Wszołek robi różnicę
Weszło

Wszołek robi różnicę

Mieliśmy taką teorię, że gdyby do naszej ligi trafił gość o CV Pawła Wszołka, ale nie nazywał się Wszołek, tylko na przykład Wszolković, masa kibiców przyjęłaby ten ruch z dwa razy większym entuzjazmem. Regularna gra w Championship, wcześniej niezły moment w Hellasie i zakręt, ale jednak zakręt w Sampdorii, nie w FC Pierdziszewo. Oj, to musiałby być kozak. No, ale że przyszedł Wszołek, którego wszyscy znali, miało się wrażenie, że owszem, będzie fajnie, ale zobaczymy, spokojnie, bez podpałki. Tymczasem Wszołek naprawdę robi różnice i z miejsca staje się kluczowym piłkarzem Legii.

Licząc z Pucharem Polski – sześć meczów za nim, w których zaliczył cztery gole i trzy asysty. To są naprawdę świetne liczby, bo przecież wychodzi na to, że skrzydłowy daje Legii konkret raz na 63 minuty. Pamiętajmy: mówimy wciąż o lidze, gdzie skrzydłowi nie słyną z konkretów, a często ich gra ogranicza się do biegania bez sensu do końcowej linii i wrzutki (drybling, strzały, a kto to widział, komu to potrzebne?), a trenerzy stawiają na nich bo zapewniają „asekurację bocznych obrońców”. Wszołek jest jednak ulepiony z innej gliny, nie ma przypadku w tym, że mimo wszystko długi czas utrzymywał się na zapleczu w Anglii, czyli rozgrywkach lepszych od naszych – lekko licząc – pięć razy.

Patrzymy też w statystyki i widzimy, że Wszołek jest po prostu równy. Ani razu nie zszedł u nas poniżej noty wyjściowej, dwukrotnie dobił do „ósemki.” Sam zapowiadał, że przychodzi do Legii również po to, by walczyć o powrót do reprezentacji i cóż, jest na najlepszej drodze do zwrócenia na siebie uwagi Jerzego Brzęczka. Nie zanosi się przecież na objawienie jednego-dwóch skrzydłowych europejskiej klasy przed Euro 2020 i jak tak dalej pójdzie, będzie trzeba Wszołka sprawdzić.

Stawkę kozaków wybranych z Legii, która znowu dała show i trzeba ją za to docenić, uzupełniają Jędrzejczyk, Niezgoda i Antolić. Słówko o tym ostatnim: Vuković się na niego uparł i powoli wychodzi na jego. Wiadomo, że nigdy nie będzie to piłkarz, którego plakaty będą wisieć na ścianach warszawskich dzieci, natomiast w końcu odnalazł się w szeregach Wojskowych. Jest przydatnym trybem w tej machinie, ogarnia środek pola, przede wszystkim w tyłach, ale i potrafi zaskoczyć z przodu, żeby wspomnieć asysty z Lechem i Wisłą Kraków.

Tego też, wracając do Vukovicia, wymaga się od trenera. By miał swój pomysł, nawet jeśli większość uważa to za idiotyzm. Coś jak Mączyński u Nawałki. Antolić też prochu nie wymyśli, ale po prostu stał się bardzo użyteczny i za to trzeba postawić plusa.

A dalej: po dwóch przedstawicieli w jedenastce kozaków mają z kolei zespoły Arki i Piasta. Cóż, trzeba rezerwować miejsca w tym zestawieniu dla drużyn, które mierzą się z Wisłą Kraków, bo trudno powiedzieć, kto miałby z tą Wisłą przegrywać. Natomiast Nalepa i Steinbors to akurat ci piłkarze, którzy dają radę bez względu na rywala – gdyby Arka miała takich gości więcej, nie patrzyłaby z lękiem na tabelę.

74634644_564982307591560_9060893299493044224_n

No i teraz druga historia, a więc zespół badziewiaków. Zdecydowanym liderem wśród nominacji jest Jan Sobociński, którego Ekstraklasa przerasta tak, że powoli jesteśmy wręcz zszokowani. W pierwszej lidze kozak, tutaj kompletny kasztan, a przecież wciąż nie mówimy o Himalajach futbolu, raczej o kopcu kreta. Tym razem Janek pokazał się z błyskotliwym samobójem, kiedy elegancko, na wślizgu, wjechał niczym rasowy snajper i zaskoczył Malarza. Ktoś może powiedzieć, na przykład komentatorzy z C+, że miał trudną sytuację i to nie jego wina, ale dajcie spokój. Jeśli ekstraklasowy obrońca nie potrafi w takiej sytuacji zachować się inaczej, to naprawdę nie ma co go usprawiedliwiać. To nie są SKS-y w szkole dla mniej uzdolnionej młodzieży, tylko granie za spore pieniądze.

Z żalem w gronie dziadów witamy tym razem Furmana, który wziął udział w imprezie masowej pod tytułem Wisła Płock – Cracovia i jeszcze potrafił zaniżyć żenujący poziom tego widowiska, kiedy zazwyczaj szedł w odwrotną stronę. Do tego widzimy między innymi Bidę, autora wartościowej zmiany (wejście w 51. minucie, zejście jeszcze przed wszystkimi z czerwoną kartką) oraz Djuranovicia. Piłkarz Korony jest bardzo pewny siebie, o czym świadczy wzięcie na siebie rzutu wolnego z 18 metra w końcówce meczu z Lechem, natomiast ta pewność kompletnie rozjechała się z umiejętnościami. Czarnogórzec trafił w któreś krzesełko za bramką Van Der Harta, wcześniej zdążył zmarnować jedną przyzwoitą okazję i widać, że z futbolem to on poza spodenkami, getrami i korkami niewiele ma wspólnego.

No, ale Korona bardzo lubi ściągać akurat takich piłkarzy. Być może to jakiś fetysz.

77060129_427646104594464_3548898985257205760_n

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (20)