Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Dzisiaj Paweł Paczul rozbił system swoją dogłębną i opartą na wielu liczbach analizą meczów Ekstraklasy. Koniecznie musicie przeczytać ten tekst, by lepiej zrozumieć swój organizm, broniący się dość mocno przed oglądaniem naszej ligi. Zastanawiacie się, czemu podczas spotkań klei wam się oko? Tak, tak, to układ immunologiczny stara się uchronić gałki oczne i w dalszej kolejności mózg przed szkodliwym promieniowaniem. Czemu nagle robicie się głodni? Czemu nagle okazuje się, że warto w 15. minucie sprawdzić neta? Wyjść z psem? Pomalować ściany w kuchni? 

To wszystko reakcje obronne przed tym, co w Ekstraklasie najbardziej dobijające.

Bez szyderstw, Paczul jako człowiek oglądający ligę od deski do deski wie, co pisze. A pisze na przykład, że podczas pierwszej połowy meczu Cracovii z Lechią Gdańsk, piłka była w grze przez 23 minuty. Drugie tyle to celebrowanie wybić, leżenie na murawie, sprawdzanie, czy piłka jest odpowiednio napompowana przed wykonaniem rzutu wolnego. Nie chcę powtarzać po Pawle, choć tak naprawdę śmiało mógłbym się pod jego tekstem podpisać, więc wymienię po prostu te sytuacje, które odbierają nam smak życia.

ATAK ESKADRY STEROWCÓW KIROV

Piłka wylatuje na aut w tzw. ostatniej tercji. Sędzia dyktuje faul w okolicach środka boiska. Najpierw słyszymy charakterystyczne:

A następnie pada komenda do boju. Rośli stoperzy ruszają majestatycznym truchtem w kierunku pola karnego rywala, podczas gdy ich kolega ustawia sobie piłkę, by jak najmocniej wbić piłkę w „szesnastkę”. Jeśli to rzut z boku pola karnego, piłka jest pieczołowicie wycierana w koszulkę, jeśli to dośrodkowanie z tzw. głębi pola, piłkarze szukają najwyższej kępki trawy. Eskadra stoperów tymczasem przesuwa się jak te zeppeliny z gry Red Alert 2.

3ffhh4

Przypomnijmy – do przebiegnięcia mają jakieś 40 metrów, a potem przecież trzeba jeszcze wrócić. Rzut wolny, który normalnie trwa jakieś 3-4 sekundy (bo przecież wznowienie gry po faulu na środku boiska powinno tyle mniej więcej trwać i zaczynać się od krótkiego podania), w Ekstraklasie często rozciąga się do minuty. To nie hiperbola, nieoceniony Paczul podliczył, że Cracovia jeden z takich stałych fragmentów wykonywała dokładnie 62 sekundy.

Ale najgorsze, że to przynosi efekty. W meczach, gdzie jedyną siłą ofensywną jest laga na bałagan, zwiększenie liczby lag na bałagan zwiększa szansę na zdobycie jedynej bramki i w konsekwencji 3 punktów.

BRAMKARSKA ROBINSONADA CZASOWSTRZYMUJĄCA

Ech, przoduje w tym chyba od lat Arkadiusz Malarz, co bezbrzeżnie mnie irytowało, gdy grał przeciw ŁKS-0wi (a tak, w barwach rezerw Legii w III lidze) i irytuje teraz, gdy tego typu zagrania są korzystne dla mojej drużyny. Sytuacja wygląda tak – klub prowadzi, ma dobry wynik i zależy mu na kradzieży sekund albo po prostu jest w trudnym momencie gry – rywal naciska, gra się nie klei, przeciwnik podchodzi bardzo wysokim pressingiem. Szalenie ważny w takiej chwili jest tzw. moment oddechu, który bramkarz może zagwarantować w banalny sposób.

Idzie dośrodkowanie z kategorii „kompletnie do nikogo”. Bramkarz nie ma wokół siebie rywala w promieniu trzech metrów, a piłkę przy odrobinie dobrej woli mógłby złapać nawet zębami, albo przyjąć ją sobie na klatkę piersiową. On jednak wie, że opanowanie piłki trwające jakieś pół sekundy oznacza, że już 6 sekund później trzeba tę futbolówkę oddać dalej. Dlatego wybija się wysoko w górę, łapie, przyciska do piersi i pada na murawę, nakrywając piłkę brzuchem. Parę oddechów. Powoli wstajemy. Dochodzimy do linii pola karnego. Odbijamy jeszcze piłkę o ziemię.

No kurczę, przecież to idzie się załamać.

Ale najgorsze, że to przynosi efekty. Rywal zostaje wybity z rytmu, sekundy zostają bezpowrotnie skradzione, szansa na utrzymanie korzystnego rezultatu się zwiększa.

OBLĘŻENIE SĘDZIEGO

Wiadomo, nie rozpatrujemy tu sytuacji skrajnych jak rzut karny czy spalony po zdobyciu bramki. Tej rzeki już nie da się zawrócić żadnym kijem, przy tego typu decyzjach sędzia jest skazany na otoczenie wianuszkiem piłkarzy, z których każdy ma coś odkrywczego do powiedzenia, no i ponadto każdy chce osobiście usłyszeć uzasadnienie decyzji. Było ciężko, ale zdołałem się do tego przyzwyczaić, traktując jako rodzaj folkloru.

Niestety piłkarze nie poprzestają na długich i owocnych debatach z arbitrami wyłącznie w przypadku sytuacji decydujących o wyniku. Deprecjonowane, podważane i omawiane są dosłownie wszystkie decyzje arbitra. Szarpnięcie w środku pola? Panie sędzio, za co. Żółta kartka za faul taktyczny? Nie obędzie się bez wymiany kilku zdań. Dochodzi do naprawdę groteskowych sytuacji, gdy stały fragment w kole środkowym, kilkadziesiąt metrów od bramki, staje się przyczyną ożywionej rozmowy kilku piłkarzy z sędzią. Kiedyś wydawało mi się, że to emocje i sposób wywierania presji na arbitrze, zwłaszcza, że podobnie zachowywały się na przykład Barcelona czy Chelsea. Potem jednak zauważyłem, że to przecież kolejne sekundy. Ba, kolejne minuty. Ile arbiter może doliczyć za jakiś faul w środku pola? Przecież takich sytuacji nawet się nie rozpatruje. A przecież piłkarze zawzięcie z nim dyskutujący muszą wrócić na pozycję, muszą się ustawić, wymuszają rozpoczęcie gry dopiero po gwizdku sędziego. Kolejny sposób, by zmniejszyć liczbę meczu, rozumianego jako piłkarskiego starcia dwóch drużyn, w… meczu.

Ale najgorsze, że to przynosi efekty. Zanim piłkarze wyjaśnią sobie wszystko z arbitrem, zanim on sam poukłada zawodników z powrotem na murawie, zanim da znać gwizdkiem, że czas wznowić grę, obrona jest już zupełnie odbudowana, rywal zaczyna atak od zera.

PÓŁGODZINNE SCHODZENIE Z BOISKA

O raju, to była najlepsza decyzja z możliwych, pozwolić piłkarzom schodzić do zmiany nie w tej strefie przy linii środkowej, ale w dowolnym miejscu boiska. Pamiętam, jak kiedyś jeden z moich trenerów wprost powiedział – Krzysiek, idź pod chorągiewkę na drugiej stronie. Krzysiek, lewy pomocnik, pofrunął na prawe skrzydło, gdzie czekał aż piłka wyjdzie poza boisko, po czym truchtał z powrotem do zmiany. Nawet nie było jak tego ukarać kartką, przecież biegł.

Nie ukrywam, to chyba źle o mnie świadczy, ale byłem naprawdę szczerze ucieszony, oglądając zawiedzione miny zawodników, którym sędziowie nakazywali zejście po drugiej stronie boiska w pierwszych miesiącach po zmianie przepisów. Na tych twarzach widać było zawiedzione nadzieje na kradzież sekund, na tych twarzach przebijało się rozgoryczenie – jak to, specjalnie się tu ustawiałem od trzech minut, a ty mi każesz tak po prostu zejść?

Przynosiło efekty, na szczęście już nie przynosi.

WOKAL PRZY FAULACH

Miałem tego pecha, że widziałem w życiu parę zerwań więzadeł krzyżowych, jedno nawet u siebie. Chociaż „widziałem” to jest kiepskie słowo, zerwanie ACL się przede wszystkim słyszy, bo to jest zazwyczaj taki pełen bólu i strachu skowyt, że tkwi w pamięci jeszcze długie miesiące po operacji. Nawet u amatorskich piłkarzy, u których to po prostu rok przerwy od hobby, fonia jest przerażająca, co dopiero u profesjonalistów, dla których to często bezpowrotne zjechanie z wcześniej zaplanowanej ścieżki kariery. Dlatego bezsprzecznie najbardziej wkurwiający jest trend, który – przynajmniej takie jest moje subiektywne wrażenie – jest w piłce obecny od niedawna. Okrzyki dodające dramaturgii przy faulach. Nie zliczę ile razy w ostatnich dwóch sezonach łapałem się za głowę – ostre wejście, piłkarz pada na murawę z takim krzykiem, że bardziej zasadne wydaje się wezwanie grabarza a nie pogotowia. Mijają trzy sekundy, piłkarz wstaje i kontynuuje grę.

Już samo symulowanie było i jest wnerwiające, natomiast wspomaganie tego procesu okrzykami to jest poziom żebraka udającego weterana wojennego. Bez kitu, rzadko czuję się oszukany podczas meczu, bo cwaniackie zagrywki są od lat wpisane w ten sport. Ale w takich momentach? Ja tu już w myślach modlę się za szybki powrót do zdrowia, w duchu współczuję biedakowi ciężkiej rehabilitacji, którą sam przechodziłem, a ten typ wstaje i sobie z uśmiechem biegnie dalej. Mordo, ja tu prawie dostałem zawału. Jak już symulujesz, to rób to, proszę, z godnością.

***

Po początkowym szoku, że piłkarzom Cracovii i Lechii udało się ukraść aż połowę połówki, powoli dochodzę do wniosku, że to jest kierunek, w którym dziarsko sobie maszerujemy. Chodzi o to, żeby grać jak najkrócej, bo wtedy jest najmniej możliwości utraty gola. Chodzi o to, by zyskiwać jak najwięcej rzutów wolnych, bo to często jedyny pomysł na grę ofensywną – nawet jeśli chodzi o centrę z 50. metra. Nieoceniony Paczul – chyba ostatni raz tyle pochwał w jednym tekście zawarłem, gdy analizowałem pracę Krzysztofa Przytuły – zwykł mawiać: dwóch chamów do środka, szybkie skrzydła, z przodu dwóch – jeden strąca, drugi biega.

Tylko potem się można złapać na tym, że jest 60. minuta meczu, a my zapamiętaliśmy z niego dwa memy i jedną „kontrowersję sędziowską”.

***

Swoją drogą – to właśnie tutaj najbardziej widać rozstrzał między kibicami a resztą świata. Kibice Cracovii od paru dni walczą na Twitterze jak lwy, przekonując, że partidazo z Lechią Gdańsk to najlepsze, co ich w życiu spotkało, a tak fenomenalnego show nie widzieli od czasów Orłów Górskiego z Haiti. I ja ich rozumiem, bo pamiętam niewiarygodne paździerze, po których ŁKS wygrywał 1:0, jedynego gola strzelając z rzutu karnego po książkowej symulce któregoś ze skrzydłowych. Też byłem zadowolony.

Ale jednak bardziej po tym, jak po świetnym meczu pokonaliśmy Odrę Opole 5:1, tworząc sytuacji nawet na dziesięć goli.

To też ciekawe: ŁKS punktowałby lepiej, gdyby grał bardziej kunktatorsko? Czy jednak obrona zawaliłaby mu tyle samo punktów, za to atak pozbawiony swobody gwarantowanej przez Moskala utraciłby ostatnie atuty?

Wchodzimy na uniwersalne filozoficzne pole: bardziej być czy jednak mieć? Grać czy punktować?

Ujmę to tak: nigdy nie chodziłem na ŁKS z taką przyjemnością, jak w ostatnich dwóch sezonach, a widziałem na żywo trzy awanse do najwyższej ligi. Dam wam znać, czy wrażenie się utrzymało, jeśli w 33. kolejce będziemy na 15. miejscu w tabeli.

KOMENTARZE (16)