Widocznie nie jest im to pisane. Lokomotiw znów dostaje w łeb od Juve
Weszło

Widocznie nie jest im to pisane. Lokomotiw znów dostaje w łeb od Juve

Gdyby ktoś wpadł na pomysł, że mecze powinny trwać 75 minut zamiast 90, Lokomotiw miałby pełne prawo żyć w ekstazie. Dorobiłby się w końcu czterech punktów na mistrzu Włoch, legendarnym Juventusie i mógłby realnie myśleć o grze na wiosnę w Lidze Mistrzów. Niestety dla Rosjan nikt takiej idei przy okazji spotkań seniorów na najwyższym poziomie nie przeforsował i nie zanosi się, by jakiś samozwańczy Marcin Luter miałby przybijać tezy na drzwiach siedziby UEFA. W efekcie ekipa Krychowiaka i Rybusa ma po dwóch spotkaniach ze Starą Damą zero oczek, więc jedyne co jej właściwie pozostało, to walka o – tak, tak – spadek do Ligi Europy.

Aż trudno ubrać w słowa to, co muszą czuć i piłkarze, i kibice klubu ze stolicy Rosji. Z jednej strony mogliby się wściekać, bo w ciągu tych dwóch meczów zrobili wiele, by nabić jakiekolwiek punkty. Z drugiej: być może czują po prostu bezsilność. Zdają sobie sprawę, że Juventus to lepszy zespół od nich i nie trafili akurat na pulę dwóch meczów z dwudziestu, w których mogliby myśleć o jakichś łupach.

Pomimo tego, że w pierwszym meczu długo prowadzili, potem bronili się dzielnie i skutecznie, rywale odpowiedzieli geniuszem Dybali.

Mimo tego, że dziś pokazali i charakter, i umiejętności, to znów nie wystarczyło.

Charakter dlatego, ponieważ znamy zespoły, które w okolicach piątej minuty stwierdziłyby, że pierniczą taki interes. Wyszedł ten Lokomotiw naładowany jak kabanos, motywował się przed meczem, pewnie nakręcał jak opętany, chciał dać swoim kibicom wiele radości i po krótkim czasie dostał gonga w ryj. A właściwie sprzedał mu go własny bramkarz, Guilherme, który zaliczył być może największego farfocla tej edycji Ligi Mistrzów. Ronaldo strzelił z rzutu wolnego, ale taką próbę wyjąłby pewnie i Wrąbel obudzony w środku nocy. Dobra, przesadziliśmy: każdy przyzwoity bramkarz. W każdym razie – Guilherme w tamtym momencie zgłupiał kompletnie, chciał złapać piłkę, ale ona mu się wyślizgnęła, przeleciała między nogami, dopadł do niej Ramsey i z dwóch centymetrów (chyba pokusiliśmy się o dosłowność) dobił ją do bramki.

I właśnie świetne było to, że Lokomotiw wówczas nie spękał, tylko dalej wierzył w korzystny rezultat. Atakował tak, jakby wciąż było 0:0, momentami goście mieli ogromne problemy, by wyjść z kolejnych opresji cało. Co więcej – dużo w atakach Lokomotiwu potrafili powiedzieć przedstawiciele polskiej myśli piłkarskiej, czyli Krychowiak i przede wszystkim Rybus. Maciek biegał swoją stroną niezmordowany i raz po raz wrzucał piłki w pole karne. Bywało, że brakowało centymetrów do skutecznego finiszu, ale w końcu nie zabrakło ani centymetrów, ani ułamków sekund, ani niczego innego.

Krychowiak odegrał do Rybusa, ten wrzucił na głowę Miranczuka, a Rosjanin trafił w słupek – Szczęsny nie zdążył, a piłka wróciła pod nogi rywala i ten dopełnił formalności.

I na tym naprawdę nie musiało się skończyć. Lokomotiw rzeczywiście rzucił rękawicę Juventusowi, atakował cały czas z podobną śmiałością, ba, doszło do tego, że Bonucci musiał wybijać piłkę z linii bramkowej po bombie Joao Mario. Oczywiście – fani Juventusu mają prawo wspomnieć o próbach Ronaldo i Higuaina, natomiast było wiele momentów w tym meczu, przy których mieliśmy większą ochotę puścić zakład na Lokomotiw, nie na Juventus.

No, ale nie przez przypadek dla Juventusu wyjście z grupy to dopiero początek Ligi Mistrzów, a taki sam wynik dla Lokomotiwu byłby ogromnym sukcesem. Wyrachowanie, doświadczenie, dojrzałość. To wszystko zagrało w ostatniej akcji, która przesądziła o zwycięstwie gości. Cudoooowne było to rozegranie Higuaina z Costą, Brazylijczyk zabrał się z piłką, wpadł w pole karne, założył kanał Guilherme i nawet nie pytał o zdanie.

Cóż, piłkarzom Lokomotiwu pozostało ze wściekłości walić pięścią w ziemię. Wiedzieli, że mają duże szanse zrobić tu przyzwoity wynik, ale teraz pewnie też wiedzą, ile im brakuje do Juventusu. Niby niewiele, ale na poziomie Ligi Mistrzów nawet taka odległość może zrobić różnicę. Natomiast w Lidze Europy? Kto wie, z taką grą Loko może namieszać. I nie mamy wątpliwości, że obaj Polacy wówczas odegrają sporą rolę, bo dzisiaj wyglądali naprawdę dobrze. Rybus napędził parę akcji, nie odstawał w obronie. Krychowiak potrafił zaliczyć odbiór w środku pola, ale i dać coś ekstra z przodu, przecież to po jego próbie piłka spadła pod nogi Joao Mario, gdy ten został zatrzymany przez Bonucciego na tej cholernej linii bramkowej.

A Szczęsny? Swoje wyłapał. Dla niego, tak jak dla Juventusu, prawdziwe próby zaczną się wiosną.

Lokomotiw – Juventus 1:2

Miranczuk 12′ – Ramsey 4′ Costa 90+3′

Fot. Newspix

KOMENTARZE (0)