Sztuka odcinania głowy, czyli o stresie w piłce
Weszło Extra

Sztuka odcinania głowy, czyli o stresie w piłce

Pampersy Wołąkiewicza, katatonia Mowlika, tchórzostwo Tomaszewskiego, wycieczki do toalety Piekutowskiego, bury Lenczyka, papugi Fabiańskiego, pozytywne myślenie Komorowskiego, gadulstwo Babiarza, przełamanie negatywnych myśli Rzeźniczaka, adrenalina receptą dla Plizgi, złamany palec Bąka, pewność siebie Kosowskiego, zadyszka Petraska. Stres w piłce ma wiele oblicz. Kiedy występuje i jak radzą sobie z nim piłkarze? Odpowiadają sami zainteresowani.

Zapraszamy na obszerny przegląd tego zjawiska w polskim futbolu.

*** 

Montreal. Polska podejmuje w meczu towarzyskim Ekwador. Trochę powiewa, świeci jesienne słońce, idealna pogoda do gry w piłkę. Nikt nie będzie się zabijał. Zwykła próba sił i przegląd kadr. Piłkarze wybiegają na rozgrzewkę. Między nimi nieśpiesznym krokiem przemieszcza się Franciszek Smuda. W pewnym momencie selekcjoner skupia wzrok na Hubercie Wołąkiewiczu, który już od kilku godzin wie, że zadebiutuje w biało-czerwonym trykocie. Smuda podchodzi, zaczepia go i rzuca w swoim stylu: 

– Masz pampersy?  

– Nie, a po co by mi były?  

– Bo będziesz dzisiaj grał i nie chcę, żebyś się zesrał w gacie! 

Wołąkiewicz nie zachwycił, ale nie dlatego, że był zestresowany. Zwyczajnie jego umiejętności nie wystarczały na regularniejsze występy w kadrze. Skończyło się remisem 2:2. 

*** 

W tym samym kanadyjskim mieście, ponad trzy dekady wcześniej, w podobnej sytuacji znalazł się pewien polski bramkarz, którego postać po latach obrosła legendą. Bohater z Wembley 73’, którego wydarzenia z każdym kolejnym rokiem stają się coraz bardziej mityczne i przejaskrawione. Z każdą kolejną opowieścią broni on coraz więcej strzałów Anglików, a polska defensywa z tego starcia staje się coraz dramatyczniejsza i bohaterska, ale niezależnie od drobnych konfabulacji, nie można odebrać mu, że miewał mecze, w czasie których był genialny. Całe Mistrzostwa Świata z 1974 roku należały do niego – Jana Tomaszewskiego.  

clarke-tomaszewski

A mimo to Andrzej Szarmach nazwał go tchórzem, który pękał, gdy dochodziło do najważniejszych meczów. Nie wytrzymywał ciśnienia.  

Zdania popularnego ,,Diabła’’ bronią fakty, a szczególnie tajemnicze wydarzenia z finału Igrzysk Olimpijskich z 1976 roku, w którym Polska podejmowała NRD. Mecz odbywał się na dziwnych warunkach. Zaczął się dwie godziny później, lał deszcz, Jerzy Gorgoń sfingował kontuzję po rozgrzewce, a faworyzowani biało-czerwoni wyglądali, jakby nagle stracili pięćdziesiąt procent swojego potencjału.  

Tomaszewski bardzo się stresował i po kilkunastu minutach gry krzyknął w stronę ławki rezerwowych, że chce opuścić boisko. Że już nie ma ochoty dłużej tego ciągnąć, bo nie czuje się zbyt pewnie. Kazimierz Górski początkowo nawet tego nie zauważył. Sam targany był negatywnymi emocjami, bo czuł, że jeśli przegra finał, to sam będzie musiał zrezygnować z prowadzenia ukochanej kadry. Oprzytomniła go dopiero reakcja ławki. Ktoś przekazał mu gesty słynnego bramkarza. Górski przeklął i dokonał zmiany. Nigdy później o tym nie wspominał. Stres to stres. Można z nim przegrać. Skończyło się 1:3 dla NRD. 

*** 

Lata osiemdziesiąte. Finał Pucharu Polski. Legia – Lech. Klimat budowany przez wiele tygodni. Im bliżej dnia meczu, tym większy stres po obu stronach. Nadchodzi przeddzień finału. Do Piotra Mowlika dochodzi informacja, która odbiera mu mowę. Musi usiąść. Umarł jego szwagier. Miał trochę ponad trzydzieści lat. Młody chłop. Wicemistrz olimpijski z Montrealu jest załamany. W jednej chwili przed oczami miga mu całe jego życie. Nagle rozumie, że śmierć nie wybiera. Nie ma żadnej selekcji. Może przyjść po każdego, w każdej chwili. Po niego również. To siła wyższa. Nie ma nią mocnych.  

Rozegranie meczu wydaje mu się nagle niemożliwe. Czuje olbrzymią niemoc. Narastającą bezradność. Katatonię. Osłabienie możliwości ruchowych. Nie jest gotowy. Po kilku godzinach wie, że nie będzie w stanie grać. Dzwoni do trenera Łazarka, żeby go o tym poinformować. W słuchawce słyszy bezradne: 

 – Piotruś, ja wszystko rozumiem, ale kogo ja mam za ciebie wystawić?  

Mowlik kiwa głową. Trener ma rację. Na ławce siedzi junior, którego nazwiska nawet nie kojarzy. Za ważny mecz. Zagra, ale na boisku będzie tylko ciałem. Nie będzie w nim nawet grama motywacji. Apatia. Skończyło się porażką 0:5. 

Cztery lata wcześniej też był w Montrealu. To on wszedł za Tomaszewskiego, kiedy ten poprosił o zmianę.  

*** 

Wołąkiewicz, Tomaszewski, Mowlik. Trzy postacie. Historie każdego z nich łączą dwie rzeczy – metropolia w prowincji Quebec i różne odmiany stresu meczowego. I nie, wcale nie chodzi o to, że Montreal wytwarza magiczną aurę, która krępuje piłkarzy. Po prostu tak bywa. Zbieg okoliczności. Ale za to presja jest nieodłącznym elementem życia sportowca. Od zawsze i na zawsze.  

– Stres pozytywny, czyli eustres, przygotowuje ciała i umysły sportowców do sprostania wyzwaniom, jakim jest mecz, konkurs czy każde inne zawody. Wszystkie systemy związane z układem mięśniowym, układem krążeniowo-sercowym, układem oddechowym, układem hormonalnym i centralnym układem nerwowym, żeby wyjść naprzeciw tego typu wymaganiom, wchodzą na wyższy poziom funkcjonowania – wyjaśnia psycholog reprezentacji Polski w piłce nożnej, Damian Salwin. 

To tłumaczenie naukowe. Żeby lepiej zrozumieć prozaiczną stronę tego problemy należy zajrzeć do piłkarskiej szatni.  

– Każdy mecz wiąże się stresem, ale raczej pozytywnym. Presja potrafi dać solidnego kopa, bo czujesz się zmotywowany, żeby wybiec na boisko i pokazać swoje najlepsze umiejętnościNa boisku zapominam o wszystkim. Nie robi na mnie wrażenia tłum na trybunach, atmosfera, klimat, bo liczyłem tylko na siebie i swoje umiejętności. Wiedziałem, że moje występy obserwuje moja żona, moja rodzina i wiele ważnych dla mnie osób, ale nie wiązało się to nigdy z dodatkową presją. Za bardzo byłem zaangażowany w grę. Adrenalina jest bardzo mocnym środkiem motywującym, który potrafi pomóc zapomnieć o każdym stresie – opowiada Dawid Plizga.  

– Ranga spotkania potęgowała natężenie stresu. Zawsze towarzyszyły mi spore emocje przed startem. Wszystko mijało po pierwszym gwizdku. Pierwsze spotkanie w Rosji, debiut w Rosji, debiut w reprezentacji, decydujące mecze w Lidze Europy. Na pewno mecze człowiek szczególnie się koncentrował i napinał. Generalnie stres pojawia się zawsze wtedy, kiedy człowiek nie wie, co go czeka – wtóruje mu Marcin Komorowski.  

MECZ ELIMINACJE DO MISTRZOSTW EUROPY FRANCJA 2016 GRUPA D: POLSKA - GRUZJA 4:0 --- QUALIFICATION FOR UEFA EURO 2016 MATCH GROUP D IN WARSAW: POLAND - GEORGIA 4:0

– Największy stres czułem przed debiutem w Serie A. Trener od początku tygodnia przygotowywał mnie do tego, że wyjdę w pierwszym składzie. Przez ten cały czas byłem strasznie zmotywowany. Chodziłem cały nabuzowany i nakręcony. Niby tylko dziewięćdziesiąt minut, a ja je przeżywałem przez cały czas od poniedziałku do weekendu. Czułem presję i to chyba normalne, bo premierowy występ w lidze włoskiej to nie byle wydarzenie. A do tego jeszcze przeciwko Romie. Silny rywal, historyczny klub, wielki dzień. Wyszedłem na boisko i wszystko minęło. Z reguły tak jest, bo wtedy już głowę człowieka przejmuje adrenalina. Nie ma natłoku myśli sprzed spotkania – dzieli się swoim doświadczeniem Paweł Jaroszyński.  

– Nie potrafiłem nazwać uczucia, które towarzyszyło mi, kiedy pierwszy raz wchodziłem na boisku w 90. minucie. Bardzo się bałem. Byłem nieświadomym niczego żółtodziobem, który nic nie wiedział o tym, co go w ogóle może czekać. Trenerzy wtedy inaczej podchodzili do młodych piłkarzy i ciśnienie było zdecydowanie większe niż teraz. Dużo więcej wymagało się od takiego szczeniaka. Przynajmniej tak było w Górniku. Musiałem sobie wykopać pozycję. Starsi mieli więcej do powiedzenia, więc nawet nie wiem, czy występowało tam takie zjawisko jak stres. Trzeba było być naprawdę twardoskórym. Mnie najbardziej krępowała niewiedza, ale w moim przypadku trwało to tylko dwie minuty, bo zanim zdążyłem się porządnie rozejrzeć, sędzia już gwizdał po raz ostatni – śmieje się z perspektywy czasu Kamil Kosowski. 

Wtedy jeszcze były piłkarz Wisły Kraków nie zdążył się nawet rozejrzeć. Minęło jednak trochę czasu i dostał poważniejszą szansę na pokazanie swoich umiejętności. Jego Górnik Zabrze podejmował Widzew. Wówczas bardzo silny. Główną rolę odgrywał tam Marek Citko. Kosowskiemu na skrzydle przyszło konkurować z Mirosławem Szymkowiakiem.  

– Piłkarska sraczka, ale faktycznie nikt tego nie klasyfikował jako stres. Oswoiłem się po kilku chwilach, zobaczyłem, że da się grać swoje, nie ma się czego bać, a przecież nie grałem przeciw jakimś fajerom, bo naprzeciwko mnie stanęli chociażby Tomek Hajto czy Marek Piotrowicz. Nie przebierali w środkach. Nikt nikogo po główce nie głaskał. Nie miałem czasu, żeby się bać. W każdym kolejnym spotkaniu tylko czekałem, żeby potwierdzić swoje umiejętności – wspomina sam zainteresowany.  

Z tego wszystkiego powstaje obraz pozytywnego, niekrępującego, nieparaliżującego stresu, który stanowi nieodłączony element przygotowania meczowego. To jasna strona tego zjawiska. Opowieść z happy enedem, a przecież przy tym wszystkim piłkarze tak często wspominają, że presja spętała im nogi i nie mogli pokazać pełni swojego potencjału.  

*** 

– Do pewnego momentu wszystko działa dobrze. Natomiast jest granica, kiedy serce mówi, że nie może już szybciej bić, układ oddechowy nie może pobrać więcej tlenu, układ hormonalny nie jest w stanie wytwarzać więcej hormonów stresu, układ termoregulacyjny nie może podwyższyć temperatury i w konsekwencji zawodnik wchodzi w pierwszy stan negatywny – stan gorączki przedstartowej. I tutaj już mamy do czynienia z dystresem – stresem negatywnym. W terminologii piłkarskiej taki zawodnik zaczyna się spalać. W momencie, kiedy sam nie potrafi obniżyć tego pobudzenia, do tego, które jest dla niego optymalne, włącza się tzw. hamowanie ochronne, czyli rodzaj bezpieczników w które wyposażony jest mózg. Wtedy, niestety, poziom pobudzenia nie tyle zmniejsza się, tylko leci na sam dół. I wtedy występuje drugi stan negatywny – apatia przedstartowa. Objawia się to m.in ziewaniem, brakiem motywacji, energii, chęci do działania. Zawodnicy często mi opowiadają, że czują się wtedy jak przekłuty balon – fachowo tłumaczy Salwin.  

Niedawno Tomas Petrasek przyznał się, że nie sprostał stawce swojego debiutu w Ekstraklasie, na który czekał trzy lata gry w Polsce. Przed meczem z Koroną czuł się dobrze, ale kiedy arbiter zagwizdał na początek spotkania, Czech nie mógł odnaleźć wewnętrznego komfortu. Pierwszy sprint. Zadyszka. Dziwne. Coś ewidentnie było nie tak. Sam nie potrafi tego nazwać, ale na pewno nie wiązało się to ze złym przygotowaniem fizycznym do sezonu, bo taką hipotezę najlepiej obaliły kolejne spotkania. 

 

GLIWICE 20.09.2019 MECZ 9. KOLEJKA PKO EKSTRAKLASA SEZON 2019/20 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN GLIWICE: PIAST GLIWICE - RAKOW CZESTOCHOWA TOMAS PETRASEK FOT. MICHAL CHWIEDUK / 400mm.pl

Raków Częstochowa przegrał wtedy 0:1 z beznadziejną Koroną Kielce. Marek Papszun, nie szukający zazwyczaj tanich usprawiedliwień, też po kilku tygodniach przyznawał, że nie mógł rozpoznać swoich zawodników. Coś spętało im nogi.  

– Nie zgadzam się za bagatelizowaniem stresu w piłce. Każdy ma swoje nerwy i ma prawo przeżywać wszystko na swój sposób. Jan Paweł II powiedział kiedyś, że ze wszystkich rzeczy nieważnych futbol jest najważniejszy. Dobrze oddaje to sposób, w jaki postrzega się ten sport. Grałem w meczach, kiedy stres był spory, ale nigdy mnie nie paraliżował. Najwięcej emocji pamiętam, kiedy z Ruchem przypieczętowaliśmy trzecie miejsce w tabeli Ekstraklasy i kiedy zapewniliśmy sobie awans z Zagłębiem Sosnowiec. Przed meczem rzadko widzi się, żeby ktoś nie potrafił poradzić sobie ze stresem. Wszystko objawia się po pierwszym gwizdku. Są tacy, którzy mają problem z motywacją i potem nie potrafią pokazać pełni swoich umiejętności w czasie meczu – potwierdza istnienie podobnych przypadków Bartłomiej Babiarz.  

Często problem z odnalezieniem się w nowej sytuacji mają zawodnicy młodsi i mniej doświadczeni.  

– Po żółtodziobach widać, że za bardzo się wszystkim przejmują i nie potrafią podejść do meczu na większym luzie. Im jesteś starszy, tym więcej rzeczy od ciebie się wymaga, ale też możesz podejść do wszystkiego z większym spokojem, bo to już widziałeś, z tym się już spotkałeś, tego znasz, tu grałeś, tam ktoś coś ci opowiadał i wychodzisz na mecz z czystszą głową. Nie boisz się tego, co znasz – stwierdza Plizga 

Tak samo w przypadku obcokrajowców w zagranicznych szatniach.  

– Wchodząc do szatni Chievo nie znałem ligi, klimatu i języka. Wielu rzeczy nie rozumiałem, musiałem sobie dopowiadać, uczyć się na bieżąco, więc nie było mi łatwo, a stres był znacznie większy. Jeśli możesz z kimś dzielić swoje emocje, wysławiać je, zamieniać w żart, to naturalnie zabijasz wszystkie negatywne pokłady emocjonalne – uważa Jaroszyński, który jadąc na Półwysep Apeniński po włosku potrafił tylko powiedzieć, że u niego jest wszystko w porządku. A często nie było.  

Taki stres bywa nieprzyjemny, ale przemija wraz z czasem i empirycznym poznawaniem nowej rzeczywistości. Gorzej jest, kiedy całą presję generuje albo głowa samego piłkarza, albo jego otoczenie. 

*** 

– Zawodnicy przed meczami często proszą mnie: ,,zrób coś, żeby odcięło mi głowę’’. Ciało w wyniku wieloletnich treningów wie co ma robić, natomiast głowa generuje myśli, emocje, uczucia, które dezorganizują jego pracę. Zwyczajowo w trakcie meczu wszystko wraca do normy, ale dzieje się tak głównie wtedy, kiedy wydarzenia boiskowe są zgodne z oczekiwaniami zawodnika. Kiedy jednak jest inaczej, piłkarz ma swoje problemy, przegrywa, nie radzi sobie, nie może sprostać wymaganiom, to ci sportowcy, posiadający wysoką kontrolę własnych emocji dadzą radę, a ci, którym brak takich zdolności mogą być mniej efektywni na boisku – zwraca uwagę Salwin.  

Jakub Rzeźniczak za legijnych czasów borykał się z problemem nadmiernego myślenia o swoich błędach. Całe spotkanie jego głowę zapełniały myśli o tym, co stanie się, jeśli przytrafi mu się wpadka. Potrafił grać dobrze, pewnie, spokojnie, aż w pewnym momencie coś prawie zawsze szło nie tak. Tak jakby myśli stanowiły zapowiedź najgorszego. 

– Jakbym miał myśleć podczas spotkania, że jak popełnię błąd, to zawali się cały mój świat, to prędzej czy później bym ten błąd po prostu popełnił. Tak to działa. Przede wszystkim zawsze skupiałem się na tym, żeby wyjść, zagrać dobre spotkanie i pokazać się z dobrej strony. Człowiek powinien podczas gry skupiać się na pozytywnych aspektach. Trzeba próbować mieć czystą głowę – uważa Marcin Komorowski, który tym samym przedstawia receptę na wspomniany problem, do której doszedł również jego dwa lata młodszy kolega.  

Bardzo dużo zależy więc od głowy i jej nastawienia. Oczywistym jest, że jeśli piłkarz zacznie myśleć o negatywnych aspektach swojego występu, to siłą rzeczy dużo trudniej będzie mu podjąć ryzyko w sytuacji, kiedy alternatywą będzie bezpieczne zagranie na alibi. 

– Skrzydłowy musi zrozumieć, że jedno, drugie, trzecie, czwarte złe zagranie wcale nie oznacza, że ma rezygnować ze podejmowania ryzyka. A często współcześni piłkarze zasłaniają się stresem. Tym, że denerwują się, że ktoś ich skrytykuje, źle oceni, że nie spełnią oczekiwań innych, a co dopiero swoich własnych – diagnozuje Kosowski.  

MECZ 6. KOLEJKA GRUPA D LIGA MISTRZOW SEZON 2009/10 - CHAMPIONS LEAGUE GAME GROUP D: CHELSEA LONDON - APOEL NIKOZJA 2:2

Futbol nie składa się jednak tylko z realizowania własnych oczekiwań. Na koniec swojego podopiecznego oceniać będzie trener, a on ma swoje wymagania, swoje założenia i swoje reakcje. I do tego, również w kwestii stresu, bardzo dużo od niego zależy.  

Komorowski: – Rola trenera jest najważniejsza. On musi wspierać podczas meczu. W szatni może opieprzyć, może krzyczeć, może krytykować, ale kiedy wychodzi na murawę, to jest to niedopuszczalne i nie prowadzi do niczego dobrego. Mobilizacja zamiast demobilizacji. 

Plizga: – Jeśli trener biega, rzuca się i krzyczy przy linii bocznej, co raz puszczając piękne wiązanki wulgaryzmów w stronę któregoś ze swoich zawodników, to często ten obrażany piłkarz nadaje się do zdjęcia. Autentycznie. Wiele razy widziałem, że ktoś spuszczał uszy po sobie, tracił pewność siebie i do końca meczu wybierał jak najbezpieczniejsze opcje w obawie, że szkoleniowiec będzie z niego niezadowolony. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, kiedy trener podejdzie do swojego podopiecznego przed meczem i podbuduje mu mówiąc, że wystawia go, wierzy w niego i bierze za niego odpowiedzialność, a zarazem wymaga od niego, żeby ten odwdzięczył mu się, wcielając się w najlepszą wersję samego siebie. To może tylko zaowocować. 

Babiarz: – Trener nie powinien nikogo gnoić na boisku. Od tego jest szatnia. Negatywne słowa rzucone z ławki w większości przypadków działają negatywnie. Może czasami, kogoś to zmobilizuje i będzie chciał pokazać trenerowi, że ten się myli, ale jestem przekonany, iż tacy zawodnicy są w mniejszości. 

Jak to działa w praktyce i na przykładach? 

Komorowski: – Współpracowałem z panem Lenczykiem, który wywierał na mnie taką presję, że zamiast skupiać się na grze, skupiałem się na zastanawianiu się, czy gdzieś z boku mnie nie opieprza. Wiele razy zdarzyło mi się spalić przed meczem. W momencie, kiedy dostawałem od niego burę, automatycznie odcinało mi prąd. Czułem się jak przekłuty balonik i nie miałem ochoty na grę w piłkę. Jednak im bardziej się rozwijałem, tym bardziej potrafiłem skupiać się na piłce. 

Pan Lenczyk gnębił piłkarza, a ja uważam, że powinno być zupełnie odwrotnie. Młodego chłopaka należy budować poprzez okazywanie mu wsparcia. On nie może grać na alibi, szukać najprostszych rozwiązań, nie podejmować ryzyka, dlatego że obawia się negatywnych słów ze strony szkoleniowca, jeśli przydarzy mu się błąd. To zabija w nim wszelkie pokłady nieszablonowości i zamyka go w schematach. Nigdy nie rozwinie się nikogo poprzez tłamszenie i sprowadzanie do parteru. 

Orest Lenczyk należy do starej szkoły trenerów. Nie owijał w bawełnę, nie bawił się w konwenanse, wyrażał swoje zdanie, nawet, jeśli sprawiało to ból jego podopiecznym. Najwyraźniej takie podejście nie zawsze przynosiło takie efekty, jak mistrzostwo Polski z 2012 roku ze Śląskiem Wrocław.  

1345501254_lenczyk

Przez lata moda się zmieniła i szkoleniowcy na całym świecie widocznie ciężar swoich szczerych słów przenieśli do szatni. Wystarczy popatrzeć po ekstraklasowych ławkach. Właściwie tylko Michałowi Probierzowi zdarzają się większe wybuchy nerwów, choć i tak w dużo mniejszym stopniu niż w minionych latach, a tacy Aleksandar Vuković czy Radosław Sobolewski sami przyznawali, że rola pierwszego trenera wiąże się z większą powagą przy linii bocznej.  

Bury przeniosły się do szatni. I dobrze.  

Babiarz: – Trener Michniewicz kapitalnie potrafi rozluźnić atmosferę w drużynie. Po pierwsze, widać, że ufa swoim zawodnikom, a po drugie ma dar do opowiadania żartów, anegdot i zabawnych historii. Efekty widać po wynikach jego drużyn. Jest przypadkiem wyróżniającym się, co nie znaczy, że inni też się nie starają. 

Komorowski: – Leo Beenhakker, Maciej Skorża, Stanisław Czerczesow. Każdy z nich wiedział, że nie każdy z ich podopiecznych gra dobrze. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że ktoś może totalnie zawodzić, ale nigdy nikogo nie gnoili podczas meczu, bo doskonale rozumieli, że nie ma to żadnego celu. Po jednym zawodniku to spłynie, ale drugi już się spali i zespół będzie grał w osłabieniu z jednym nieobecnym gościem. 

Ciekawym zauważeniem dzieli się za to Paweł Jaroszyński, który ma pewne porównanie:  

– W Polsce panuje zwyczaj rozluźniania zawodników. Dużo mówi się, że trener powinien przykładać wielką wagę do wprowadzania w szatni luzu. W Serie A i Serie B spotkałem się raczej z odwrotnym zjawiskiem. Szkoleniowcy zajmują się motywowaniem i nakręcaniem swoich piłkarzy, ale też zdarzają się tacy, którzy skupiają się na budowaniu atmosfery w drużynie, braniu na siebie odpowiedzialności za wynik, nie narzucaniu niepotrzebnej presji na podopiecznych – zestawia dwie kultury polski lewy obrońca.  

*** 

Salwin: – Mimo tego, że są piłkarze obdarzeni szybkością, to oni wiedzą, że muszą nad tą szybkością pracować. I tak samo jest w przypadku, jeśli ktoś posiada spore możliwości w zakresie wytrzymałości psychicznej, to i tak musi się w tym elemencie rozwijać. Zdolność do kontrolowania swojego stresu jest zależny od wielu czynników. Poczynając od genotypu otrzymanego od rodziców poprzez środowisko, w którym człowiek się wychowuje, krąg geograficzny w którym żyje, szkołę, ludzi z którymi obcuje, autorytety, które spotyka na swojej drodze. Wszystko to wpływa na sportowca i kształtuje jego świadomość.  

Z moich doświadczeń wynika, że nie ma ludzi całkowicie odpornych psychicznie. Parafrazując słowa śp. Jerzego Kuleja wydaje mi się, że są tylko ludzie źle trafieni.   

*** 

Bardzo ciekawie swój problem ze stresem w szczerej rozmowie z Izą Koprowiak w ,,Przeglądzie Sportowym’’ opisywał Łukasz Fabiański: 

– W przeszłości bywało, że presja mnie paraliżowała, przejmowała władzę nad moim ciałem, umysłem, poszczególnymi zachowaniami. W Arsenalu było widać, że nie do końca potrafię sobie z nią radzić. Czasem popełniałem na boisku błędy, albo w ogóle nie reagowałem, zastygałem. W meczu z FC Porto w Lidze Mistrzów moje zachowania trudno było racjonalnie wytłumaczyć. Najpierw źle, głupio zachowałem się przy pierwszym golu, od tego momentu nie potrafiłem wrócić na właściwe tory. Apogeum stresu było przy drugiej bramce, kiedy złapałem piłkę zagrywaną od mojego obrońcy, po czym nierozsądnie ją odrzuciłem, na dodatek odwracając się plecami. Na chwilę przestałem normalnie myśleć. To był właśnie ten stres, z którym nie umiałem sobie radzić. 

Zdecydowałem się na współpracę z psychologiem. Po prostu zapytał, na czym polega mój problem, co się dzieje w mojej głowie, gdy wychodzę na boisko. Odpowiedziałem, że podczas meczu mam za dużo myśli. Czasami zbyt mocno ekscytowałem się spotkaniami, wychodziłem cały nabuzowany już na rozgrzewkę, w moich ruchach było widać pełną agresję. A gdy podczas meczu coś poszło nie tak, jak chciałem, zaczynał się festiwal myśli. Jakbym z prawej strony głowy miał jedną papugę, z lewej drugą i każda z nich wciąż mi coś powtarzała. To powodowało, że nie umiałem skoncentrować się na tym, co się działo na boisku. Psycholog powiedział mi tylko jedno: musisz te papugi zagłuszyć. 

Lukasz-Fabianski

Powiedział, że kiedy zaczną gadać, nie będę ich słyszał. Miałem mówić do swoich zawodników cokolwiek, ustawiać ich, mobilizować. To była bardzo prosta rada, która niezwykle dużo mi dała. Zacząłem to wdrażać w treningu, podczas meczów. I zaskoczyło. To bardzo ważne, by poznać siebie, dowiedzieć się, co pomaga, co przeszkadza. Sam nie byłem w stanie tego ocenić, potrzebowałem osoby z zewnątrz, która potrafiła to wyłapać, pokazać mi, jak to zmienić. 

*** 

Salwin: – Najtrudniej jest zmienić ustawienia umysłu, kiedy funkcjonują w nim perfekcjonizm, nadmierne oczekiwania i porównywania się z innymi. Kluczem jest znalezienie granicy pomiędzy oczekiwaniami i nadmiernymi oczekiwaniami, między perfekcjonizmem konstruktywnym a perfekcjonizmem destrukcyjnym, między czerpaniem korzyści z doświadczeń innych ludzi, a porównywaniem się z innymi.  Kapitalnego wywiadu udzielił Gianluigi Buffon, który opowiadał jak duży koszt poniósł w pogoni za perfekcją. Mózg ludzki jest trójdzielny. Składa się z mózgu gadziego, mózgu ssaków i mózgu naczelnych. Najbardziej prymitywy mózg gadzi działa instynktownie na zasadzie ,,walcz albo uciekaj’’.    

*** 

Metod na walkę ze stresem jest mnóstwo. Babiarz do ostatniej chwili szuka sobie rozmówców, opowiada anegdoty, dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Kosowski zawsze był pewny siebie i nie robiło mu różnicy to, z jakim rywalem przyjdzie mu grać. Komorowski starał się nie myśleć o zgubnych konsekwencjach swoich ewentualnych błędów. Plizga potrafił się wyłączyć, skupiając się na grze, a Jaroszyński luzu nabierał wraz z zaufaniem od szkoleniowców i pewną pozycją w klubie. 

Ilu zawodników, tyle sposobów. Ale są też takie, które wydają się uniwersalne.   

– Podczas współpracy z psychologiem zawodnicy są uczeni technik, w zależności od sytuacji, podnoszących lub obniżających ich pobudzenie – wizualizacji, relaksacji, medytacji, ćwiczeń oddychania przeponowego, skanowania ciała, czy eye-trackingu. Jeżeli w stresie oddech staje się szybki, nieregularny i przerywany, a zawodnik, uruchomi przeponę, oddech staje się głębszy, regularny i płynny, zmienia się wzorzec oddechowy i ciało daje się umysłowi sygnał, żeby się uspokoił.  Pamiętam mecz półfinału Ligi Mistrzów, w którym grał Cristiano Ronaldo. W pewnym momencie, ktoś zaczął świecić mu laserem po oczach. Widać było po nim, że jest wściekły, zamknął oczy, odizolowując się od dystraktów zewnętrznych i wziął kilka głębszych oddechów. To go uspokoiło. Ciało oddziałujące na umysł jest kluczowe w walce ze stresem – opowiada psycholog kadry Jerzego Brzęczka. 

GUIMARAES 20.11.2018 MECZ 6. KOLEJKA LIGA NARODOW GRUPA A3 SEZON 2018/19: PORTUGALIA - POLSKA 1:1 --- 2018-19 UEFA NATIONS LEAGUE GROUP A3 FOOTBALL MATCH: PORTUGAL - POLAND 1:1 DAMIAN SALWIN FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

*** 

Szatnia Wisły Kraków. Adam Piekutowski coraz zaczepia jakiegoś ze swoich kolegów. Podpuszcza, przoduje w żartach, dowcipkuje, śmieje się, krzyczy, nakręca atmosferę. W pewnym momencie jednak milknie. Właśnie sztab szkoleniowy zaprezentował skład na najbliższy mecz. Bramkarz ma grać w pierwszym składzie. Z jego twarzy znika uśmiech. Zamiast niego pojawia się niepewność. Kiedy trener wychodzi, on udaje się do toalety. Na bardzo długo.  

Schemat powtarza się przy każdej takiej sytuacji.

Koledzy tylko prześcigają się w żartobliwych spekulacjach, czy Piekutowski upodobał sobie koncentrowanie się w takim specyficznym miejscu, jak toaleta, czy po prostu organy wewnętrzne odmawiały mu posłuszeństwa.  

Przynajmniej tak to wszystko zapamiętał Kosowski, który nie zna drugiego takiego przypadku przedmeczowej sraczki, jak sam to wdzięcznie nazywa.  

– Dostałem pierwsze powołanie od trenera Jerzego Engela. Mecz, nie dostałem szansy występu od pierwszej minuty, ale w pewnym momencie dostaliśmy sygnał, żeby w grupie kilku rezerwowych ruszyć na rozgrzewkę. Wszystko przebiegało normalnie, klasyka materiału, aż nagle wpadł na mnie Jacek Bąk i to tak niefortunnie, że złamał kciuka. Przerażenie. Gość był liderem kadry, kapitanem, ważną postacią. Jak na pierwszy raz – najgorszy możliwy start. Wszedłem do szatni i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Olbrzymi wstyd. Nie było mowy o jakiejkolwiek pewności siebie. Bałem się, że Engel kontuzję Bąka potraktuje jako moją winę i nie powoła mnie już do kadry. Byłbym na siebie bardzo zły, jeśli moja przygoda z reprezentacją skończyłaby się w tak głupi sposób. Pierun wie, może dlatego mnie Engel nie wziął na Mundial do Korei i Japonii? Na pewno zdrowiem Jacka stresowałem się bardziej niż własnymi występami  śmieje się były reprezentant Polski. 

*** 

Choć z każdym kolejnym rokiem rozwija się psychologia sportu, a więc piłkarzom łatwiej przeciwdziałać negatywnym skutkom wpływu własnego umysłu na ciało, to obecności stresu w piłce nie da się zmarginalizować i futbol, oprócz kopania, zawsze będzie polegać na próbach zatrzymywania piłkarskiej sraczki. I zawsze też umiejętność panowania nad własną głową będzie oznaczała coś więcej, niż tylko mocne uderzenie czołem w piłkę. 

JAN MAZUREK

Fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (3)