczywiście to jest biznes. Ta sytuacja dotknęła i Roberta, i mnie. Jestem w stałym kontakcie z Ryanem Fordem, polubiłem go, bo to charakterny gość.

I robił świetną robotę przy promocji gali.

Właśnie! Zmierzam do tego, że podpisując kontrakt z Fordem w zasadzie byłem zobligowany zapłacić mu określoną gażę, bez względu na to, czy on coś wrzuci na media społecznościowe, czy nie. A myślę, że on dla promocji imprezy zrobił tyle, co wszyscy polscy zawodnicy razem wzięci. Codziennie na Instastories miał 10 kolejnych sekwencji reklamowych, każdego dnia wrzucał po 2-3 posty.

Czy nasi bokserzy tego nie rozumieją? Czy ty, jako promotor, rozmawiasz z nimi o konieczności działań promocyjnych? Czy to jest jak rzucanie grochem o ścianę?

Czasami naprawdę, jak grochem o ścianę. Ja na przykład zakładam grupę z zawodnikami i wysyłam jakiś komunikat. W ciągu dwóch dni odpowiada mi zawsze 3-4 tych samych, reszta w ogóle. Albo potem muszę dzwonić do kolejnych zawodników i prosić, żeby wstawili odpowiednie hashtagi do wpisów, żeby oznaczyli poszczególne podmioty. Jest taki poziom nieświadomości biznesowej, marketingowej i sprzedażowej, że musiałbym nic innego nie robić, tylko dzwonić do tych 12 czy 15 zawodników i im tłumaczyć, co należy zrobić. Taką świadomość marketingowo-biznesową ma może 20 procent z nich.

I jest sens w to się dalej bawić?

Jak to było w pewnym polskim filmie: sam chciałbym to wiedzieć, Stefan. Do tej pory mi się wydawało, że siłą mojego brandu były równe zestawienia i wojny ringowe, bitki. Bo uważam, że dla wąskiego grona kibiców bokserskich, takich ludzi, którzy żyją boksem od rana do nocy, to rozpiska gali w Radomiu, mimo że wypadł Parzęczewski, ciągle jest ciekawa. Jest kilka znaków zapytania. My chętnie zobaczymy walki Łaszczyk – Jegorow, Szymański – Welikowski, czy Ślusarczyk – Sęk, albo powrót Zimnocha, wokół którego narosło trochę kontrowersji. Bo nas to ciekawi. Ale czy to ciekawi normalnego kibica? Myślę, że przeciętny kibic, zapytany na ulicy, to wie cały czas kto to jest Gołota, Adamek, paru zna Diablo i koniec. Na tym dla nich się zamyka polski boks.

Andrzej Kostyra zawsze mówił, żeby robić „test pętli”. Pod redakcją „Super Expressu” jest pętla autobusowa. Kiedy pojawiała się wątpliwość, czy ludzie kojarzą jakieś nazwisko, mówił: idź na pętlę i spytaj 10 osób…

Dlatego ja mam na przykład wielki szacunek do Roberta Parzęczewskiego. Kiedy boksował 4-5 lat temu, to ja się dziwiłem, że jego pokazuje telewizja. Chłopak ma jednak taki upór, taką determinację i jest tak świadomy tego, co robi, że w ciągu tych kilku lat wykonał tytaniczną pracę i dokonał niesamowitego postępu. On poszedł takim modelem angielskim, czy amerykańskim. Najpierw stoczył jakieś walki u Najmana i Wernera, za które musiał sam płacić. Wiedział, że musi sprzedać ileś biletów, znaleźć sponsora, który pokryje koszty rywala i przygotowań i dopiero – jeśli coś zostanie – to zarobi. W innym razie – dostanie za darmo parę razy po głowie. To go nauczyło dbania o partnerów biznesowych, rozszerzania kontaktów. On się nie wstydzi pukać do jednych, drugich, trzecich drzwi. I nie ma roszczeniowej postawy wobec promotorów.

Takie roszczeniowe podejście w Polsce wzięło się chyba z modelu Andrzeja Wasilewskiego, który podpisywał zawodowe kontrakty z chłopakami, zapewniał im mieszkanie i trenera oraz płacił stałą pensję.

Ok, ktoś może płacić stypendium, ja wolę więcej zapłacić za walkę i nie mieć tego na głowie. Pamiętam rozmowy z trenerem Fiodorem Łapinem, z którym kiedyś miałem dobry kontakt, wiele rozmawialiśmy o boksie i nawet bywaliśmy u siebie na urodzinach i imieninach. Nigdy nie zgadzałem się z filozofią Fiodora, który powtarzał, że zawodnik nie jest od sprzedawania biletów i od marketingu, tylko od boksowania. Ale skąd u niego takie myślenie? Fiodor był zawodnikiem w czasach komuny. Czy w ZSRR, czy w Polsce, przychodził zawodnik, podpisywał kontrakt z klubem, dostawał etat i mieszkanie od kopalni czy innego zakładu pracy. Zakłady zwoływały ludzi do hal, oni przychodzili, kibicowali. Zawodnik niczym się nie musiał przejmować. Ale czasy się zmieniły, wszystko poszło w inną stronę. Ja pamiętam Andrzeja Fonfarę, który na gali Tomka Adamka boksował za dolara, bo chciał się pokazać. Pamiętam Adama Kownackiego, który zastanawiał się, czy nie dać sobie spokoju z boksem. Budował tę karierę powoli. 50, 100 sprzedanych biletów, 150, 200, 300. Dzisiaj Adam Kownacki oczywiście nie żyje ze sprzedaży biletów, choć oczywiście od DiBelli czy innych promotorów dostaje swoje 20, czy 30 procent z biletów. Ale przede wszystkim, ta rzesza kibiców, którą sobie zbudował, popchnęła promotorów i telewizje do tego, by w niego inwestować i dać mu szansę. Bo gdyby to był ciągle Adam Kownacki, boksujący dokładnie tak samo, ale mający 50 kibiców, to wcale nie byłoby takie oczywiste, żeby ktoś chciał na niego postawić w Barklays czy Madison Square Garden w walce wieczoru.

Dopóki nasi bokserzy tego nie zrozumieją, nie zrobimy kroku naprzód. Nie sądzisz, że metodą mogłoby być płacenie części wynagrodzenia w biletach, jak robią promotorzy na mniejszych galach w Anglii?

Przy rozpasaniu polskiego rynku to jest niemożliwe. Powiedz któremuś z tych 10, co potrafią wyprowadzić lewy prosty, że boksuje za sprzedane bilety. Nikt nie będzie chciał wyjść do ringu. Ja bym był zadowolony, gdyby zawodnik biletami odrobił 50-70 procent swojej gaży, nie licząc kosztów pobytu, organizacji gali i przeciwnika. I już by było fajnie. Aby bawić się w promotorkę musisz mieć kilku partnerów biznesowych, bogatych sponsorów i dobry kontrakt z telewizją. Wtedy możesz coś zrobić. W innym razie musisz się koncentrować na jednej fajnej sportowo walce, a kartę uzupełniać debiutantami, amatorami, albo ludźmi, którzy płacą za to, żeby się znaleźć na karcie telewizyjnej. Albo na obijaniu zawodników bardzo średniej i taniej jakości. Tak wygląda polski rynek.

Są perspektywy?

Pojawił się Eddie Hearn, którego uważam za najlepszego promotora na świecie. Gość zrobił rewolucję, zrobił show, czasem bywa kontrowersyjny, ale jest kozaczkiem. Teraz Hearn otwiera Matchroom Boxing Italy, Matchroom Boxing Spain. Do czego to zmierza? Za chwilę zawodnicy z tych rynków będą dla nas absolutnie nieosiągalni do zakontraktowania. Bo gdy Eddie Hearn ściąga rywala dla swojego boksera, to musi mu zapłacić tyle samo, ile my w Polsce. A u nas najtańszy bilet kosztuje 39 złotych, a u niego w Anglii 25 funtów. Ty dostajesz z telewizji w Polsce pieniądze, które odzwierciedlają to, ile jest warty polski rynek reklamowy. On w tym samym czasie dostaje kilkanaście, czy kilkadziesiąt razy więcej. Uwierzcie mi, on nie musi codziennie prowadzić kampanii sprzedażowej w mediach społecznościowych, żeby sprzedać 5, 10, 15, czy 50 biletów. Nie mówię nawet o gali Joshua – Ruiz. Eddie Hearn ogłasza galę Davies – Ritson, jako main event i wyprzedaje się komplet 10, czy 12 tysięcy miejsc. A przecież my w Polsce mieliśmy walki na lepszym sportowo poziomie i ciężko było sprzedać tysiąc wejściówek.

Wróćmy do Radomia. Zobaczymy Krzysztofa Zimnocha, który wraca na ring po mocno szalonym okresie w życiu, między innymi długiej głodówce, którą próbował wymusić walkę z Arturem Szpilką. Teraz trenuje w Anglii, zszedł do wagi junior ciężkiej.

Rozmawiałem z nim od dłuższego czasu. Krzysiek był podstawowym sparingpartnerem Łukasza Różańskiego przed walką z Izu Ugonohem. Od samego początku był zainteresowany walką w wadze junior ciężkiej, bo nie przekracza tych 91 kilogramów. Jeśli chodzi o stan jego zdrowia, to powiem tak: przy dość dużym zamieszaniu na rynku i przy dużej ostrożności wszystkich po tych pięciu śmierciach bokserów w tym roku, uwierzcie mi, czy to jest polska komisja, austriacka, czy gambijska, nikt by nie wydał Krzysztofowi Zimnochowi licencji, gdyby się nie zgadzały badania lekarskie. Ktoś się przecież pod nimi podpisuje, stawia pieczątkę, bierze odpowiedzialność. Ja nie wiem, jak on będzie boksował, nie umiem sobie tego wyobrazić. Ale też trzeba zrozumieć, że łatwo jest kogoś ocenić na Twitterze, w internecie. Popatrzmy na to tak: ten chłopak stał u bram wielkiej wypłaty za walkę z Davide’em Haye’em, kiedy brutalnie sprowadził go na ziemię Joey Abell. W międzyczasie wybudował dom, ma rodzinę na utrzymaniu, potrzebuje na nią zarabiać. My czasem dorabiamy różne filozofie, ale może trzeba popatrzeć tak, że na ten moment to jest pomysł na życie, w którym czuje się najlepiej. Jemu się wydaje, że jeszcze coś może. Czy może? Nie wiem ani ja, ani wy, jestem bardzo ciekaw. Nawet jeśli Krzysiek będzie daleki od tego zawodnika sprzed nokautu, to Krzysztof Twardowski nie będzie specjalnym zagrożeniem dla jego zdrowia. A może się okazać, że on nas jeszcze zaskoczy i kilka lat będzie chciał spędzić w ringu. Rozmawialiśmy kilka razy, powiedziałem mu: Krzysiu, w pierwszej kolejności – badania, licencja, potem możemy spróbować coś zrobić.

Widzisz gdzieś na horyzoncie walkę Zimnocha ze Szpilką? O tym pojedynku mówi się od lat, teraz obaj zeszli do wagi junior ciężkiej, więc w teorii nic nie stoi na przeszkodzie.

Nie wiem, czy się dogadam z jego promotorem (śmiech). Automatycznie zostanę menedżerem Krzysztofa Zimnocha i mogą być trudne negocjacje. Ja myślę, że Artur nie ma czasu na takie walki. Najpierw mówił, że Diablo, potem, że jednak Diablo go nie interesuje. Jego plan to teraz dwa starcia, a potem pojedynek o mistrzostwo świata. Ja mu życzę, żeby do tej walki doszedł, chociaż chyba nigdy w historii się nie zdarzyło, żeby po tylu latach w wyższej wadze ktoś zszedł niżej i zrobił tam furorę. Czas na zrzucanie wagi był chyba po sanatorium, a nie po 10 latach w wadze ciężkiej i kilku nokautach. Umówmy się, w wadze cruiser też zawodnicy na co dzień ważą ponad stówkę, też biją mocno, niektórzy dynamicznie. Szansą Artura na pewno będzie przedefiniowanie kategorii junior ciężkiej, odejście kilku topowych zawodników, jak Usyk, Gassijew, za chwilę Dorticos, karierę pewnie skończy Briedis. Być może dzięki temu Artur szybciej doczłapie się do walki o coś. Wydaje się, że zagrał va banque, ale bardzo rozsądnie marketingowo, bo ludzie już by mu w nic nie uwierzyli w wadze ciężkiej. A ten komunikat o zejściu do niższej kategorii być może u niektórych spowodował zapalenie się tego promyczka nadziei.

Ja uwierzyłem. W ciężkiej od pewnego momentu wiedzieliśmy, że sukcesy są niemożliwe.

Nie wiem, na ile Artur poprawi nogi, na ile uszczelni obronę i będzie się umiał bronić przed ciosami. W wadze junior ciężkiej one spadają na głowę szybciej niż w ciężkiej. Podstawowe pytanie jest takie, czy Szpilka będzie potrafił przyjąć mocny cios w kategorii cruiser.

Szpilka zbija wagę do tej kategorii, z kolei Zimnoch mówi, że on naturalnie waży 91 kilogramów. Mówi, że aby dobić do stu kilku kilo w walce z Abellem musiał się paść i źle się z tym czuł.

To jest częsty błąd szkoleniowy. Pamiętam, że Andrzej Gmitruk chciał na przykład Adamka tuczyć na siłę. Mówił mu po walce z Gołotą, że powinien ważyć 105-107 kilogramów. Uważam, że gdyby Tomek doszedł do takiej wagi, to efekty byłby dla niego dużo gorszy niż wtedy, gdy ważył 101. Z większą wagą utraciłby swoje atuty, a i tak nigdy by nie złapał takiej siły ciosu, jak naturalni ciężcy. Być może w sztabie Zimnocha ktoś popełnił ten sam błąd, co się przełożyło na słabsze nogi i mniejszą mobilność, a wcale nie na mocniejszy cios.

W Radomiu stoczy sześć rund, które mogą nam dać trochę odpowiedzi. Przecież po ewentualnej wygranej nie musimy go od razu zestawiać ze Szpilką.

Ostatnio wyliczyliśmy, że moglibyśmy spokojnie zrobić polskie World Boxing Super Series w wadze junior ciężkiej. Głowacki, Włodarczyk, Masternak, Cieślak, Balski, Szpilka, Jeżewski, Zimnoch, albo Olaś. Można losować i robić taki turniej. Ale wracając do Radomia, ciekaw jestem Ślusarczyka, który błysnął walką z Gromadzkim, pojawiło się coś świeżego na polskim rynku.

Właśnie, przyjechał chłopak totalnie nieznany i zrobił furorę. Ale kiedy usłyszałem, że ma walczyć z Sękiem, pomyślałem, że fajnie, ale to za rok, półtora…

Ja mu proponowałem Czyżyka, uważałem, że to może być fajna bitka. On na to: „panie Mateuszu, nie, na to mi szkoda czasu, pan mi daje Sęka”. Zadzwoniłem do Darka Sęka, który dał się namówić, stwierdził, że ten chłopiec nie wie, co robi, bo on zdążył mniej zapomnieć niż Ślusarczyk się zdążył nauczyć. Czekam też z zainteresowaniem na powrót Kamila Łaszczyka, który zmierzy się z Jegorowem. Ukrainiec w ostatniej walce przegrał na pełnym dystansie walkę o mistrzostwo Europy. To pierwszy od 4 lat rywal Kamila, który odpowie nam na pytanie, czy on jeszcze coś może. Pamiętam jego zwycięstwo z Tevinem Farmerem, który przystępując do walki z Łaszczykiem miał rekord 4 zwycięstwa, 2 porażki i 1 remis. Po porażce to było już 4-3-1. Od tego momentu ma 28 zwycięstw i jest mistrzem świata IBF. Jeśli Kamil Łaszczyk ma swoje plany, musi wyjść z tym Ukraińcem, który niedawno walczył o mistrzostwo Europy i pokazać: ja jestem Kamil Łaszczyk i wracam na salony.

Zaboksuje także Patryk Szymański.

Chciałem rewanżu z Talarkiem, ale on miał inne plany. Przedstawiłem Patrykowi zawodnika pewnie 150. na boxrecu, potem 99. i 86., ale później zadzwoniłem, że jest Welikowski, notowany na 51. pozycji, bez porażki od kilku lat. Szymański na to powiedział: „no, ja nie będę czekał”. Ja mu na to: Patryk, tylko ty już mi nie mów o zakończeniu kariery, jak się nie uda, bo sam wybierasz sobie takich rywali, szukasz wyzwań. On ciągle ma przekonanie, że może, że jest zawodnikiem młodym, rozwojowym. Ale uważam, że faworytem nie jest.

Widziałem dwie walki Welikowskiego. To jest facet, który ma właściwie wszystko, by z Szymańskim wygrać: będzie większy w ringu, potrafi mocno uderzyć i ma instynkt zabójcy. Ostatnie miesiące w życiu Patryka to jakieś szaleństwo: walka o wszystko z Talarkiem, zakończenie kariery, potem powrót, wygrana i teraz znów skok na głębszą wodę.

Z tym kończeniem kariery to już rano po walce mówił, że jednak się pospieszył. Mamy w polskim boksie zawodników, którzy są ciężko nokautowani, a żaden z nich nie mówi o wieszaniu rękawic na kołku. Tu mamy chłopaka 25-letniego, który sam sobie szuka wyzwań, być może nawet za trudnych, napiera i się upiera. Mówienie o końcu kariery po walce z Talarkiem to jest absurd. Gdybyśmy tam mieli sędziego mniej cierpliwego od Roberta Gortata, to przecież on by to wygrał przed czasem i wszystko by wyglądało inaczej. Patryk ma swoje słabości, ale ma też atuty, fajnie się go ogląda.

A przecież o to powinno chodzić w tej całej zabawie.

Ja naprawdę się wahałem, czy tej gali nie odwołać. Z drugiej strony, jestem trochę jak ojciec, który bierze odpowiedzialność za zawodników. Mam świadomość, że każdy z tych chłopców wydał trochę pieniędzy na przygotowania, wierzy, czeka, chce zarobić na święta. Jest szereg ludzkich aspektów, które trzeba brać pod uwagę, nawet, kiedy ten biznes się nie składa. Ja nie będę czarował, być może przeszacowałem, myślałem, że sposób konstruowania karty na moich galach sam w sobie będzie gwarancją tysiąca, dwóch tysięcy biletów sprzedanych na galę. Wierzyłem, że ludzie chcą emocji, chcą oglądać taki boks. A może jest nas mniej niż ja sądziłem?

Właśnie. My trochę żyjemy w takiej twitterowej bańce, w której wszyscy się interesują podobnymi tematami.

A może jest jeszcze inaczej. Ja jestem dziwnie spokojny o wyniki oglądalności tej gali. Jak ktoś lubi bitki i lubi oglądać boks, to obejrzy galę z Radomia. Ale to nie zawsze przekłada się na sprzedaż.

Jak wyglądają twoje relacje z Andrzejem Wasilewskim?

Zupełnie uczciwie: znamy się długo, kiedyś łączyły nas bardzo koleżeńskie relacje. Ja się przy nim nauczyłem dyplomacji bokserskiej, on prawdopodobnie dzięki mnie złapał trochę takiego show, blichtru, które powinny być przy boksie. Myślę, że dziś, dzięki obecności mojej grupy, inaczej zaczęły wyglądać jego media społecznościowe, czy plakaty, inaczej zaczął sprzedawać swoje imprezy w mediach. Co do naszej filozofii budowania biznesu, to wygląda to inaczej. Andrzej robi biznes podporządkowany pod doprowadzenie zawodnika do szansy mistrzowskiej i do zarobku. Ja bardziej formatuję swoje gale okiem kibica-dziennikarza, który po prostu ma licencję promotora. Ja bardzo często, jako promotor, robię walki, które chcę zobaczyć, jako kibic i dziennikarz. Nie zawsze robię coś po kolei, żeby zawodnika jak najmniejszym nakładem i przy minimalizacji ryzyka doprowadzić do jednej wielkiej wypłaty. Uważam, że możemy się z Andrzejem różnić w wielu aspektach, akceptuję jego krytykę, dopóki jest konstruktywna, a nie chamska i personalnie złośliwa. Ale Andrzej chyba niepotrzebnie ze dwa razy dotknął mojego życia prywatnego. Nie ma co ukrywać, znaliśmy się dobrze, znały się nasze żony, bywaliśmy u siebie na imieninach, urodzinach, spędzaliśmy razem Sylwestra. Nie z punktu widzenia rywalizacji promotorów, tylko po ludzku, uważam, że jak się dwóch facetów zna, to są pewne zasady nietykalności życia prywatnego. Ja jestem gruboskórny, wiele rzeczy jestem w stanie zaakceptować. Naprawdę, on mnie nie dotknie jednym, czy drugim wpisem. Ale może dotknąć moich bliskich. Ja bym nigdy nie poszedł w tę retorykę, choć czasem jestem mocno zdenerwowany. W tej chwili po prostu przestałem go obserwować.

A myślisz, że w jakiejś perspektywie jest możliwa jakaś wasza współpraca sportowa?

Przede wszystkim jest konflikt telewizyjny. Ani Polsat nie zaakceptuje zawodników boksujących w TVP, ani na odwrót. Ale gdyby Andrzej Wasilewski wrócił do Polsatu, albo grupa Tymex Boxing Promotions, z którą ja współpracuję poszła do TVP, to niewykluczone, że nawet mimo braku relacji osobistych, byłaby szansa składać jakiś biznes.

Właśnie, bo przecież koniec końców to jest biznes.

Dla mnie to nie jest biznes. Gdybym zarobił, to bym ci powiedział…

Dokładasz do interesu?

Radom jest drugą galą, do której dołożę. Ale nie będę się negatywnie nakręcał. Uważam, że jak się do czegoś zabierasz i chcesz realizować kolejne z marzeń, to nie możesz mieć potem pretensji do całego świata, że to nie jest rentowne. To jest kaprys. Każdy z nas je ma.

Jaki masz kaprys promotorski? Co byś naprawdę chciał osiągnąć tym zawodzie?

Chciałbym doprowadzić zawodnika do walki o mistrzostwo świata, ale z realnymi szansami na zdobycie tego pasa. Dwa razy już mieliśmy propozycję od Eddiego Hearna dla Roberta Parzęczewskiego. W obu przypadkach rywalem miał być Callum Smith. W moim przekonaniu Robert, który nie miał kariery amatorskiej, nie jest jeszcze gotowy na takie walki. Ja nie chcę go prowadzić na zasadzie: parter, pierwsze piętro, a potem od razu 11. i dach. Oczywiście, jest ryzyko, że się wcześniej skaleczy, taki to już sport. Na przykład taki Kamil Szeremeta był prowadzony bardzo bezpiecznie. On nie dotknął nawet tego poziomu bardzo dobrego europejskiego, czy dobrego światowego, ale za sprawą bokserskiej dyplomacji Andrzeja Wasilewskiego doszedł do walki z Gołowkinem.

Ile procent szans mu dajesz?

Lubię chłopaka, ale niewiele.

Ale niewiele to jest trzydzieści, czy pięć?

No, niewiele to jest pięć… Może dziesięć. Gołowkin się trochę zestarzał, ale to jest wciąż Gołowkin, który potrafi błyskawicznie skracać ring, ma ciężkie łapy i będzie bardzo trudny dla Szeremety. Wracając do poprzedniego pytania: chciałbym, żeby mój zawodnik pojechał na walkę o mistrzostwo świata i miał realne szanse na zwycięstwo. Ja rozumiem, że dochodzimy do szansy mistrzowskiej, chłopak może zarobić, ustawić się w życiu, przy okazji zarobi też promotor. Ale my cały czas dyskutujemy o walkach, w których Polak nie jest faworytem. Maciek Sulęcki mówił o tym, że da sobie radę i będzie mistrzem, była pompka. Ale ktoś, kto zna styl Andrade wiedział, że Maciek na pewno faworytem nie jest. Tak samo, jak dziś Kamil Szeremeta. Ja bym chciał, żeby polski kibic, widząc polskiego boksera jadącego walczyć o pas, wiedział, że to jest 30-40 procent szans, że jak to będzie jego noc, to zostanie mistrzem. Uważam, że w przypadku Roberta Parzęczewskiego to nie powinien być Callum Smith: za duży, mocno bijący.

A co Robert na to?

Zgodził się z moim zdaniem. On dziś nie jest pazerny, bo nie musi. Boksuje main eventy w Polsce, ma solidną gażę, potrafi dorobić sobie sprzedażowo i marketingowo, bo jest tego bardzo świadomy. Wie, że potrzebuje jeszcze roku-dwóch, żeby przygotować się do dużej walki o dobre pieniądze. Jeśli dziś Eddie Hearn proponuje za walkę z Callumem Smithem najpierw pieniądze dobre, a potem bardzo dobre, to przecież jeśli Robert będzie się konsekwentnie rozwijał, budował swoją markę i przez najbliższe półtora roku się przypadkowo nie skaleczy, to wtedy przecież te pieniądze nie będą mniejsze. A nie wydaje mi się, żeby w ciągu dwóch lat Eddie Hearn miał się zwinąć z rynku.

Ba, nawet mówi się o tym, że platforma DAZN sonduje wejście na polski rynek. Mówi się o roku 2021, co jest o tyle ciekawe, że umowa KnockOut Promotions z TVP także jest ważna do 2021. A może będziemy tu mieli za chwilę Matchroom Poland z Andrzejem Wasilewskim na czele?

Z tego, co się orientuję, to kontrakt Andrzeja Wasilewskiego jest tak skonstruowany, że zostanie przedłużony o 24 miesiące. To nie jest tak, że ktoś promuje twoich zawodników przez dwa lata, a kiedy są już wypromowani na antenie otwartej, oddaje ich do innej telewizji. Projekt DAZN jest bardzo ciekawy. Skoro może działać we Włoszech, to może też u nas, nie mamy przecież gorszych zawodników, ani mniejszej koniunktury na boks niż Włosi. Przecież ich gal często naprawdę nie da się oglądać, ani pod względem poziomu sportowego, ani opakowania. Nowy gracz na rynku zawsze go ożywia, konkurencja jeszcze nikomu źle nie zrobiła. Obecność DAZN w Polsce byłaby szansą na inne budżety telewizyjne, bo tam się pieniądze liczy trochę inaczej.

ROZMAWIALI JAN CIOSEK I KACPER BARTOSIAK

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (6)