Król strzelców I ligi? W tej dekadzie to prawie nic nie znaczy
Weszło

Król strzelców I ligi? W tej dekadzie to prawie nic nie znaczy

Król strzelców – to zawsze brzmi dumnie, nawet jeśli chodzi o jakieś zabawowe rozgrywki. Nie zawsze jednak oznacza coś poważniejszego, a już na pewno nie w przypadku ostatnich lat w I lidze. W tej dekadzie tylko raz najlepszy snajper na zapleczu Ekstraklasy poszedł potem mocniej do przodu.

Królami strzelców I ligi w XXI wieku byli m.in. Robert Lewandowski, Marcin Robak, Ilijan Micanski. Każdy z nich zrobił potem karierę znacznie wykraczającą poza drugi szczebel w Polsce (wybaczcie, że w ogóle zestawiamy tu „Lewego” z resztą). Tyle że oni dokonywali tego jeszcze w pierwszej dekadzie, natomiast w tej trwającej – czyli licząc od sezonu 2010/11 – zdobycie najwięcej bramek spośród pierwszoligowych napastników to najczęściej w kontekście większej piłki takie dokonanie jak granie trupa w filmie i mówienie, że było się gwiazdą telewizji. Ciekawe, czy robiący teraz furorę w Olimpii Grudziądz Omran Haydary dostosuje się do tego trendu, czy jednak się z niego wyłamie.

Olimpia Grudziądz nie jest faworytem w Nowym Sączu. ETOTO za wygraną Sandecji płaci po kursie 2.25, za wygraną Olimpii 3.05

W omawianym okresie poza schemat wyszedł bowiem tylko obcokrajowiec w osobie Igora Angulo. Został królem strzelców, gdy Górnik Zabrze wracał do Ekstraklasy i patrząc na późniejsze liczby, nawet nie zauważył zmiany poziomu. Ba, w zasadzie jeszcze zanotował postęp, bo w premierowym roku w Zabrzu zdobył 17 bramek, a już po awansie 22 i 24, co w drugim przypadku dało tytuł króla strzelców. Aktualnie jest gorzej, doświadczony Hiszpan jesienią zawodzi (raptem cztery trafienia w czternastu kolejkach), ale to nie pierwszy jego kryzys, dotychczas zawsze wracał do seryjnego strzelania.

A co się działo z resztą? Nie są to budujące historie. Popatrzmy.

2010/11 – Charles Nwaogu (20 goli dla Floty Świnoujście)

Wyszedł mu sezon życia, ale zupełnie tego nie skonsumował. Co prawda podpisał kontrakt z niemieckim drugoligowcem Energie Cottbus, lecz nawet tam… nie zadebiutował. Tamtejsi trenerzy byli w szoku, jak duże braki taktyczne ma Nigeryjczyk, narzekając, że nie ma pojęcia o poruszaniu się po boisku. Szybko został pogoniony i wrócił do Polski. Do najlepszych chwil nigdy już nie nawiązał, nawet w barwach Floty. Głośniej o nim zrobiło się jeszcze wtedy, gdy doprowadził do furii ówczesnego trenera Arki Gdynia, Petra Nemca. Wbrew woli szkoleniowca w decydującym momencie meczu z Zawiszą Bydgoszcz zabrał się za wykonywanie rzutu karnego i spudłował, przez co drużyna przegrała. W 2015 roku Nwaogu zakotwiczył w Szczecinie i się z niego nie rusza. Do niedawna kopał tam w III lidze, teraz już w IV dla Hutnika Szczecin.

Pilka nozna. I liga. Dolcan Zabki - Flota Swinoujscie. 05.05.2013

2011/12 – Wojciech Kędziora (18 goli dla Piasta Gliwice)

On na tle pozostałych i tak nie może narzekać, jako jedyny z tego grona miał jeszcze lepsze momenty w Ekstraklasie. Zaraz po awansie Piasta Kędziora w rundzie jesiennej zdobył pięć bramek. Potem jednak doznał bardzo poważnej kontuzji i stracił resztę sezonu. W Gliwicach spędził kolejne dwa lata, ale to już nie było to samo, szczególnie w ostatnim roku, kiedy grał bardzo mało. Odżył w Termalice, sezon 2015/16 był jego najlepszym w elicie (9 goli). Następnie zaczął się regularny zjazd. Raptem trzy bramki i spadek z Termaliką. Przyzwoity sezon w I lidze dla GKS-u Katowice (10 goli) nie wystarczył, by chciano go przy Bukowej zatrzymać. Zszedł więc do II ligi do Ruchu Chorzów i chyba żałował. Nie wyszło mu ani indywidualnie (3 bramki), ani drużynowo (zjazd na czwarty szczebel). Dziś Kędziora już lekko hobbystycznie kopie sobie w czwartoligowych Wilkach Wilcza.

2012/13 – Maciej Kowalczyk (22 gole dla Kolejarza Stróże)

Kowalczyk został królem strzelców mając już 36 lat, więc siłą rzeczy nie mogło to być dla niego trampoliną w powoli dobiegającej końca karierze. Na pewno nie pomogło mu także zamieszanie w następnym sezonie. Już jako piłkarz Olimpii Grudziądz zatrzymany przez CBŚ pod zarzutem udziału w zorganizowanej grupie przestępczej działającej na terenie Nowego Sącza. Szybko to jednak wyjaśniono na korzyść zainteresowanego (cały udział piłkarza ograniczył się do luźnej znajomości z jedną z osób wymienionych w zarzucie), a Kowalczyk po rozegraniu normalnego sezonu w Olimpii, później kopał jeszcze w I lidze w Tychach i Kluczborku. Ostatni ślad w jego CV to wrocławski Piast Żerniki w ubiegłym sezonie.

2013/14 – Dariusz Zjawiński (21 goli dla Dolcanu Ząbki)

Za młodu liznął Ekstraklasy w Legii i Odrze Wodzisław, a potem na długi czas przepadł w niższych ligach. Na dobre przypomniał o sobie sięgając po snajperskie berło w I lidze.

Ponowna szansa w ESA wydawała się oczywista i tak też się stało, wzięła go w Cracovia. Zjawiński nie może narzekać, że nie miał okazji się pokazać, że szybko go skreślono czy coś takiego. Dostał dwa lata w Krakowie i pół roku w Gdyni. Efekt jednak był mizerny: 63 mecze ligowe, 6 goli, 7 asyst. Jasne, w dużej mierze chodziło o wejścia z ławki, ale to po prostu nie był jego poziom. Miewał momenty, w których dawał nadzieję, że jest inaczej. Udanie finiszował w maju 2015 zaraz po przyjściu Jacka Zielińskiego, w nowym sezonie szybko zdobył dwie bramki, w Arce już na początku trafił z Wisłą Kraków i Ruchem Chorzów. Za każdym razem jednak błyskawicznie spuszczał z tonu, nie potrafił iść za ciosem. Najwyraźniej dobrze grać może wyłącznie w rodzinnych stronach. Po Gdyni były najpierw pierwszoligowe Siedlce, a obecnie jest drugoligowy Pruszków. Nawet tam jednak jest już co najwyżej przyzwoicie.

2014/15 – Grzegorz Goncerz (21 goli dla GKS-u Katowice)

Nie do końca wiadomo, na ile to decyzja klubu, a na ile samego zainteresowanego (po fakcie dość mocno przekonywał, że bardziej jego), ale w każdym razie trzeba było wtedy z Katowic odejść. Zamiast tego Goncerz przedłużył kontrakt z perspektywami na zostanie legendą GieKSy („nie wyobrażam sobie siebie w innym klubie”). Nic z jego zamiarów nie wyszło. Kolejne dwa sezony to co prawda 21 pierwszoligowych goli, lecz rozczarowujących występów było coraz więcej. Skończyło się na tym, że na kilka kolejek przed końcem sezonu 2017/18 napastnik decyzją trenera Jacka Paszulewicza został „urlopowany” i mógł się wyłącznie przyglądać. Następnie rozwiązał kontrakt za porozumieniem stron. Przejście do Podbeskidzia okazało się nieporozumieniem. Przegrywał tam rywalizację nie tylko z Valerijsem Sabalą, ale i Kacprem Kostorzem. Dopiero w Stali Rzeszów jako tako wrócił na właściwe tory, choć też bez przesady: 8 goli wiosną w III lidze i na teraz 4 gole już w II lidze. Najlepsze już było.

2015/16 – Szymon Lewicki (16 goli dla Zawiszy Bydgoszcz)

Przedziwny przypadek. W I lidze niezmiennie dobry lub bardzo dobry, za to do Ekstraklasy miał trzy podejścia i każde okazywało się kompletną klapą. W Rakowie Częstochowa przynajmniej w końcu zadebiutował wchodząc na końcówkę, w Arce Gdynia i Zagłębiu Sosnowiec nie doczekał nawet tego.

Arka wzięła go ze staczającego się Zawiszy Bydgoszcz w glorii króla strzelców drugiego frontu i… jeszcze w tym samym okienku oddała na wypożyczenie do Podbeskidzia. Mimo kontuzji Pawła Abbotta Lewicki w siedmiu kolejkach ledwie raz załapał się do meczowej kadry, wyżej stały akcje Rafała Siemaszki i wspominanego Zjawińskiego. Po czasie sam zainteresowany przyznawał, że lekko się wtedy zagotował, zabrakło mu cierpliwości. Wydawało się, że w Sosnowcu będzie zupełnie inaczej, do awansu dołożył się przecież czternastoma golami. Tymczasem już pod koniec lipca piłkarz wylądował w Rakowie. Trener Dariusz Dudek zasugerował wtedy, że Lewicki nie podjął walki o miejsce w składzie.

Pilka nozna. Nice I liga. Ruch Chorzow - Zaglebie Sosnowiec. 27.05.2018

On sam w rozmowie z nami miał zupełnie inną wersję.

Nie, to zupełnie nie tak. Byłem otwarty na rywalizację, nie bałem się jej. A potem się dowiedziałem, że Zagłębie czyni pewne kroki, żebym odszedł i oferuje mnie innym klubom.

Czyli pan nie inicjował swojego odejścia?

Ja tylko zapytałem wcześniej, jaka jest moja sytuacja. Trener powiedział, że nie ma możliwości, żebym odszedł. Ja się na to zgodziłem i doszliśmy do porozumienia, że będę walczył o skład. Później jednak dochodziło do działań klubu, o których panu wspominałem.

Czyli zabolało pana, że jedno się panu mówi, a drugie robi za plecami?

Tak. To mnie zabolało. Nikt z klubu nie powiedział mi oficjalnie, że chcą się mnie pozbyć, że nie jestem potrzebny. Wszystkiego dowiadywałem się od osób trzecich.

Gdy zapytaliśmy o to trenera Dudka, twardo obstawał przy swoim: – Miałem przed sezonem rozmowę z Szymonem, w której stwierdził, że pomijam go w pierwszym składzie. Odpowiedziałem, że musi wygrać rywalizację. Pozyskaliśmy Juniora Torunarighę, ale moim zdaniem nie wydarzyło się nic, co mogłoby przekreślić jego karierę w Ekstraklasie. Nie mogłem mu zagwarantować wyjściowego składu, ale nie kazałem mu odchodzić. Skoro nie podjął rękawicy, podpisał kontrakt z Rakowem. Nie mamy sobie nic do zarzucenia.

Wskazywał też na jego braki: – Szymon ogólnie ma więcej plusów niż minusów, natomiast jest to zawodnik specyficzny. Ma to „coś”, świetnie odnajduje się w polu karnym, tam jest bardzo groźny. Gorzej jednak, gdy z pola karnego wychodzi. Nie jest to typ zawodnika z szybkim doskokiem do obrońców, rozpoczynającego agresywny pressing. Ma inne walory, jest wysoki, silny, wyróżnia się grą głową. Trochę brakuje mu szybkości i to czasem daje o sobie znać. Ale uważam, że w odpowiednim otoczeniu mógłby dać radę w Ekstraklasie.

Szybko okazało się, że stawianie na Torunarighę ocierało się o sabotaż, co zresztą od początku zapowiadaliśmy, gdy tylko zobaczyliśmy przeszłość tego gościa. Lewicki tymczasem z Rakowem też wywalczył awans, ale jego pozycja w zespole nie była już tak mocna. Zdobył osiem bramek, nie zawsze mógł być pewny miejsca w składzie. Zdążył zaliczyć parę minut z Koroną na inaugurację i na tym koniec. Przed nim w hierarchii znajdowali się Felicio Brown Forbes, Sebastian Musiolik i sprowadzony pod koniec sierpnia Aleksandyr Kolew. Lewicki 2 września rozstał się z beniaminkiem i jeszcze raz zszedł do I ligi, tym razem do GKS-u Tychy. I, żadne zaskoczenie, już zaczyna tam robić swoje. W ligowym meczu trafił Termalikę, a w Pucharze Polski swoimi golami pomagał wyeliminować GKS Bełchatów i Radomiaka.

2016/17 – Igor Angulo (17 goli dla Górnika Zabrze)

Jak pisaliśmy wyżej – jedyny rodzynek.

2017/18 – Mateusz Machaj (17 goli dla Chrobrego Głogów)

Swego czasu Bogusław Kaczmarek prowadząc Lechię Gdańsk polecał go do reprezentacji. Machaj bardzo obiecująco zaczął swoją przygodę z Ekstraklasą, ale potem spuścił z tonu w Lechii i rozczarował w Śląsku Wrocław. Na dwa i pół roku zaszył się w rodzinnym Głogowie, pięknie się tam odbudowując, czego ukoronowaniem był właśnie tytuł króla strzelców I ligi. Rzecz godna odnotowania, bo przecież mowa o pomocniku.

Nic dziwnego, że został odkurzony w elicie i można było zakładać, że tym razem będzie dobrze. Przechodził przecież do Jagiellonii Ireneusza Mamrota, z którym doskonale znał się ze współpracy w Chrobrym, a w kadrze znajdował się jeszcze Przemysław Frankowski, prywatnie jego szwagier. Zaczął super, od zwycięskiej bramki z Rio Ave w eliminacjach Ligi Europy. Na dłuższą metę jednak nie spełniał oczekiwań, mimo że na początku sezonu regularnie grał w pierwszym składzie. Mamrot nie miał sentymentów – zimą Machaj wrócił do Głogowa i chyba już wyżej nie pójdzie, w tym roku stuknęła mu trzydziestka. W takim wieku przeważnie albo wejdziesz do Ekstraklasy ze swoim klubem, albo więcej w niej nie wystąpisz.

2018/19 – Valerijs Sabala (12 goli dla Podbeskidzia Bielsko-Biała)

Ubiegły sezon w kontekście rywalizacji o snajperskie berło był farsą. Sięgnął po nie Łotysz, który grał bardzo nierówno i często irytował nieskutecznością. Królem strzelców został raczej z braku laku niż z powodu swojej niekwestionowanej klasy. Latem Sabala zamienił Podbeskidzie na Miedź Legnica i na tę chwilę jest niewypałem. Zdobył jedną bramkę, nie jest pewny miejsca w składzie. Doszło do tego, że wypadł ze słabiutkiej przecież reprezentacji Łotwy. Nie pojechał na zgrupowanie październikowe, nie pojedzie także na listopadowe.

PM

Fot. FotoPyK/newspix.pl

KOMENTARZE (4)