Król stojącej piłki
Hiszpania

Król stojącej piłki

Szukajcie, ile chcecie. Nie znajdziecie na świecie większego kozaka od rzutów wolnych od Leo Messiego. Dziś z Celtą Vigo dwa razy ustawił piłkę, dwa razy posłał ją poleconym priorytetem do siatki. Dołożył karnego, skompletował hat-tricka, znów jak Atlas wziął na plecy niewiele lżejsze niż nieboskłon oczekiwania wobec Barcelony.

Przeciwko Realowi Valladolid dwa tygodnie temu strzelił pięćdziesiątego gola z wolnego w karierze, dziś to już bramki zaczynające w wielkim stylu drugą połówkę tej setki. Te trzy gole sprawiają, że biorąc pod uwagę sześć ostatnich rzutów wolnych Messiego i sześć ostatnich rzutów karnych Manchesteru United, to Argentyńczyk ma lepszą skuteczność. 3:2 dla gracza Barcelony.

A to niejedyna szokująca statystyka. Najlepsi strzelcy rzutów wolnych w Europie od początku sezonu 2016/17? Nikt nawet się do Messiego nie zbliżył. Po dzisiejszym dublecie ma 18 goli ze stojącej piłki, kolejni w klasyfikacji Aleksandar Kolarov i Paulo Dybala – po 6 trafień. To tak, jakby na setkę ścigał się Usain Bolt z ekipą fanatyków nordic walking. Deklasacja.

– Przy rzucie wolnym masz mur, dystans jest inny, typ uderzenia również. Największa różnica pomiędzy wolnym a karnym to jednak brak presji, by strzelić. Może wpaść, może nie wpaść. Przy karnym masz zdecydowanie więcej do stracenia niż zyskania. Zawodnik strzeli? Bramkarz ma ten komfort, że to normalne. Strzelec jest zobligowany, by trafić – tłumaczył niedawno Messi na łamach Marki.

A potem w meczu z Celtą Vigo wykorzystał ze stuprocentową skutecznością i rzut karny, i dwa wolne. Zresztą zrobił to w meczu stojącym stałymi fragmentami – na 1:1, przerywając strzelecki szał Messiego, trafił bowiem z wolnego także gracz Cety Vigo, Lucas Olaza.

Wynik 4:1 – trafił jeszcze, po raz pierwszy od 1 października 2017, Sergio Busquets – sugerowałby, że Barcelona wygrała pewnie. Że Celtę zdeklasowała. Zgodnie zresztą z tym, czego można by się było spodziewać po mistrzu kraju w grze z drużyną mającą na koncie cztery kolejne porażki i urządzającą się nie tak znów powoli w strefie spadkowej.

Nic bardziej mylnego.

Do rzutu karnego wywalczonego przez Juniora Firpo, Barcelona w zasadzie nie istniała. Przez pierwszych dziesięć minut 18. zespół LaLiga nie schodził praktycznie z połowy Blaugrany, osiągając na Camp Nou 71-procentowe posiadanie piłki. Niemal wszyscy koledzy Messiego zamiast zdjąć nieco ciężaru z jego barków, jeszcze mu go dokładali. Grając bez zęba, bez większego pomysłu. W zasadzie w pierwszej połowie jakiekolwiek wsparcie Argentyńczyk miał w Arthurze. Wymowne, że z Antoinem Griezmannem – jakkolwiek spojrzeć, partnerem z ofensywy – nie wymienił przez trzy pierwsze kwadranse ani jednego zagrania.

Celta to czuła, Celta miała pomysł, ale po prostu brakło jej piłkarskiej jakości do jego realizacji. Goście potrafili założyć dobry, wysoki pressing, zepchnąć Barcelonę na jej połowie, wypracować sobie kilka szans. Rzecz w tym, że zawsze coś szwankowało. A to ktoś był łapany na spalonym, a to nie najlepszą decyzję podjął rozgrywający i zamiast uruchomić wybiegającą w tempo prawą stronę, grał przez lewą, na stratę.

Taki wynik jak dziś daje Barcelonie nieco spokoju, owszem. Klub ze stolicy Katalonii wraca przed przerwą na kadrę na pierwszą pozycję w lidze, nie wpada w dłuższą serię meczów bez zwycięstwa, po 1:3 z Levante i 0:0 ze Slavią odbija się szybko. Wygrywa wysoko. Wyrazistego stylu wciąż jednak próżno się tutaj dopatrywać.

Barcelona – Celta Vigo 4:1 (2:1)
Messi 23′ (k.), 45’+1′, 48′, Busquets 85′ – Olaza 42′

***

Także cztery gole wbił dziś rywalowi madrycki Real, ale w jego przypadku można mówić o faktycznym zdominowaniu spotkania, a nie tylko o zabójczo skutecznej egzekucji. Gdyby El Clasico odbyło się na Camp Nou w pierwotnym terminie, cholernie wątpliwe, by Królewscy byli faworytem. Im bliżej jednak nowej daty jego rozegrania, tym Real sprawia wrażenie zespołu bardziej skonsolidowanego od Barcelony. Mającego jakiś tam charakter, przejawiającego oznaki polotu.

Tak, dwa trafienia madryckiej ekipy też miały miejsce z rzutów karnych, tylko o jeden gol więcej niż w przypadku Barcelony był strzelony z gry. Ale tak jak znamy ekipę Mendillibara jako tę, która potrafi wsypać kilka worów piachu w tryby najlepiej funkcjonujących maszynek w LaLiga, tak dziś Real podziurawił te wory i okazało się, że po wyjściu na boisko wieją pustką.

Eibar, podobnie jak z Leganes, znów dał się złapać na szybkiego gola. Z tym, że przeciwko ostatniej ekipie LaLiga potrafił szybko odpowiedzieć ciosem. Dziś przyjął zamiast tego dwa kolejne, po pół godziny było już po meczu. Obrońcy koncentrację zostawili chyba tam, gdzie wysypał się cały wspomniany piach. De Blasis i Cote powycinali przeciwników jak łowcy promocji kupony rabatowe z gazetek.

Na koniec brameczkę w stylu Toniego Kroosa wsadził wreszcie – to jego premierowe trafienie w LaLiga – Fede Valverde. Chłopak został wybrany zresztą graczem meczu, wyglądał dziś na środku pomocy tak, jakby był gotów od dziś przejąć pałeczkę i stać się liderem drugiej linii. Rozwija się w szybkim tempie i kto wie, czy za jakiś czas, pobierając nauki od Zinedine’a Zidane’a, nie zostanie kimś takim, kim stał się na lata po transferze z Fluminense Marcelo. Graczem wyjętym z Ameryki Południowej za frytki, który wskoczył na najwyższy poziom wśród piłkarzy na swojej pozycji.

Eibar – Real Madryt 0:4 (0:3)
Benzema 17′, 29′ (k.), Ramos 20′, Valverde 61′

***

Pozostałe wyniki dzisiejszej LaLiga:

Valencia – Granada 2:0 (0:0)
Wass 74′, Torres 90’+7′

Alaves – Valladolid 3:0 (2:0)
Joselu 26′, Pina 32′, Perez 75′ (k.)

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (9)

INNE SPORTY

kubacki
18 stycznia, 18:59