Kolejny dzień w pracy, kolejny gol Lewego. Bayern odpoczął przed Der Klassiker
Weszło

Kolejny dzień w pracy, kolejny gol Lewego. Bayern odpoczął przed Der Klassiker

Choć Bayern wygrał dzisiaj z drużyną daremną, która powinna zostać w domu i nie zawracać ludziom głowy, Bawarczycy nie mogą tym zwycięstwem pogardzić: po 1:5 z Eintrachtem, po problemach w DFB Pokal z drugoligowym Bochum, po serii nerwowych spotkań, dość gładkie zwycięstwo muszą przyjąć jako upragnioną chwilę oddechu. Robert Lewandowski też tego wieczoru do złych zaliczyć nie może: dzień jak co dzień, kolejna bramka w Lidze Mistrzów.

W pierwszej połowie Bayern zaprezentował specjalność zakładu, zestaw, który ostatnio serwuje kibicom najczęściej: w tyłach taka elektryczność, że zasiliłaby pewnie całą Bawarię na miesiąc, z przodu niby coś tam się dzieje, niby są akcje po skrzydłach, niby Jose Sa papierosa w bramce wypalić nie może, ani nawet o papierosie pomyśleć, ale jednak ostatecznie Bayern ma więcej powodów do frustracji niż zadowolenia.

Jeśli chodzi o obronę, to okej, Alphonso Davies ma dziewiętnaście lat na karku, a dziś w Lidze Mistrzów debiutował. Powiedzmy, że miał prawo obciąć się w komiczny sposób – dośrodkowanie godne meczu zespołów ze strefy spadkowej Ekstraklasy, on nieatakowany, nikogo wokół, a jednak wybija piłkę na korner. Ale że Alaba, facet, tak doświadczony, który powinien trzymać defensywę Bayernu w ryzach, daje ciała w absurdalny sposób? Po BEZNADZIEJNEJ ladze Olympiakosu, którą powinien przeciąć i wyśmiać, wystawia prostym technicznym błędem piłkę w pole karne Randjeliciowi? Naprawdę nie dziwimy się po takich zagraniach, że Bayern dopiero co przyjął piątkę od Eintrachtu, a ogółem w Bundeslidze traci więcej goli niż Union Berlin.

Z przodu męczył bułę. Jasne, prowadził grę, miał zdecydowanie więcej posiadania piłki, klepał sobie na połowie Olympiakosu. Ale to przecież tylko Olympiakos. W lepszych czasach Bayern zabiłby ten mecz po trzech kwadransach. Tutaj stworzył sobie same przeciętne okazje, żadnej naprawdę klarownej: raz centrostrzał Comana, raz Lewandowski podał głową piłkę bramkarzowi, raz Coman w miarę groźnie uderzał po rajdzie skrzydłem. W końcówce Pavard po kornerze sieknął ramieniem w słupek – skakał też Lewandowski, ale ostatecznie należy mu zapisać koszykarską zbiórkę – i to była najlepsza okazja Bawarczyków. Jeśli coś takiego, gdzie więcej było pinballa niż futbolu, stanowi najlepszą okazję Bayernu z Grekami, to naprawdę wystawia słabiutką recenzję poczynaniom Niemców. Bawarczycy cały czas szukali skrzydeł, środek praktycznie nie istniał, współpracy Mullera z Lewandowskim – poza przybiciem piątki przed meczem – nie uświadczyliśmy.

Dopiero po zmianie stron Bayern wypracował pierwszą stuprocentową okazję, taką, w której faktycznie można powiedzieć: powinno wpaść. Dośrodkowanie Kimmicha, mądrze przedłuża Lewandowski, z bliska uderza głową Goretzka. Miał czystą pozycję, był blisko – gdyby uderzył dobrze, Jose Sa nie miałby żadnych szans na interwencję. Ale Goretzka nowym Carstenem Janckerem raczej nie zostanie. Dobijał jeszcze Martinez, też miał obowiązek trafić do siatki, ale Hiszpan z kolei nie zostanie nowym Inzaghim.

Bayern wtedy poczuł krew, nacisnął Olympiakos, a Grecy zaczęli się mylić. Ciekawa była sytuacja, gdy Lewy odebrał piłkę obrońcy… na piątym metrze od bramki Olympiakosu. Zrobił to aż za wysoko, bo zareagował Sa i nic groźnego z tego nie wyszło, ale swoje mówi. Chwilę potem Coman mógł strzelić z podania Lewandowskiego, ale Jose Sa znowu był świetnie ustawiony. Olympiakos w tym czasie nie grał nic, ich jakiekolwiek próby mogłyby robić wrażenie, ale w podlaskiej czwartej lidze. Gdy Semedo siadł na tyłku w 66. minucie, to może coś mu było, ale naszym zdaniem wyglądało to na klasyczny przypadek gry na czas.

Tego już było za wiele i Robert otworzył wynik. Bardzo ostra wrzutka z prawej strony, praktycznie wstrzelenie, a Lewy przecina piłkę tuż przed bramką i ta trafia do siatki. W pierwszej chwili wyglądało to prawie tak, jakby Coman strzelił gola Lewandowskim, ale na powtórce widać pracę Polaka: uwolnienie się spod krycia, błyskawiczną reakcję, skierowanie piłki. 1:0.

Olympiakos całkiem skupił się na statystowaniu. Za chwilę na 2:0 powinien podwyższyć Coman, ale musi jeszcze popracować nad trudną sztuką wślizgostrzału. Tempo meczu siadło całkowicie, Bayern go nie forsował, a Olympiakos wyglądał tak, jakby nie wiedział po co przyjechał. Porównać ich choćby do tego, co wczoraj grała Slavia na Camp Nou – nie ma jak. Grecy byli przecież wciąż o bramkę od remisu, a Bayern wielokrotnie udowodnił w tym sezonie, że ma dziurawą defensywę. Mimo to nie wykonali żadnego zrywu, nie zaryzykowali, zupełnie tak, jakby to 0:1 ich w zupełności urządzało. Dostali więc w pełni zasłużonego gonga na 2:0 – tysięczna oskrzydlająca akcja Bawarczyków, całość zamknął wprowadzony chwilę wcześniej Perisić.

Zwycięstwo jest zwycięstwem, Bayern ma komplet punktów w grupie, przynajmniej w Lidze Mistrzów wszystko idzie zgodnie z planem. Ale biorąc pod uwagę, jaki był dzisiaj poziom rywala, a także jak wyglądała pierwsza połowa – z pochwałami byśmy się wstrzymali. Największe, co udało się dziś ugrać, to że Bawarczycy nie wystrzelali się z sił przed arcyważnym meczem w Bundeslidze: już za trzy dni do Monachium przyjedzie Borussia. Jeśli mówić o weryfikacji tego, co dziś jest wart Bayern, to trzeba poczekać do Der Klassiker.

Bayern Monachium – Olympiakos Pireus 2:0 (0:0)

Lewandowski 68, Perisić 89

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (1)