Potter czaruje w Brighton
Anglia

Potter czaruje w Brighton

Nie lata na miotle, nie chodził na zajęcia do profesor McGonagall, nie połknął złotego znicza i nie rozprawił się z Voldemortem. Ale Graham Potter ma więcej wspólnego z Harrym Potterem niż tylko nazwisko.

Piłkarze Arsenalu wyglądali jak trafieni jeden po drugim potężnym zaklęciem obezwładniającym, gdy Ken Sema w 23. minucie meczu na The Emirates strzelił gola na 2:0 dla przyjezdnych. Szwedzi przegrali u siebie w 1/16 finału Ligi Europy 0:3 i gdy Arsene Wenger przed meczem mówił, że sprawa awansu to wcale nie formalność, nikt nie potraktował tego inaczej niż tylko jako kurtuazję.

Mniej niż dwa kwadranse i Östersunds FK było o gola od wywalczenia na stadionie Kanonierów prawa do dogrywki. Nie udało się, Sead Kolasinac na początku drugiej połowy przełamał niemoc Arsenalu, skończyło się na 2:1 dla Szwedów.

Zrzut ekranu 2019-11-7 o 14.25.53

W tamtym sezonie Ligi Europy Arsenal przegrał tylko ten jeden mecz u siebie, choć tylko na wiosnę mierzył się jeszcze z Atletico Madryt, CSKA Moskwa czy Milanem. W lidze sposób na zdobycie The Emirates znaleźli tylko piłkarze obu zespołów z Manchesteru.

Graham Potter mógł z Londynu wracać z podniesionym czołem. Jego nazwisko, kompletnie nieznane na angielskim rynku trenerskim, pojawiło się w każdym sportowym serwisie informacyjnym. Anglia usłyszała o jedynym swoim trenerze w europejskich pucharach sezonu 2017/18, który w 2011 roku podjął się bardzo trudnego zadania objęcia Östersunds FK po spadku z 3. do 4. ligi szwedzkiej.

– Na mecze przychodziło po 600 kibiców, większość z nich życzyła nam źle – wspominał w rozmowie z „The Sun”. Frustracja związana ze spadkiem była ogromna.

Kilka sezonów później na spotkaniach Östersunds pojawiało się już 15% populacji 50-tysięcznego miasta, nieprzypadkowo zwanego „zimowym”. Potter pierwszy raz postawił stopę w Östersund, gdy temperatura wynosiła -25 stopni Celsjusza. Podczas treningu trzeba było co chwilę biegać po nowe piłki na halę, bo te używane zamarzały i robiły się niebezpieczne dla zdrowia zawodników.

Przetrwał próbę charakteru, ba – wyszedł z niej jak bohater. Poprowadził szwedzki klub od 4. ligi do fazy pucharowej Ligi Europy. W eliminacjach pokonali Galatasaray, którego kibice docenili walecznych Szwedów owacją na stojąco, a potem Folę Esch i PAOK. W fazie grupowej zaś uzbierali 11 punktów, za rywali mając ekipy zdecydowanie bardziej otrzaskane w pucharowych bojach.

Zrzut ekranu 2019-11-7 o 14.25.03

Mieszkańcy Östersund zbierali nawet podpisy pod petycją, by zbudować Potterowi pomnik.

Dziś, w porównaniu do tamtych czasów, Potter pracuje w iście cieplarnianych warunkach. Na jego spotkania przychodzi jedna z najwierniejszych widowni w Premier League – nawet gdy Brighton grał bardzo mało wyrafinowany futbol za Chrisa Hughtona, bardziej szczelnie w całej lidze swój stadion wypełniał tylko Arsenal. Władze klubu z południowego wybrzeża czuły jednak stagnację. Że jeśli mają przestać być ciągłym kandydatem do spadku i próbować wkręcić się do towarzystwa ze środka tabeli, muszą trochę zamieszać.

Chris Hughton nie mógł się pochwalić szczególnie dobrą skutecznością w starciach z lokalnymi rywalami – Southampton i Bournemouth. 0 zwycięstw w 8 meczach, oprócz tego 4 remisy i 4 porażki. Utrzymanie w lidze było oczywiście niesamowicie wartościowe. Ale kibiców bolało to, że lokalnie Mewy wypadają bladziutko.

Tym bardziej, że przecież w Southampton tak bardzo brak ciągłości, jeśli chodzi o filozofię i zaufanie menedżerom. Że ogromnym ograniczeniem Bournemouth jest brak infrastruktury do rozwoju. W Brighton była ciągłość, a właściciel Tony Bloom zainwestował w klub już ponad 300 milionów funtów, z czego zdecydowana większość poszła w bazę i stadion. Centrum treningowe w Lancing i Amex Stadium to obiekty na naprawdę wysokim poziomie, których wiele drużyn Premier League może Mewom zazdrościć.

Blooma bardziej niż porażki z sąsiadami bolał jednak pragmatyzm w grze. Chciał trenera ekspansywnego. Może nawet czasami brawurowego.

W Championship znalazł kogoś takiego.

Graham Potter bowiem w międzyczasie wylądował w Swansea. Gdy dał swoje nazwisko poznać poprzez świetną europejską kampanię z Östersunds FK, „czy” zamieniło się w „kiedy”. Kiedy obejmie zespół na wyspach?

Łabędzie były dla wielu menedżerów idealną platformą do rozwoju i wybicia się zdecydowanie wyżej. Spytajcie Brendana Rodgersa. Władze klubu zawsze miały słabość do menedżerów, którzy próbują futbolu odważnego. Czasami tym myliła się odwaga z odważnikiem, ale Potter wpisywał się w ten sposób gry idealnie. Bez strachu, nieraz wręcz brawurowo w wyprowadzeniu piłki. Dając kibicom radość, przyciągając ich na stadion, tak jak przyciągał w Szwecji.

Trudno, by nie przychodzili na zespół, który gra choćby tak, jak Swansea zagrało z Manchesterem City w marcowym ćwierćfinale FA Cup.

Trudno, by nie chcieli oglądać drużyny, która w posiadaniu piłki ustępuje tylko Leeds Marcelo Bielsy. Drużyny wymieniającej co mecz średnio 485 krótkich podań, najwięcej w całej Championship, z kolei długą piłką grającej najrzadziej w rozgrywkach (58 takich zagrań na mecz).

Bloom postanowił zagrać all-in. Nie pierwszy raz w swoim życiu, w końcu dorobił się na grze w pokera. Chris Hughton był bezpieczną opcją. Dał awans z Championship, dwukrotnie się utrzymał. Był symfonią, w której doskonale wiesz, jaki dźwięk usłyszysz jako następny. Ale Bloom czuł, że Brighton musi mieć w sobie nutkę rock’n’rolla.

Nie po to też zatrudniał wiosną Dana Ashwortha, by jego menedżer korzystał bardzo powściągliwie z klubowej młodzieży.

W tym miejscu należy wam się słówko wyjaśnienia, kim rzeczony Ashwort jest. Otóż pewnie kojarzycie, że nie tak dawno Anglikom znakomicie poszło na kilku kolejnych turniejach młodzieżowych. Wygrali mundial do lat 17 i do lat 20, Euro U-19, a także prestiżowy turniej w Toulonie, co poprawili srebrem Euro U-17 i brązem z Euro U-21 w Polsce.

Logiczne więc, że Bloom oczekiwał produktów akademii w pierwszym składzie. Tego Hughton nie dostarczał. W zeszłym sezonie wystawiał w Premier League tylko jednego zawodnika z rocznika 1996 i żadnego młodszego. Tym rodzynkiem był zresztą sprowadzony za ponad 15 milionów funtów Yves Bissouma. W momencie jego sprowadzenia tylko dwóch graczy kosztowało Mewy więcej – Alireza Jahanbakhsh oraz Jurgen Locadia.

Nie do końca na takie stawianie na młodzież liczył Bloom.

Już dziś można stwierdzić, że pod tym względem jest duży postęp. Osiem meczów w Premier League ma na koncie o cztery lata młodszy od Bissoumy Aaron Connolly – pewnie kojarzycie już to nazwisko, to on ustrzelił dublet w wygranym 3:0 meczu z Tottenhamem. Z kolei 21-letni Steven Alzate, ofensywny pomocnik z Brighton U-23, którego Potter postanowił w jego seniorskim debiucie – z Bristol Rovers w EFL Cup – wystawić na prawym wahadle. Miesiąc później został już piłkarzem meczu z Newcastle, tym razem występując jako lewy wahadłowy.

0W2UFfy

Odważne decyzje Pottera nie ograniczają się jednak już na początku jego kadencji do młodych zawodników i ich pozycji. Mało kto zdecydowałby się wsadzić kij w mrowisko i drażnić dwóch spośród największych dotychczasowych liderów. Tymczasem menedżer nie miał problemu ze zmarginalizowaniem roli w pierwszej jedenastce Glenna Murraya i Shane’a Duffy’ego. Dwóch spośród pięciu najistotniejszych postaci w zakończonej awansem kampanii 2016/17 w Championship, obok Anthony’ego Knockaerta, Lewisa Dunka i Dale’a Stephensa.

Potter potrafił jednak ocenić, że będą oni przydatni w innych aspektach. Czasami wykorzystuje ich w meczu, codziennie – na boisku treningowym, gdzie mogą dawać masę przydatnych porad młodszym piłkarzom. Co nie raz chwalili już w wywiadach Neal Maupay czy wspomniany Aaron Connolly.

Na początku można było mieć zastrzeżenia do wyników. Wyjazdowe 3:0 z Watfordem rozbudziło apetyty, poskromiło je mocno sześć kolejnych meczów bez wygranej, w tym porażka z Southampton. Dziewiąty po awansie mecz bez wygranej z jednym z rywali z południowego wybrzeża.

Ale postęp w grze było widać gołym okiem i wydawało się, że wreszcie wyniki muszą za nim pójść. Trafienie Tottenhamu po 2:7 z Bayernem było gwiazdką z nieba. Po pierwsze – udało się odnieść pierwszą od marca wygraną u siebie. Po drugie – udało się pokonać drużynę z Big Six wysoko i przekonująco. Od tamtej pory w lidze tylko Chelsea i Liverpool punktują lepiej. Gdyby stworzyć tabelę z czterech ostatnich kolejek, Brighton byłby nad czterema zespołami z Big Six.

1. Chelsea – 12 pkt, 11:4
2. Liverpool – 10 pkt, 7:4
3. Leicester – 9 pkt, 14:3
4. Brighton – 9 pkt, 9:4
5. Manchester City – 9 pkt, 7:3

Styl został zaszczepiony, zespół – ukształtowany na modłę Pottera. Latem wydano na czterech nowych zawodników podobną sumę, jaka poszła na wzmocnienia latem 2018. Ale wtedy ściągnięto czternastu graczy, teraz – sześciu. Postawiono bardzo mocno na jakość, którą właściwie od początku dali trzej najdrożsi piłkarze w historii klubu – Maupay, Trossard i Webster.

Brighton z tą trójką – nowoczesnym napastnikiem, piekielnie kreatywnym pomocnikiem (Duffy na początku sezonu mówił The Athletic o Trossardzie: „wszyscy bez wyjątku jesteśmy nim zachwyceni”) i odważnie grającym piłką obrońcą – stał się zespołem dużo przyjemniejszym w odbiorze niż sezon i dwa temu. W nowym systemie zdecydowanie lepiej czuje się Pascal Gross, a Lewis Dunk wniósł swoją grę na tak wysoki poziom, że pojawiają się nawet sugestie, by raz jeszcze powołać go do reprezentacji Anglii i ruszyć stojący na jednym występie licznik.

K9vrm3W

Potter nie odżegnał się jednak od wszystkiego, co robił Hughton. W poprzednim sezonie byłemu już menedżerowi udało się bowiem udoskonalić swój zespół pod kątem stałych fragmentów na tyle, by ten stał się najefektywniejszy w całej Premier League z rzutów rożnych (10 goli) i czwarty najlepszy pod względem wykorzystanych stałych fragmentów w ogóle (14 z 35 goli Brighton padło po SFG). O tym, jak ważną broń w arsenale Mew Pottera mają stanowić sytuacje kreowane ze stojącej piłki, mówił po meczu z Aston Villą Dale Stephens. – To coś, nad czym trener pracował mocno na letnich treningach. Chce mieć wypracowane więcej schematów.

Nick Stanley, jeden z trenerów, został właściwie przydzielony do stałych fragmentów. Spłaciło się to w spotkaniu z The Villans, gdy rzut wolny Pascala Grossa na gola zamienił Adam Webster. Do tamtej pory – a więc do dziewiątej kolejki – Mewy nie strzeliły z wolnego czy rożnego. Teraz mają już trzy gole ze stałych fragmentów, jednocześnie będąc jednym z trzech zespołów – obok Tottenhamu i Leicester – które żadnej bramki w ten sposób nie straciły.

Nagroda za odwagę i włożoną w naprawdę dużą zmianę stylu pracę? 8. miejsce, ponad Manchesterem United czy Tottenhamem. I osiągnięta taka forma, że kolejni rywale – United, Leicester, Liverpool i Arsenal – w żadnym wypadku nie mogą traktować starcia z Mewami jako łatwe trzy punkty.

SZYMON PODSTUFKA

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (3)