Vuković stworzył potwora. Na razie do pożerania ogórków
Weszło

Vuković stworzył potwora. Na razie do pożerania ogórków

Po 7:0 z Wisłą Kraków pisaliśmy, że Aleksandar Vuković tak mocnej pozycji w roli samodzielnego trenera Legii jeszcze nie miał. No więc teraz po 5:1 z Górnikiem Zabrze jeszcze tę pozycję umocnił. Cztery zwycięstwa z rzędu, 15 strzelonych goli – przypadku być nie może. Serb stworzył potwora, który na razie pożera przede wszystkim ekstrakasowe ogórki, bezradne owieczki ze skręconymi nogami, ale zadusić frajera, jak już się trafi, też trzeba umieć. Stołeczna ekipa zdaje się opanowała tę sztukę.

Może brzmi to wszystko aż nazbyt entuzjastycznie, ale przecież Legia dała ten popis świeżo po kpinach z futbolowej estetyki w Płocku, więc taki balsam dla naszych zaropiałych i krwawiących oczu działał nad wyraz kojąco. Zobaczyliśmy zespół, który cieszył się z gry w piłkę i w którym każdy tę piłkę chciał mieć, pokazując się do gry. Ciągle znajdujemy się na etapie piłkarskiego elementarza, tyle że dla naszej ligi to i tak często schody. Legię po prostu znów przyjemnie się oglądało, a jeśli nie jest się kibicem, to właśnie przyjemność ze śledzenia meczu jest najważniejsza.

Do tego nie można powiedzieć, że ściągnięcie gaci Górnikowi i zlanie go po gołej dupie było aż tak oczywiste. Jasne, zabrzanie nie wygrali przy Łazienkowskiej od 21 lat, ale do jakichś katastrof raczej nie dochodziło. Teraz podopieczni Marcina Brosza mieli passę ośmiu meczów ligowych bez zwycięstwa, jednak przegrali z nich ledwie dwa. Cztery ostatnie kolejki to cztery remisy 1:1, z czego trzykrotnie Górnik pierwszy tracił gola i mimo to się podnosił.

Do przerwy zatem kibice ze Śląska jeszcze mogli się łudzić. Legia łatwiutko przedostawała się w pole karne rywala, boki obrony gości nie istniały, ale padł z tego tylko jeden gol, na dodatek bardzo fartowny. Martin Chudy z łatwością obroniłby strzał Pawła Wszołka (na początku meczu wspaniale interweniował po jego uderzeniu głową), gdyby piłka nie odbiła się między nogami Pawła Bochniewicza, który miał dziś takiego pecha, że pewnie zostałby okradziony na bezludnej wyspie. Stoper Górnika zaraz po przerwie zaliczył drugi rykoszet i tym razem nie uniknął już wpisania do protokołu z golem samobójczym. Zagrywającym był Artur Jędrzejczyk, zaliczający świetny występ. W defensywie nie pozwolił na nic, a oprócz tego miał wielki udział przy drugim i czwartym golu. Mógł jeszcze mieć formalną asystę, lecz z jego zgrania głową nie skorzystał Maciej Rosołek.

Vuković przy wyniku 4:0 zaczął ściągać kluczowych zawodników i gra Legii w ostatniej fazie meczu siadła, co prawdopodobnie uratowało Górnika od kompromitacji na skalę Wisły Kraków. Zabrzanie lekko się wtedy ożywili, po błędzie Radosława Majeckiego zdobyli nawet bramkę honorową. Rozmiary porażki mogli zmniejszyć jeszcze bardziej, ale Igor Angulo strzelając gola znajdował się na minimalnym spalonym, a wcześniej Jesus Jimenez po jego podaniu nieudolnie próbował mijać bramkarza.

Legia mogła sobie pozwolić na rozprężenie, bo zaraz po przerwie błyskawicznie załatwiła sprawę. Samobój Bochniewicza, Wszołek wyręczający Luquinhasa po minięciu Chudego, a potem dwie bardzo dobre akcje z prawej strony kończące się golami Novikovasa i Niezgody. Każdy z legijnej ofensywy mógł być usatysfakcjonowany, bo kończył mecz z konkretami. Numerem jeden został Wszołek, który do dwóch bramek dołożył asystę i kluczowe podanie. Nie spodziewaliśmy się, że facet aż tak szybko okaże się wielkim wzmocnieniem. Dzięki niemu do środka pola został przesunięty Luquinhas i kto wie, czy nie mówimy o najważniejszym powodzie, dla którego Legia w ostatnich tygodniach z drużyny grającej nieznośnie toporny futbol stała się drużyną fajną do oglądania.

W Górniku natomiast nadchodzi sądny okres dla kilku nazwisk. Same męskie słowa w szatni, choćby najgłośniej wykrzyczane, mogą nie wystarczyć.

legia gornik grafa pomeczowa poprawka

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (36)