Szansa… Aj Jezus Maria. Opowieść o reprezentacji Andrzeja Strejlaua
Weszło Extra

Szansa… Aj Jezus Maria. Opowieść o reprezentacji Andrzeja Strejlaua

Andrzej Strejlau wsiada do taksówki. Taksówkarz pyta:

– Do której telewizji panie Andrzeju?

– Obojętnie – odpowiada Andrzej Strejlau – wszędzie mnie potrzebują.

Dziś to jeden z najbardziej lubianych ekspertów telewizyjnych, ale był czas, gdy trener Andrzej Strejlau piastował jedno z najbardziej narażonych na krytykę stanowisk w kraju: 

Stanowisko selekcjonera reprezentacji Polski.

Objęte w 1989, tuż po upadku komuny, gdy polska piłka tonęła w alkoholu, korupcji i biedzie. Gdy wciąż żyliśmy echami nie tak dawnej wielkości, gdy wydarzeniem był pierwszy od szesnastu lat brak awansu na mundial, a gdy w istocie remisowaliśmy z Cyprem i Gwatemalą.

Strejlau na stanowisku wytrzymał cztery lata. To za jego czasów Furtok strzelił San Marino bramkę ręką, to za jego czasów Dariusz Szpakowski krzyknął „Aj Jezus Maria!” po okazji Leśniaka z Anglii, to za jego czasów Polska jeździła zarobić 5 tysięcy dolarów w Kairze, to za jego czasów biało-czerwoni nastraszyli byłych mistrzów Europy z Van Bastenem w składzie, to za jego czasów padło podejrzenie sprzedania przez piłkarzy meczu.

Zapraszamy.

***

„Boże, gdyby wyniki zależały tylko od taktyki trenera”.

Andrzej Strejlau

***

GRATULOWAĆ CZY WSPÓŁCZUĆ?

Czerwiec 1989, trudno o moment dla Polski bardziej symboliczny: wybory parlamentarne, wszechobecne plakaty z Garym Cooperem, wreszcie Szczepkowska ogłasza, że nad Wisłą skończył się komunizm.

2704c42f003c9af523c0814bd50d1f2f,780,0,0,0

W całym kraju, w różnych jego sektorach, szaleje wiatr zmian. Nie omija on też piłki nożnej: 10 czerwca zmiana na stanowisku prezesa PZPN, związanego z Milicją Obywatelską Zbigniewa Jabłońskiego zastępuje Jerzy Domański. Przypieczętowany jest też los selekcjonera Wojciecha Łazarka, którego kadencja w latach 86-89 była nieporozumieniem. Łazarek zasłynął:

– Legendarnie opasłym referatem, który przedstawił przed zatrudnieniem na stanowisko pierwszego trenera Polski, w nim motto: „Ryzyko jest obowiązkiem trenera”; Łazarek na ostatniej prostej wygrał reprezentacyjne cugle zamiast Leszka Jezierskiego.

– Pomysłem Łazarka na odnowienie kadry było stawianie tylko na graczy z ligi polskiej, powołania dla nawet takich gwiazd jak Boniek uzależniał od tego, czy będą w stanie zjawiać się na znacznie dłuższych niż dziś zgrupowaniach kadry, w istocie obozach przygotowawczych; Łazarek wycofał się z tego rakiem już po kilku meczach.

– Niewytłumaczalnym dla polskiego środowiska 0:0 z Cyprem; Łazarek w końcówce miał na placu siedmiu nominalnych napastników.

– Szeregiem kontrowersyjnych powołań i szeregiem jeszcze bardziej kontrowersyjnych wyjazdów, z wyjazdami do Gwatemali na czele.

– Przegraniem eliminacji Euro 88, a potem przegraniem eliminacji mundialu 1990 już na ich półmetku.

Krzysztof Mętrak, legendarny felietonista „Piłki Nożnej”, pisze gorzkie pożegnanie Łazarka: Witałem go gromko, a teraz to moje osobiste rozczarowanie. Trudno dialogować z kimś, kto z premedytacją otacza się pochlebczą i interesowną miernotą (jak się zaplątał w to towarzystwo spod ciemnej gwiazdy trener Podedworny trudno doprawdy dociec). Kierownictwo reprezentacji coraz bardziej przypominało „Cudowną melinę” z powieści Kazimierza Orłosia. Arogancja, dowcipasy antyinteligenckie, szukanie ciepłych wyjazdów. Reprezentacja pogrążała się, a Łazarek – za przyzwoleniem centrali – uprawiał swą radosną twórczość kolekcjonerską, szaloną politykę selekcyjną. 

Paweł Zarzeczny atmosferę na kadrze opisywał z kolei tak: Ośrodek w Kamieniu koło Rybnika stoi jak stał. To samo nierówne boisko, które od lat nie widziało chyba walca… Lokatorzy są jednak inni. Obecne pokolenie reprezentantów sprawia wrażenie, jakby sport był karą, a gra w polskiej lidze największym nieszczęściem. Dziwnie sztywni, dziwnie poważni, dziwni. Każdy z osobna – a znam ich od lat – to inny człowiek, rozmowny i uśmiechnięty. W grupie dziwaczeją, gasną w oczach. Żaden z nich nie pretenduje do miana przywódcy, więc wszyscy silą się na neutralność i obojętność. 

Kandydatów na następcę Łazarka jest aż dwunastu, w końcu na placu boju zostaje jednak dwóch: Leszek Jezierski i Andrzej Strejlau. Jezierski przegrywa finalne głosowanie pięć do sześciu. Wściekły Napoleon był pewny, że drugi raz koledzy nie wywiną mu numeru, a jednak znów musiał obejść się smakiem. W ramach protestu rzuca posadę szefa Rady Trenerów, rezygnuje też z uczestnictwa w Komitecie Wykonawczym PZPN.

Tak zwana szeroka opinia publiczna jest jednak bardzo zadowolona. Oni patrząc na Strejlaua nie widzą trenera, który dopiero co firmował rozczarowania w wypchanej kadrowiczami Legii, który w Europie skompromitował warszawski klub notując w dwumeczu 4:10 z Bayernem, a który za granicą pracował tylko w islandzkim Knattspyrnufélagið Fram i w Larisie (z nią, oddajmy, osiągnął ćwierćfinał Pucharu Zdobywców Pucharów) – dla nich to przede wszystkim jeden z najbliższych współpracowników Kazimierza Górskiego, a tym samym idealny symbol na powrót do złotych czasów.

Można założyć, że były latem 1989 mocniejsze kandydatury trenerskie niż Andrzej Strejlau. Ale nikt nie mógł wnieść na to stanowisko takiego potężnego ładunku nadziei.

Wymowne: od wspominania czasów Kazimierza Górskiego wywiad w TVP zaczyna Włodzimierz Szaranowicz.

Strejlau, zapytany o to, czy są jeszcze szanse awansu na mundial, odpowiada właściwą sobie, znaną dziś wszystkim kibicom melodyjną frazą, wszyscy czytamy te wypowiedzi nie swoim, a jego głosem:

– Teoretycznie tak, i praktycznie należy tę szansę wykorzystać. Zespół musi zaprezentować to, co ma najlepszego do pokazania. Chciałbym żeby wreszcie ludzie w nas uwierzyli.

Szaranowicz: Czy polska piłka jest uboga w talenty?

– W zawodników tej klasy co poprzednio, jest uboga. Nie ma tylu zawodników, co wtedy. Natomiast są pewne przesłanki, że ta młodzież rośnie. Ale to jest znowu sprawa perspektywy.

„Piłka Nożna” po wyborze nowego selekcjonera da tytuł: „Gratulować czy współczuć?”. Andrzej Strejlau w momencie nominacji ma 49 lat.

REPREZENTACJA POLSKI PARANO

W 1989 polski futbol kojarzył się głównie z korupcją i alkoholem, ale Andrzej Strejlau nie kojarzył z ani jednym ani drugim.

To podkreślają wszyscy: zarówno ci mu przychylni jak i nieprzychylni, zarówno ci, z których w kadrze rezygnował, jak i ci, którzy czuli się niedocenieni.

Andrzej Strejlau w epoce, w której pili wszyscy, w której nie pić nie wypadało, w której niepicie było podejrzane i przysparzało w środowisku problemów, nie pił.

Andrzej Strejlau w epoce, kiedy nasza liga była do szczętu przeżarta korupcją, gdzie łamała kręgosłupy moralne, a ostateczna tabela była zaledwie wypadkową szczęścia, umiejętności i układów, chciał grać uczciwie.

Jednym z podopiecznych trenera Strejlaua był Maciej Śliwowski, powołany już na pierwsze zgrupowanie jako młody gniewny. Śliwowski wspomina jak ówczesny polski futbol niszczył moralność:

Graliśmy u siebie w Stali Mielec. Remisujemy 0:0 czy 1:1. Wychodzę na pozycję. Nasz najlepszy pomocnik patrzy w moją stronę. Idę na pełnym gazie, zagra mi i wyjdę sam na sam. On się odwraca i wali piłkę w drugą stronę, gdzie jest dwudziestu zawodników. Miałem 18, 19, maksymalnie 20 lat. Wszedłem do szatni, tam sami starzy wyjadacze. Trzepnąłem butami o podłogę. Jeden ze starszych zawodników, chłopisko 190cm, przyszedł i podniósł mnie do góry.

– Pierdolnął cię ktoś kiedyś?
– Nie.
– Jak cię pierdolnę, to zobaczysz. Nie masz prawa się odezwać słowem w takiej sytuacji.

Ja łzy w oczach. Nie wierzyłem, że takie coś się dzieje. Potem jak dostawałem cynk, że coś się będzie działo, symulowałem kontuzję, bo nie chciałem brać udziału w tej szopce. I tak miano do mnie potem pretensje. Czego człowiek nie zrobił, było źle. Nie mogłem tego znieść, wyjazd z Polski za granicę to jasne, większe pieniądze, ale przede wszystkim ucieczka przed tą zgnilizną. Bo to wszystko o czym rozmawiamy, to było wszechobecne. Ci, co grali wtedy w piłkę, znają te historie. W całej Polsce rządziła wszechobecna komuna. Nie znoszę jak w roli autorytetów, pastwiących się nad innymi, często występują osoby, które wtedy też swoje miały za uszami. Ale trener Strejlau był jednym z absolutnie nielicznych, którzy w tym nigdy nie uczestniczyli.

Strejlau nie bał się zabierać głosu w sprawie korupcji. Te wątki pojawiały się już w pierwszym jego wywiadzie dla „Piłki Nożnej” po nominacji selekcjonerskiej.

– Inni mieli nie gorsze doświadczenia, plany, możliwości. Wybór nie był jednomyślny, przecież położono na szali wszystkie moje wady, a mam ich sporo. Jeśli zalet było więcej – cieszę się. Sprawiło mi szczególną satysfakcję podkreślenie, że postawienie na mnie to zarazem opowiedzenie się za pewną postawą etyczną, którą prezentowałem i prezentuję. To mi na ogół nie przysparzało sojuszników w części środowiska piłkarskiego. Jeszcze teraz boczą się na mnie trenerzy, gdy mówię głośno o kupowaniu zwycięstw. Na zjeździe zraziłem kilku wpływowych działaczy, mówiąc im wprost, że do stu nie potrafią zliczyć, a wydają milion.

Należy sądzić, że z Andrzeja Strejlaua trochę pokpiwano, ale jednak szanowano jego postawę i postać. Był lubiany przez wielu piłkarzy – może nie jako wielki motywator, ale za to zaawansowany analityk w czasach, gdy ta część futbolu była jeszcze lekceważona. Wojciech Kowalczyk w biografii „Kowal. Prawdziwa historia” wspominał, że Strejlau był pierwszym trenerem, u którego rozrysowane były nawet auty. Dariusz Dziekanowski powiedział w latach dziewięćdziesiątych jeszcze inaczej: że Andrzej Strejlau był pierwszym trenerem, któremu nie mógł nic zarzucić.

biali ludzie

Ciekawe, czy dziś taki tytuł na okładce by przeszedł. Źródło: „Piłka Nożna”

Nie udawał naiwniaka, wiedział co się dzieje. W 1986 ówczesnemu prezesowi PZPN Jabłońskiemu powiedział:

– Toleruje pan wokół siebie mafię.

Czasami w Legii był pewien, że piłkarze sprzedawali mu mecze. Raz, jak wspominał w książce „On, Strejlau”, w szatni zapowiedział zawodnikom, że jeśli nie przestaną robić cyrku, zdejmie trzech graczy i nie wpuści nikogo. Przegra mecz, ale oni przegrają więcej, zostaną skompromitowani na zawsze.

W pierwszych dniach pracy wystosował odezwę do wszystkich piłkarzy. Tam, gdzie Nawałka kierował słowa do ligowców w stylu „wszyscy macie szansę”, Strejlau, ze względu na czasy, musiał wyciągać rękę również ku – nie gryźmy się w język – utalentowanych sprzedawczyków.

 – Są wśród was, najlepszych polskich piłkarzy, i tacy, którzy handlowali meczami. Niech się raz jeszcze zastanowią nad tym, co robili. Na razie wszyscy mają u mnie równe szanse.

Strejlau nie pił, śmiano się, że jeden szampan wystarcza mu na kilka kolejnych sylwestrów – w istocie ewentualnie lubi likier. Trudno powiedzieć czy szczególnie oburzał się na to, co działo się pod tym względem w środowisku, szczególnie, że to wykraczało poza środowisko, na pewno nie tylko piłka miała gorzały pod kurek. Ale prowadząc reprezentację Polski chciał swoich kadrowiczów upilnować.

Nie miał na to jednak szans.

Mówimy o czasach, w których Jan Furtok, wówczas gwiazda Bundesligi, otwarcie przyznawał w książce „Jedenastka miliarderów”, że lubi sobie piwkować do kolacji, praktycznie codziennie. Co by się stało, gdyby dziś kadrowicz zamieścił takie słowa w wywiadzie? Koniec kariery. Zsyłka do III ligi.

Wtedy nikogo to nie dziwiło. Wtedy to nikogo nie obeszło.

pol_pl_Jedenastka-miliarderow-5072_1

Janusz Basałaj: O sportowym trybie ówczesnych kadrowiczów krążą anegdoty i legendy. Andrzej pilnował ich, przy windzie siedział, obstawiał korytarz, a oni przez okno i w miasto.

Kowalczyk w „Kowal. Prawdziwa historia”: Piłkarzy nie da się upilnować. Uciekali za Strejlaua, Apostela, Piechniczka, Wójcika, pewnie za Górskiego też. I za następnych selekcjonerów też będą uciekali. Co może zrobić trener? Musiałby siedzieć pod drzwiami, a najlepiej w pokoju zawodnika, żeby ten czasem oknem nie wyszedł. To wszystko mrzonki. Powiedzieć w szatni, że jedno wyjście i wywalenie z kadry? A co zrobić, jak dziesięciu wyjdzie, jak to zawsze bywa? Dziesięciu wyrzucić? A skąd wziąć następnych? Co to ma być, wylęgarnia talentów?

Śliwowski: – Nie chodzi o to, że ciężko było nas upilnować, ale że takie były czasy. Dzisiaj to się zmieniło, świadomość jest inna, nasza kultura tego, co się robi w wolnym czasie też się zmieniła. Kiedyś to było po prostu normalne, że grupa razem wychodzi. Piwo się piło normalnie, na pewno nikt za kołnierz nie wylewał. Na kadrze niejeden piłkarz palił papierosy. Wiadomo, nieoficjalnie, bo oficjalnie nie można było, ale sposoby się znalazły.

Najwymowniej wspomina Roman Kosecki, zapytany o to w wywiadzie Pawła Paczula: – Odpowiem żartem: Zawodnik przygotowuje się do biegu na 100 metrów. Dwa dni do imprezy, pali cygara, pije drinki, inni trenują. Przychodzą działacze:

-Co się dzieje, czemu nie trenujesz?

-Spokojnie, damy radę.

Na drugi dzień to samo. Dzień startu, wszyscy w blokach, pobiegli, on dobiegł ostatni. Pytają go:

-Co się stało?

-Nie wiem…

Nie da się grać jak równy z równym z Anglikami, żyjąc w ten sposób. Jak mieliśmy mecz za siedem dni, to przecież nie ukrywam, że pierwszej nocy się siadło, wyjmowaliśmy łyskacza, napiliśmy się, ale potem była praca i rywalizacja. A po meczu nigdy nie poszedłem spać: kolacja, dyskoteka, bo adrenalina nie pozwoliłaby usnąć. 

O podejściu Strejlaua barwną anegdotę rzucił swego czasu Paweł Zarzeczny (od 4:25):

Strejlau miał swoje nałogi, ale zupełnie inne. Po pierwsze, kawa. Po drugie, papierosy „Płaskie”, które palił jeden za drugim.

4c2e1e5c4530a6b12a7791741686

Po trzecie, po prostu futbol.

Pod każdą postacią.

Z każdej epoki.

Gdy Janusz Atlas pojechał do Grecji zrobić wywiad z trenującym wówczas Larisę szkoleniowcem, zatytułował materiał „NARKOMAN” – podobno dlatego, że Strejlau nie potrafił oderwać się od tematów piłkarskich, co przecież Atlasowi nie było obce. Strejlau traktował je z narkotycznym fanatyzmem.

Wojciech Kowalczyk: – Jedno można stwierdzić – ekstra gość. Ogromna wiedza o piłce, przy dobrej dyscyplinie, jak dzisiaj, na pewno by sobie poradził. Tyle tylko, że zawsze żal nam było tego, który w czasie popołudniowych spacerów szedł koło niego. Jak ktoś lubi historię sportu, to miał czego słuchać. Jednak większość z nas w takich momentach patrzyła w ziemię i marzyła, żeby być już w hotelowym pokoju. A Strejlau mówił:

– W 1938 roku to był Leonidas, który grał boso, który w 63 minucie, który lewą nogą, który z prawego skrzydła, który przewrotką. I tak dalej. W tym tonie. Czasami kończyło się tak, że wracaliśmy do pokoju, a ten, który szedł koło Strejlaua pytał:

– Gdzie do jasnej cholery gra ten cały Leonidas?!

Niemniej ogólnie o ówczesnym selekcjonerze można było mówić w samych superlatywach. Miał gość pojęcie, o co chodzi.

Śliwowski: – Trener Strejlau był bardzo konkretny i charyzmatyczny. Wiedział czego chce. Chwalił, ale również potrafił mocno zrugać. No i nie ukrywajmy, to co napisał w książce to prawda, trener potrafił godzinami opowiadać o różnych boiskowych sytuacjach.

Myślę, że to jest istotny element tego, dlaczego po dziś dzień trener Strejlau cieszy się tak wielką sympatią nawet – a może szczególnie? – wśród młodszych kibiców. Historia historią, ważna, ale jest wiele postaci – Grzegorz Lato? – które były legendami, symbolami złotych czasów polskiej piłki, a dziś estymą się nie cieszą. Jasne, zwyczajnie dobrze się go słucha, wypowiada się więcej niż nienagannie, jest więcej niż charakterystyczny, ale też zawsze widać, że u niego nigdy nie będzie wypalenia futbolem – jest cały czas ta sama pasja, co zawsze.

PRZYJADĘ ZAGRAĆ MECZ ZA DOLARY. DOJAZDY WSZĘDZIE, TANIO

Priorytety dla reprezentacji Andrzeja Strejlaua były dwa: po pierwsze, awanse do wielkich turniejów. Po drugie, zarabianie forsy dla PZPN-u.

Naśmiewano się, że Łazarek jeździ po egzotycznych krajach, ale gdy Strejlau jeździł tak samo, stało się jasne, że po prostu są BARDZO mocne naciski z góry, bo PZPN nie ma ani grosza. Doszło do tego, że powtórzono komiczne kuriozum i znowu pojechano do Gwatemali i to tam padła 900 bramka w historii reprezentacji Polski (autorem Kosecki).

Śliwowski: – Z Gwatemalą pamiętam, że graliśmy na tak spalonej, miękkiej trawie, że noga zapadała się w murawie. Jeździliśmy zarabiać pieniądze dla PZPN. Dzisiaj PZPN ma miliony, wtedy nie miał ani grosza. To nie był trzon kadry, tylko taka reprezentacja B, do której dostawałem powołanie. Jak lecieliśmy do Ameryki Południowej, to z czterema przesiadkami trzydzieści godzin. A potem wyganiali nas prosto z samolotu na boisku, gdzie czekała przykładowo Kolumbia z Valderramą, Higuitą, Rinconem. Nasza piłka po transformacji dostała bardzo mocno. Ogromna bieda w kraju, ogromna bieda w futbolu. Zakłady, które finansowały wcześniej piłkę, przestawały istnieć. Trzeba było szukać sponsorów, a kto miał wtedy pieniądze na to, żeby finansować futbol?

Jan Tomaszewski, który znajdował się w sztabie Andrzeja Strejlaua, tłumaczył w „Piłce Nożnej” wojaże drużyny, usprawiedliwiając związek.

– Nie widzę w tym nic złego, teraz też mówię piłkarzom, że przyjdzie pora na takie mecze. Taką wyprawą komandosów był nasz niedawny występ przeciw Hiszpanii. Graliśmy tam bez prawa rewanżu, co na szczeblu reprezentacji jest sprawą upokarzającą. Ale PZPN potrzebuje pieniędzy i zarobione tam 50 tysięcy dolarów poprawi kondycję finansową związku. Nie moja wina, nie Strejlaua, że Polskę trawi kryzys gospodarczy i na wszystko brakuje pieniędzy.

Bywało doprawdy kuriozalnie. Polska pojechała na przykład na mecz z Egiptem, ale Egipt w ostatniej chwili odwołał granie. Strejlau tłumaczył w „Piłce Nożnej”:

– Za nierozegranie meczu z Egiptem, który znajdował się w kontrakcie, zgłosiliśmy roszczenia. PZPN za niedotrzymanie warunków umowy przez menadżera ma otrzymać pięć tysięcy dolarów. Dobrze, że w ogóle doszło do tej wyprawy, choć rzeczywiście, nie liczą się z nami na świecie. Egipcjanie wręcz wypięli się na nas. Kiedy nie doszło do zaplanowanego meczu, spotkaliśmy się z nimi na treningu. Ćwiczyliśmy na sąsiednich boiskach. Z kierownictwem ustaliłem, że następnego dnia zagramy szkoleniowo: dwa razy po pół godziny. Nazajutrz wybiegamy rozgrzani z hotelu, a nasi rywale schodzą. Nie chcieli grać.

Jaja były pełne. Akurat w Egipcie… rozpętała się burza, padał grad. Selekcjonerowi przydarzyły się też wypowiedzi, po których dziś nie miałby życia:

– Przebywaliśmy w atrakcyjnych turystycznie rejonach. Była wycieczka do piramid i możliwość skorzystania z jazdy na wielbłądzie. To na własny koszt.

Screen Shot 11-08-19 at 03.30 PM

Prasa śmiała się z reprezentacji – nie dość, że stanowi ona cyrk obwoźny do wynajęcia, to i tak już nikt jej nie chce u siebie gościć, nawet drużyny trzeciego szeregu. Rezygnacja Egipcjan była traktowana jako sytuacja śmieszno-straszna.

Oddajmy, że bywały ciekawe wyjazdy – mecze z Brazylią, Argentyną, Maciej Śliwowski wspomina też, że mecz z Iranem przy stu tysiącach widzów w Teheranie był wydarzeniem o szczególnej atmosferze. Ale generalnie takie wyprawy w bardzo niewielkim stopniu – jeśli jakimkolwiek – pomagały cokolwiek budować. Często jeździł na nie eksperymentalny skład, piłkarze wspominali skrajne warunki, od horrendalnych wysokości w Ameryce Południowej, gdzie zatykało, po straszliwe upały Azji.

W 1990 zagraliśmy tylko dwa mecze u siebie na szesnaście rozegranych.

W przededniu startu eliminacji Euro 92 graliśmy z Kuwejtem, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, Kostaryką, Kolumbią i USA.

Czy to pomagało Strejlauowi w przygotowaniach, czy raczej było kolejną przeszkodą do przeskoczenia?

Nigdy nie graliśmy też tak wielu meczów w Polsce w małych miejscowościach. Jasne, że jeśli na mecz o punkty Polska – Turcja w Warszawie przyszło trzy tysiące widzów, to było bardzo źle i szukało się odmiany. Ruszono więc w teren, gdzie faktycznie podejmowano reprezentację Polski z honorami, choć dziś, biorąć pod uwagę kondycję finansową związku, kto wie, czy za wyborem lokalizacji czasem nie stało coś więcej. Kadra zagrała nawet w Brzeszczach, na stadionie, który gościł maksymalnie okręgówkę. Aż dwa mecze w Radomiu, jeden w Jastrzębiu Zdroju, jeden w Iławie.

Iława jest dobrym przykładem, pokazującym jakie to było święto dla miejscowości. W dniu meczu zwolniono uczniów ze szkoły, zamykano też wcześniej zakłady pracy. Dyrektor więzienia wypuścił na przepustki meczowe najlepiej sprawujących się więźniów, zastrzegając w prasie, że są to osoby, które na pewno nie będą niebezpieczne. Stadion specjalnie przebudowano na tę okazję: rozbudowa trybun, słupy malowane jeszcze kilka godzin przed spotkaniem, ławki rezerwowe z prawdziwego zdarzenia. Oprawa meczu: tańczący flamenco damski zespół, orkiestra strażacka, a wokół ludzie dosłownie siedzących na drzewach, by obejrzeć mecz.

A wszystko na sparingowe Polska – Łotwa, nudne 1:0 z golem Grzegorza Mielcarskiego.

Teorie spiskowe możliwe, ale też nie ma co iść w nie za bardzo: przynajmniej tu doceniano kadrę.

polska-lotwa-25-rocznica-ilawa-1-429622. zdjecie z archiwum jezioraka

Z archiwum Jezioraka Iława

Oczywiście skoro reprezentacja Polski musiała jeździć po świecie za pieniędzmi, a bez cienia żenady uderzało się w retorykę „NIE ZAGRALIŚMY Z EGIPTEM, ALE PZPN DOSTANIE ZA TO PIĘĆ TYSIĘCY DOLARÓW”, to jasne, że Polacy mieli często fatalne warunki zgrupowań. Baza była w naszym kraju jaka była, do treningów na bylejakich nawierzchniach się przyzwyczajono, ale podrzędne hotele, mierne wyżywienie i słabej jakości sprzęt wystawiały kadrowiczów na próbę. Graliśmy w koszulkach Admirala, na które otwarcie narzekali reprezentanci, a którymi jeszcze nie wolno się było wymieniać pod groźbą awantury. Były też sytuacje, gdy zawodnicy na kadrze dostawali buty, a po zgrupowaniu musieli je oddać – czy ktoś inny w nich potem grał czy o co tutaj chodzi? Pewnie się nie dowiemy.

Jakby tego było mało, sól w rany wcierała młodzież, czyli reprezentacja olimpijska Janusza Wójcika, późniejsi medaliści IO w Barcelonie. Wójcik, doskonały organizator, miał za sobą Fundację Olimpijską i szereg prywatnych sponsorów. Podczas gdy na młodzież czekały najlepsze hotele, starzy zakwaterowani w hotelu Flamingo w Solnie zastali rozbabrane, nieposprzątane pokoje.

Kadra A patrzyła na dzieciaki z zazdrością, bo te miały po prostu nieporównywalnie lepsze warunki.

Śliwowski: – Janusz współpracował z Bolem Krzyżostaniakiem, pomagał mu Andrzej Grajewski, byli inni sponsorzy. Pierwsza reprezentacja natomiast odczuwała wszystkie kwestie trudnej transformacji. U nich profesjonalizm, my jak dzieci we mgle.

Basałaj: – W Rumunii reprezentacja olimpijska i narodowa Strejlaua mieszkały w jednym hotelu. Z tym, że Wójcik miał swojego kucharza i swoje menu, a pierwsza jadła to, co zaserwowani Rumuni. Nie muszę mówić jak to wyglądało, tylko ci pierwsi jedli godnie. Pierwsza kadra wyglądała przy nich jak ubodzy krewni. Ci starsi patrzyli z zazdrością.

Z jednej strony sukcesy młodych to powinna być dla Strejlaua wymarzona sytuacja: szerokie zaplecze, już przed medalem Strejlau dał zadebiutować szeregowi zawodników, z Brzęczkiem, Kowalczykiem, Świerczewskim i Adamczukiem na czele. Idealnie, jest skąd czerpać. A z drugiej, przez taką sytuację atmosfera gęstniała, a między drużynami nie było współpracy, tylko rywalizacja.

Wójcik zresztą nie przebierał w środkach. Po medalu chciał dokonać zamachu stanu. Fragment książki „Jego Biało-Czerwoni”:

„Myślałem o reprezentacji jeszcze w 1990 roku, kiedy razem z Andrzejem Strejlauem, ówczesnym selekcjonerem, jechałem na obserwację mistrzostw świata we Włoszech (na Sardynii grała akurat grupa z Anglią i Irlandią, a więc z drużynami, które wylosowaliśmy w eliminacjach do kolejnych mistrzostw Europy w Szwecji w 1992). Już wówczas zaproponowałem mu, żebyśmy razem pracowali nad kadrą: on mógłby być dyrektorem menedżerem, ja bezpośrednim trenerem. Mówiłem, że moglibyśmy razem pociągnąć reprezentację, a także przy wykorzystaniu jego doświadczenia i moich pomysłów, kadrę olimpijską. Razem układalibyśmy taktykę, ja byłbym odpowiedzialny za prowadzenie treningów. Skład ustalalibyśmy wspólnie, tak samo byłoby w sprawach selekcji, choć decydujący głos należałby do mnie. Niestety, nie podjął tego tematu. Powróciłem do tej sprawy po olimpiadzie, ale i wówczas nie doczekałem się żadnej odpowiedzi”.

A przecież za kadencji Strejlaua była jeszcze afera z odebraniem mistrzostwa Legii, po czym choćby Kowal zrezygnował z kadry. A przecież jeszcze – jak to w drużynie – nie wszyscy się trawili, choćby Furtok nie  cierpiał się z Dziekanem.

A przecież przed kluczowym meczem z Anglią w 1993 kadra musiała naprędce pożyczać stroje od HSV, w nocy trwało naszywanie orzełków, jeszcze w czwartek przed meczem piłkarze podnosili bunt ze względu na skandaliczne ich zdaniem warunki zgrupowania.

Basałaj: – Andrzej był logicznym kontynuatorem po Górskim, po Gmochu – mówi się, że dostał tę kadrę wręcz za późno. Miał mnóstwo obiektywnych przeszkód. Ani go nie rozgrzeszam, ani go nie ganię, ale zmierzył się z bardzo trudnym zadaniem. Przejął reprezentację na zakręcie ustrojowym, gospodarczym, cywilizacyjnym. Na wiele rzeczy Polski nie było stać, w tym na nowoczesny sport. Zawodnicy grający w klubach zagranicznych, przyzwyczajeni do innych standardów, innego świata, przyjeżdżali i spotykali się z szokiem. Począwszy od warunków zgrupowania, przez stroje, po taki ogólny klimat. Pamiętam jak z wypiekami na twarzy informowano, że specjalna awionetka przywiozła Krzysztofa Warzychę. Jak pomyślę, że Adam Nawałka leciał z Wrocławia do Katowic na mecz towarzyski… Kadra do Ołumuńca na mecz z Czechosłowacją jechała rozklekotanym autokarem. Świat się zmieniał, a pewne rzeczy w związku trwały na niewzruszonych pozycjach. Tutaj nie nadążaliśmy. Były pierwsze próby zarobienia na sprzedaży praw telewizyjnych, ale to było w powijakach, nie było jeszcze nawet agencji UFA. Wszystko troszkę po partyzancku. Nie mam wprost pretensji do ludzi, którzy tam pracowali, nie potrafili się przestawić, inaczej tym zarządzać, ale reprezentacja to nie tak, że skrzykniemy ludzi, rzucimy im piłkę i koniec. Trzeba stworzyć im warunki do pracy. To była ciekawa drużyna pełna zawodników, którzy spokojnie radzili sobie w dobrych zachodnich klubach – może nie tak mocnych jak dzisiaj Bayern czy Napoli, ale poważnych. Może przy innej organizacji, profesjonalnym podejściu ze strony związku, wyglądałoby to inaczej.

Po latach, w książce „On, Strejlau”, taki dialog:

Chromik: – Czego żałujesz po kadencji selekcjonera?

Strejlau: – Tego, że w tamtym czasie nie mogłem mieć takich warunków, jak trenerzy narodowi za prezesur Laty i Bońka.

GRAMY! PO PIERWSZE, NADZIEJA

Jakże ironiczne i zabawne: pierwszy mecz Strejlaua, pierwszy mecz po upadku komunizmu, Polska gra w ZSRR na lubińskim stadionie imienia 40-lecia Powrotu Ziem Zachodnich i Północnych do Macierzy.

Z meczu nie ma co wyciągać wielkich wniosków, szczególnie, że Sowieci przyjechali w rezerwowym składzie, my też gramy głównie krajowym składem.

debiut

Ważniejszy jest drugi mecz, a w nim prawdziwy powiew świeżości i pewne 3:0 z Grecją w Warszawie. Trzy bramki w pierwszej połowie, mecz – wreszcie – lekki, łatwy i przyjemny, również dla oka. Potem Polska pojechała do Hiszpanii, gdzie przegrała, ale zagrała ambitnie. Nastrój jest zupełnie inny niż jeszcze pół roku temu: są symptomy wyraźnej poprawy. Tomaszewski po porażce z La Roją uderza w mocne tony: – Naszym marzeniem jest, by drużyna zaczęła prezentować wreszcie własny styl, tak jak było za czasów Kazimierza Górskiego. Wtedy rywale bali się nas, a nie odwrotnie.

Polska miała wówczas swój styl, dobrze wam znany. Po 0:3 na Wembley w ostatnim meczu Łazarka wymowna była recenzja Stefana Szczepłka, wówczas piszącego dla „Piłki Nożnej”. Piłka jest okrągła, a bramki są dwie, za to cudów nie ma. Polska szkoła gry, o ile w ogóle istnieje, jest wyjątkowo prosta i przejrzysta. Zgromadź największą liczbę zawodników na swojej połowie, zabezpieczaj, czekaj na przechwyt, jak przechwycisz, kopnij daleko do przodu do szybkich piłkarzy. I to tyle.

W Polsce wszyscy jeszcze wtedy mieli w pamięci wielkość biało-czerwonych, w tym wielkość opartą na pięknej, ofensywnej, inteligentnej grze. My, młodsze pokolenia, jesteśmy wychowani w tym, by za wiele nie oczekiwać, a mecze, w których murujemy i gramy z kontry, traktujemy jako szaroburą rutynę. Dla tamtych pokoleń zjazd z narzucania swojej filozofii możnym piłkarskiego świata, do podwójnej gardy i takiej toporności, był nokautującym sierpowym, który sprawił, że wielu kibiców od zespołu się odwróciło.

A jednak w pierwszym meczu Strejlaua o punkty stał się cud. No, może nie cud jako taki, ale – pozwólcie powiedzieć – cud na miarę naszych możliwości. Otóż oto Polska znowu grała w piłkę i to z mocnym rywalem o punkty, grała z fantazją, z polotem, grała tak, że rywal nie miał nic do powiedzenia. Anglicy nie stworzyli praktycznie żadnych okazji. My multum, z najlepszą Dziekanowskiego w pierwszej połowie. Problem był tylko jeden:

Nic nie strzeliliśmy.

Jak zwykle słodkogorzko.

Screen Shot 11-11-19 at 12.00 PM 001

Jerzy Lechowski pisał, że mecz uratował Anglikom Shilton, że Tarasiewicz przerósł Robsona, że Kaczmarek popełnił pół błędu i ta drużyna ma za sobą pół wielkiego meczu, a cały wielki dopiero przed sobą.

Zarzeczny: – Mam wrażenie, jakbyśmy przełamali pewne obawy przed klasą przeciwnika, przełamali zachowawcze nastawienie, przyczajenie, grę bez ryzyka. Nie czekaliśmy co zrobi rywal. To my dominowaliśmy, nie Anglia. Widzę wielką różnicę pod wieloma względami.

Wydaje się, że coś się zmienia, może nawet w wielkim stylu. Strejlau nadąża za nierealnymi oczekiwaniami, według których ma przywrócić blask lat Górskiego.

Ale dwa tygodnie odbył się być może najbardziej haniebny mecz w historii reprezentacji Polski. Być może, bo prawdy nie dowiemy się nigdy, ale z niejednego źródła słychać, że coś z tym meczem mogło być nie tak. Sam Strejlau lata później:

– Nigdy nie dowiem się jak było naprawdę, ale zostałem ostrzeżony, że Szwedzi rezerwują bankiet grubo przed meczem. Kurier z Sztokholmu, rugbista o polskich korzeniach, miał wszystko załatwić, dotarło to też do PZPN i na obiad do restauracji wpadli Jerzy Domański z Górskim. Dali reprezentantom do zrozumienia, że jest domniemanie winy. Pewności jednak nie ma.

Nie wiadomo jak było, ale nie ulega wątpliwościom, że jeśli w ogóle mogą padać takie podejrzeniwa wobec meczu reprezentacji Polski, to widać o jakim bagnie mówimy – zarówno w kontekście tego meczu jak i całej atmosfery w polskiej piłce.

Kończymy rok 1989 i eliminacje meczem z Albanią, który okazuje się wymęczonym wyjazdowym 2:1. „Piłka Nożna” zapyta o opinię szkockiego arbitra Smitha: – Bardzo złe spotkanie. Wyjątkowo złe. To był mecz bez stawki, wielkich rzeczy się nie spodziewałem, ale tyle błędów i przypadkowych zagrań w spotkaniach międzynarodowych widuje się rzadko. Wyratował was Tarasiewicz, to wyjątkowo dobry piłkarz. O pozostałych lepiej nie mówić.

Wszyscy zadają sobie pytanie: jaka jest prawda o reprezentacji Strejlaua? Czy jej prawdziwa twarz to pierwsza połowa z Anglią lub Grecją, czy mierność z Albanią i śmierdzący mecz ze Szwecją?

W corocznym rankingu zawodników „Piłka Nożna” zaledwie trzem graczom daje klasę reprezentacyjną: Tarasiewiczowi, Wdowczykowi, Dziekanowskiemu. Na międzynarodową nie zasłużył ich zdaniem nikt.

GRAMY! PO DRUGIE, PÓŁ GODZINY NA EURO

Zasadniczy problem z eliminacjami Euro 1992 polega na tym, że awans do nich mogło wywalczyć zaledwie siedem drużyn.

Gdy kulka z nazwiskiem „POLAND” czekała na przydział, mogliśmy trafić do grupy z Rumunią i Szkocją, względnie z Czechosłowacją i Hiszpanią. Los był jednak złośliwy:

Znowu Anglia, znowu po staremu. Do zestawu Irlandia i na dokładkę Turcja, zespół nisko rozstawiony, ale przecież też futbol, który podnosił głowę, pieniędzy miał znacznie więcej od nas, czego dowodem transfery zawodników kadry do Turcji, z gwiazdą Koseckim na czele.

O przygotowaniach do eliminacji trudno mówić – Strejlau jedzie tam, gdzie go poślą. W 1990 rozegra tyle samo meczów w Teheranie co w Polsce. Jest, jak zwykle, w kratkę: to 0:0 z Francją, to 1:1 ze Szkocją w Glasgow, to remis z Belgami u nich i piękna bramka Jacka Ziobera.

Ale trudno liczyć, by takie przygotowania wystarczyły na czwartą drużynę świata, którą w międzyczasie stali się Anglicy. Dostajemy bezdyskusyjne 0:2 na Wembley, nie pomógł w tym meczu Wandzik. Nie przegraliśmy jednak przez niego. Anglia była lepsza, zasłużenie zdobyła pełną pulę punktów.

Po meczu przychodzi refleksja: z czym do ludzi? Może zespół zrobił postęp w stosunku do tego, co grał za Łazarka, ale na Euro awansuje z naszej grupy jeden zespół, baraży brak. Ktoś wyobraża sobie mistrzostwa Europy bez czwartego zespołu świata?

Wyobrażali to sobie Irlandczycy, którzy w pewnym momencie wywalczyli pole position. Dwa remisy z Anglią, znacznie wyższe zwycięstwa z Turkami – była przed nimi realna szansa. Bandę mieli wyjątkową, zespół z Tonym Cascarino, Johnem Aldridgem, Patem Bonnerem, Davidem O’Learym, Dennisem Irwinem.

Irlandczycy nie kryli się z lekceważeniem wobec nas. Irlandzki realizator nawet pomylił nazwiska i wpisał za trenera członka sztabu zamiast Strejlaua. Wykonanie Mazurka Dąbrowskiego było żenujące, przebite tylko przez „popis” Edyty Górniak.

Screen Shot 11-11-19 at 12.39 PM

A jednak Wandzik, który ma opinię bramkarza, który zawalał ważne mecze, tym razem sam zrobił nam remis. Pewnie nie był to występ godny księcia Paryża Andrzeja Woźniaka, ale z drugiej strony: Wandzik był  tym meczu bezbłędny. Rywale mniej znani, ale też bardzo mocni, też nasz golkiper wszystkich zatrzymał. To był zapewne jego najlepszy mecz w kadrze.

Ale Wandzik to jednak tylko Wandzik, nie wybroni nam wszystkiego, a sama gra była słaba. W następnym meczu zebraliśmy 1:5 od Francji w poznańskim sparingu, Krzysztof Mętrak napisał: „Ci, co są słabi, nie przekonani do siebie, gdy tylko coś zawiedzie, tracą rezon. Drużyna przypomina stado cielaków, nie wiedzące o co chodzi. Finałem musi być widowiskowa rzeź”.

Kadra Strejlaua jak zwykle pokazała, że jej meczami nie rządzi jakakolwiek logika. W następnym meczu, już u siebie z Irlandią, całkowicie zaprzeczyła słowom Mętraka, ratując 3:3 z Irlandią wspaniałym finiszem.

Choć nie ograliśmy ani razu Anglików czy Irlandczyków, przed ostatnią kolejką mamy szanse na awans. Potrzebujemy wygrać z Anglią i by Irlandczycy stracili punkty z Turcją w Stambule. Mało realne? Pewnie.

Ale przez pewien czas dokładnie ten scenariusz się spełniał, przez pewien czas w tym meczu mogliśmy poczuć – tak, tak – smak walki o topową ósemkę Europy. Kiedy później przyszło nam czegoś podobnego smakować?

Anglików napoczął Szewczyk, w Turcji do przerwy było 1:1. Nas, jak zwykle, w końcówce przedziurawił Lineker, ale nie miało to już dla nas znaczenia, bo Irlandczycy prowadzili 3:1, i tak nie mielibyśmy awansu – miało to natomiast znaczenie dla Irlandii, która została w domu.

Strejlau gratulował rywalom: – Rozegraliśmy bardzo dobry mecz. Zdarzyły się moim graczom dwa błędy i jeden rywale wykorzystali. Jestem pełen uznania dla Linekera. Moi zawodnicy dali z siebie wszystko. Końcowy rezultat premiuje Anglików i gratulując panu Taylorowi tego sukcesu życzę jak najlepszych wyników w przyszłym roku w Szwecji.

Andrzej Strejlau na pewno potrafił zachować klasę. Nie zawsze to było oczywistością na tym stanowisku, u Strejlaua było.

W kraju trwa dyskusja: zwolnić, nie zwolnić? Głos zabiera Boniek. To mocny głos: – Trener zrobił co mógł i właściwie należałoby mu wystawić pomnik za to, że Polska do końca walczyła o awans. To szkoleniowiec na tyle doświadczony, przygotowany i godny zaufania, że gdyby tylko mógł pracować np. z reprezentacją Włoch czy Holandii na pewno odnosiłby sukcesy. Strejlau jest ostatnią osobą, którą należałoby zwolnić. Jemu trzeba pomóc, a nie wbijać nóż w plecy.

Głos Bońka wiele w polskiej piłce znaczył i wówczas, ale na pewno nie było tak, że Zibi szedł przeciw ogólnej atmosferze. Strejlau zasłużył na szansę, wywracanie tego projektu w tym momencie nie miałoby żadnego sensu.

PO CZWARTE, SMUTNY KONIEC

Nie cierpię wymówkarstwa, ale też powiedzmy jak jest: Polska miała w latach dziewięćdziesiątych pecha do losowań. Jedyne jako takie miał Apostel. O mundial 1994 graliśmy:

– Z pierwszego koszyka Anglia

– Z drugiego koszyka Holandia, niedawni mistrzowie Europy

– Z czwartego koszyka Norwegia, która wtedy wydawała się dobrym losem, a tymczasem właśnie zaczynała złoty okres

– Coraz mocniejsza Turcja

– Na dokładkę San Marino, żeby nie było za nudno.

O sparingach w stosunku do kadry Strejlaua trudno mówić, bo nie kierowały się jakąkolwiek logiką, stanowią przykład, że sparingi nie mówią nic. Obrywaliśmy 0:5 od Szwedów, potem ogrywaliśmy Austrię i Czechosłowację. Rok później zremisujemy z Turcją, by potem zrobić 2:2 z Brazylią grającą w naprawdę niezłym składzie. Gdy przyszło do eliminacji, wygraliśmy z Turcją, a potem przyszło bodaj najlepsze pół meczu kadry Strejlaua:

Po mniej niż dwóch kwadransach prowadziliśmy 2:0 z Holandią. Na jej terenie. Jasne, pomógł Stanley Menzo, który tym samym zakończył karierę reprezentacyjną, ale to był szok. Dopiero co oglądała Oranje cała piłkarska Polska, jak ci święcą triumfy. A tutaj nasi piorą asy Rinusa Michelsa.

Strejlau po meczu był wściekły. Nieuregulowane były do końca kwestie zwalniania piłkarzy na mecze kadry, przez co kluczowi kadrowicze przyjeżdżali w ostatniej chwili. Zdaniem polskiego selekcjonera, to było wyraźnie widoczne w naszej drużynie, której brakło sił.

Kilka lat później Janusz Atlas da relacji jednego z meczów Polski tytuł „MISTRZOWIE ŚWIATA GRY GODZINNEJ”, wskazując, że bardzo często mamy jakieś dobre otwarcia, dobre pierwsze połowy, nieźli jesteśmy do którejś tam minuty, by później oddychać rękawami. Jak to wytłumaczyć? Czy imprezową atmosferą w kadrze? Nie przesadzajmy też, nie udawajmy, że tylko u nas tak było, Prosinecki w przerwie meczu wypalał dwa papierosy, Romario nie plamił się treningiem – to były trochę inne czasy nie tylko w polskiej piłce. A jeszcze u nas były katorżnicze zimowe obozy, które miały budować fizyczność mocniejszą niż u graczy z Zachodu.

Niestety, to, co było widoczne z Holandią, całkowicie zanikło wiosną. Nie da się wytłumaczyć 1:0 z San Marino po golu ręką Furtoka. Kadra Strejlaua chorowała na brak konsekwencji, była uosobieniem polskiego zrywu. Od bodaj najlepszego meczu do najgorszego na przestrzeni kilku miesięcy. Oczywiście to też kwestia specyfiki pracy: Strejlau porównał kiedyś pracę w klubie do małżeństwa, a prowadzenie kadry do randkowania. Nie ta intensywność, nie ta odpowiedzialność, nie tak ścisła relacja.

Furtok o golu z San Marino opowiadał Kubie Białkowi tak: – Przypadek to był. Kosecki dostał taką piłkę spod linii, ja podleciałem, sięgałem, sięgałem, odruch taki… Patrzę: w bramce. Cieszę się, wszyscy też się cieszą. Miało być siedem, była jedna ręką. Nie chcę zwalać na trawę, ale boisko było takie (Furtok pokazuje ręką na wysokość piszczela – JB), ta piłka hamowała cały czas. Nie idzie szybciej rozegrać, nie idzie popchać. Dramat. Dla mnie to było niepojęte, żeby nie skosić trawy. Musieliśmy się męczyć.

Reszta eliminacji to reprezentacja Strejlaua w soczewce. Ogrywamy po męczarniach San Marino na wyjeździe. Gramy dobry, ale tylko zremisowany mecz z Anglią u siebie – tym razem gola w końcówce strzela Wright, nie Lineker. To w tym meczu okazję marzenie ma Leśniak, okazję niemożliwą i w niemożliwy sposób zmarnowaną. Przed meczem pożar organizacyjny: – Mecz z Anglią graliśmy w sobotę, a jeszcze na czwartkowy trening w ogóle nie chcieliśmy wyjść. Starsi piłkarze powiedzieli, że mają dość, że nie godzą się na szopkę w takim meczu – wspominał w jednym z wywiadów Dariusz Adamczuk. – Działacze obiecali, że załatwią nam markowe stroje, no i załatwili – koszulki Adidasa z Niemiec przywiózł Andrzej Grajewski. Były w porządku, gorzej, że na dresach obok orzełka mieliśmy napis HSV, bo sprzęt przyjechał z Hamburga.

Przed meczem w tramwaju zginął też kibic, Andrzej Kujawa, fan Pogoni zamordowany przez bandytę identyfikującego się z Cracovią. Takimi wydarzeniami potrafiły wtedy stać mecze reprezentacji Polski i to uzmysławia o ile więcej nasz futbol miał problemów niż wyniki kadry.

W książce „On, Strejlau”, selekcjoner wspominał jeszcze pewnych gości: – W maju 1993 r. na mecz Polska – Anglia przyjechał na nasze zaproszenie Arrigo Sacchi. Zjedliśmy u mnie śniadanie, później Carlo Ancelotti razem z Leszkiem Ćmikiewiczem skakali przez płot, bo ktoś zapomniał klucza od bramy przy ulicy Ceglanej, żeby przeprowadzić rozruch. Spotkanie skończyło się remisem 1:1, ale mówię o tym, bo zawodników miałem 48 godziny przed spotkaniem. Sacchi był zdumiony, bo ludzi z kierownictwa było więcej niż piłkarzy.

Ostatni mecz Andrzeja Strejlaua w roli selekcjonera to spotkanie z Norwegią na wyjeździe. Zagraliśmy kto wie, czy nie najlepszy mecz eliminacji, lepszy nawet niż z Holandią, lepszy niż z Anglią. A jednak 0:1. Jednak zmarnowane okazje, jednak Egil Olsen przyznający „Polacy powinni wygrać, mieliśmy dużo szczęścia” ale na wierzchu znowu czyjeś, nie nasze.

Po tym meczu, gdy szanse na awans zmniejszyły się do zera, trener zrezygnował. Już wcześniej zapowiedział, że ewentualne finały w USA będą jego końcem z kadrą. Tuż po pozostawieniu funkcji, udał się na odkładaną od dawna operację.

Czy ten zespół mógł osiągnąć więcej? Tak. To jasne. Talentów miał mnóstwo, talentów, z których praktycznie każdy sam mógł sięgnąć wiele wyżej, by wspomnieć Dziekanowskiego, Ziobera, Koseckiego, z których moim zdaniem każdy mógł być gwiazdą europejskiej piłki, a nie mimo wszystko odegrać na tej arenie mniej lub bardziej epizodyczne role. Mieliśmy bardzo dobrych obrońców, mieliśmy utalentowaną młodzież –  było w kim wybierać. Ale gdyby to się sprowadzało tylko do wyboru i taktyki – niestety nie sprowadzało się, bo Strejlau był i niańką, i policjantem, i spedytorem, i skarbnikiem i Bóg wie kim jeszcze.

Ale jeśli kiedyś Netflix będzie chciał nakręcić serial o jakimś etapie reprezentacji Polski, bez wahania poleciłbym właśnie ten.

LESZEK MILEWSKI

Źródła: „Piłka Nożna”, „On, Strejlau” J. Chromik, „Selekcjonerzy” A. Jucewicz, „Kowal. Prawdziwa historia”, „Grzejąc ławę” K. Mętrak, „Jego Biało-Czerwoni” J. Wójcik, Numer10.pl, własne

Rysunek: Andrzej Cieślukowski

KOMENTARZE (39)