Pozostał już tylko finał – coraz bliżej końcowych rozstrzygnięć w MLS
Weszło

Pozostał już tylko finał – coraz bliżej końcowych rozstrzygnięć w MLS

Prawie wszystko jest już jasne jeżeli chodzi o świat soccera. Pozostał tylko jeden mecz tegorocznej edycji Major League Soccer – w wielkim finale play-offów zmierzą się ze sobą ekipy Toronto FC i Seattle Sounders FC. Ostatnie wyczyny obu tych zespołów można w jakimś sensie uznać za niespodziewane. Ci pierwsi w sezonie zasadniczym zajęli dopiero czwartą lokatę w Konferencji Wschodniej, wygrywając ledwie 13 z 34 spotkań. Z kolei Sounders startowali z drugiej pozycji na zachodzie. Niby nieźle, ale do lidera stracili aż 16 punktów. Przepaść. Z drugiej strony – trudno sobie wyobrazić ciekawsze zestawienie finalistów, wszak Toronto i Seattle mierzyły się już ze sobą w finale MLS Cup w 2016 i 2017 roku. Po roku przerwy czas więc na klamrę, która zamknie tę wspaniałą trylogię.

W poprzednim sezonie po tytuł w MLS sięgnęli zawodnicy Atlanty United, pokonując w finałowym starciu Portland Timbers. Spotkanie odbyło się we wspaniałej atmosferze, przy prawie 75 tysiącach kibiców zgromadzonych na monumentalnym stadionie w Atlancie. Mecz był całkiem dużym sukcesem komercyjnym – transmisja w Fox przyciągnęła przed ekrany telewizorów przeszło 1,5 miliona widzów z USA, czyli aż 91% więcej niż rok wcześniej.

Tym razem wyniki oglądalności również mogą być niezłe. Finał po raz pierwszy od 2008 roku pokaże telewizja ABC.

Tak czy owak, obrońcy tytułu w bieżących rozgrywkach nie zagwarantują już swoim sympatykom dodatkowych emocji – tym razem dotarli tylko do finałów konferencji, gdzie zostali poskromieni właśnie przez Toronto FC. Z kolei ekipa Timbers pożegnała się z play-offami już w pierwszej rundzie. – W tym sezonie Atlanta nie prezentowała się tak korzystnie jak w poprzednich rozgrywkach – twierdzi Katarzyna Przepiórka z portalu AmerykańskaPiłka.pl. – Wtedy prowadził ich „Tata” Martino, no i wyglądali naprawdę świetnie. Obecnie szkoleniowcem jest Frank de Boer, a drużyna niemal o 180 stopni zmieniła swój styl gry. To nie jest już taka wesoła, przyjemna do oglądania piłka jak przed rokiem. Wtedy szli za ciosem, zdobywali bramki po pięknych akcjach, narzucali tempo. De Boer ma inny pomysł na grę. Długo szukał optymalnego ustawienia i składu. Atlanta jest dziś niezwykle zdyscyplinowana taktycznie, to trzeba podkreślić. De Boer pilnuje, żeby zawodnicy realizowali jego założenia. Sęk w tym, że na razie nie przynosi to spodziewanych rezultatów. Awans do finału konferencji to oczywiście dobry wynik, lecz – biorąc pod uwagę niedaleką przeszłość – rozczarowanie jest mimo wszystko spore. Często ratował ich zresztą w pojedynkę Josef Martinez.

August 14, 2019, Atlanta, GA, USA: ATLANTA, GA Ð AUGUST 14: Atlanta head coach Frank de Boer is interviewed following the conclusion of the Campeones Cup match between Club America and Atlanta United FC on August 14th, 2019 at Mercedes-Benz Stadium in Atlanta, GA. (Photo by Rich von Biberstein/Icon Sportswire) (Credit Image: © Rich Von Biberstein/Icon SMI via ZUMA Press) PUCHAR PILKA NOZNA FOT. ZUMA/NEWSPIX.PL POLAND ONLY! --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Na pocieszenie Atlanta ma przynajmniej triumf US Open Cup, najstarszych rozgrywkach piłkarskich w Stanach. Podopieczni de Boera w sierpniu wygrali 106. edycję turnieju, w finale pokonując 2:1 ekipę Minnesota United. Gola na wagę pucharu zdobył Martinez, lecz nie Josef, a „Pity”.

Niemniej jednak, w jakimś sensie mamy do czynienia ze zmianą warty. Choć z drugiej strony – cóż to niby za rewolucja? Toronto i Seattle po prostu wracają do wielkiej gry po krótkiej przerwie. Do tej pory tylko trzy drużyny w historii MLS zdołały w przeciągu czterech sezonów zameldować się w finale co najmniej trzykrotnie. To dawni dominatorzy z Los Angeles Galaxy (1999-2002, 2009-12, 2011-14), DC United (1996-99) i New England Revolution (2005-07). TFC oraz Sounders lądują więc w elitarnym towarzystwie.  – Mniejszym zaskoczeniem jest dla mnie udział w finale Seattle Sounders. Oni od początku tego sezonu prezentowali się dobrze – zauważa Przepiórka. – To był mocny punkt Konferencji Zachodniej, radzili sobie na wysokim poziomie. Niewielu dawało im rzecz jasna szanse w starciu z Los Angeles FC, nie jest jednak generalnie wielkim zaskoczeniem, że zaszli w play-offach daleko. Co innego Toronto. Pierwsza część sezonu w ich wykonaniu nie zwiastowała niczego dobrego. Ich występ w Lidze Mistrzów CONCACAF w lutym tego roku to był dramat, nie ma co owijać w bawełnę. Spięli się dopiero końcówce. Finał z ich udziałem to na pewno spora niespodzianka.

– Trzeba jeszcze dodać, że ekipa z Kanady grała bez Jozy’ego Altidore’a, nie wykurował się również Omar Gonzalez. To dwa bardzo ważne punkty tego zespołu – pierwszy w ofensywie, drugi w obronie. Bez tych filarów dotarli aż do finału, za co należą się brawa. To sensacyjne rozstrzygnięcie – dodaje Kasia.

Screenshot_2019-11-01 2019 MLS Cup Playoffs - Wikipedia

Zawiedli zatem ci, po których spodziewano się wiele dobrego, czyli rzecz jasna triumfatorzy obu konferencji. Ekipa New York City FC – najlepsza na wschodzie w sezonie zasadniczym – zgodnie z zasadami przystąpiła do play-offów dopiero w drugiej rundzie zmagań. I od razu zebrała w czapkę od Toronto FC, którzy – jako się rzekło – zaraz potem rozprawili się z faworyzowaną Atlantą, rozstawioną z numerem drugim. Inny głośny projekt – New York Red Bulls – także zderzył się ze ścianą.

Jeszcze ciekawiej było z kolei w Kalifornii, po przeciwnej stronie Stanów Zjednoczonych. Wspomniani Los Angeles FC, najlepszy zespół Konferencji Zachodniej, swoje popisy w play-offach zaczęli od fenomenalnego starcia derbowego z ekipą LA Galaxy. Mecz zakończył się ich triumfem 5:3. Jednak w finale konferencji zawodnicy z Miasta Aniołów polegli, pokonani 1:3 przez Seattle. Rozczarował Carlos Vela, zdecydowanie największa gwiazda mijającego sezonu, być może obok Zlatana Ibrahimovicia. Szwed zresztą wbijał od czasu do czasu medialne szpilki konkurentowi zza miedzy, widząc jego zdumiewające dokonania. Meksykanin zanotował absurdalne liczby w sezonie regularnym – 34 gole i 10 asyst. Dwukrotnie wpakował też piłkę do siatki w El Trafico. W bezpośrednim starciu ostatecznie przyćmił Zlatana i wyrzucił drużynę LA Galaxy z rozgrywek. Jednak w starciu z The Sounders nie zdołał już ukąsić.

Trochę dokazywał w pierwszym kwadransie spotkania, potem został zupełnie stłamszony. W ogóle charakterystyczne jest to, że piłkarze, którzy imponowali wyczynami indywidualnymi nie zagrają w finale MLS. Vela (34 gole), Ibrahimović (30 goli), Martinez (27 goli)… Wszyscy już na rybach.

– Myślę, że po tych play-offach, przynajmniej indywidualnie, największym przegranym jest jednak Zlatan – dowodzi Przepiórka. – Galaxy awansowali do drugiej rundy, wygrali swój pierwszy mecz z Minnesotą United, ale zrobili to praktycznie bez udziału Ibrahimovicia. Zlatan przeszedł obok meczu. W derbach niby było troszkę lepiej, bo strzelił gola, ale na tle Veli też można stwierdzić, że zaprezentował się słabo. Zresztą Seattle Sounders to chyba jedyna drużyna w tym sezonie, która zdołała aż tak ograniczyć na boisku Velę. Trzeba jednak pamiętać, że siłą Los Angeles FC był w tym sezonie nie tylko sam Meksykanin, lecz przede wszystkim środek pola. Tam gra kilku świetnych zawodników – Eduard Atuesta, Latif Blessing, Mark-Anthony Kaye. Oni pokazali zdecydowanie za mało w finale konferencji, po części z powodu urazów. Na finiszu sezonu zawiódł również na całej linii środkowy obrońca, Eddie Segura. Za dużo się nawarstwiło tych problemów jak na kluczowy etap rozgrywek. Myślę, że Vela nie mógł w tym meczu uratować swojej drużyny, nawet gdyby zaprezentował się lepiej.

– Los Angeles FC to zdecydowanie jest zespół, który w tej chwili odczuwa największy niedosyt. Mówimy o ekipie, która w sezonie regularnym pobiła rekord punktowy. Naprawdę nie przez przypadek. Owszem – poprawili ten rekord tylko o jeden punkt, spodziewano się po nich jeszcze lepszego rezultatu. Zdarzył im się spory zastój, na moment wypadł Carlos Vela. Generalnie – zrobiło się trochę zawirowań wokół tej drużyny. Jednak w play-offach kiepskie chwile miały być już za nimi, to miał być powrót do dominacji. Tymczasem skończyło się przedwczesnym odpadnięciem – dodaje Kasia.

Przypominając, że w dotychczasowych dziejach MLS tylko siedem razy zdarzyło się, by laureat Supporters’ Shield (nagroda przyznawana za najwięcej punktów w sezonie regularnym bez podziału na konferencje) zatriumfował w play-offach.

Zdaniem Przepiórki, o niespodziewanej klęsce ekipy z Miasta Aniołów zadecydowały w pierwszej kolejności względy taktyczne. Podopieczni Boba Bradleya, jednego z najbardziej cenionych amerykańskich szkoleniowców, zostali po prostu rozpracowani i rozłożeni na łopatki. Być może trener zbyt mocno uwierzył w moc swoich umiejętności, no i się okrutnie przeliczył. Seattle Sounders odrobili pracę domową i zneutralizowali przeciwników.

August 24, 2018 - Carson, California, United States - Carson, CA - Friday August 24, 2018: The Los Angeles Galaxy and Los Angeles FC played to a 1-1 tie during a Major League Soccer (MLS) game at StubHub Center. (Credit Image: © Michael Janosz/ISIPhotos via ZUMA Wire) FOT. ZUMA / NEWSPIX.PL POLAND ONLY !!! --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

– Ogromne brawa należą się trenerowi, a właściwie to całemu sztabowi szkoleniowemu ze Seattle – mówi Przepiórka. – Za ustawienie taktyki na mecz z Los Angeles FC odpowiadało aż czterech ludzi – szkoleniowiec klubu, czyli Brian Schmetzer, a także tercet jego asystentów. Wyszło to po prostu znakomicie. Ekipa z LA została bezlitośnie wypunktowana, jej wszystkie słabości zostały wręcz obnażone. Carlos Vela praktycznie nie istniał. Środek pola zupełnie zdominowany przez Sounders. Wielki mecz w ich wykonaniu. Świetnie spisał się Raul Ruidiaz, swoje zrobił Nicolas Lodeiro. W życiu bym nie przewidziała, że ta drużyna może zagrać na aż tak wysokim poziomie. Zwłaszcza po tym, co stało się w poprzedniej rundzie. Pierwsze zwycięstwo Los Angeles FC nad LA Galaxy w całej historii tej derbowej rywalizacji! Przełamali się w bardzo ważnym momencie, a jednak nie poszli za ciosem. Zostali rozmontowani. Trener Bradley w przerwie meczu był kompletnie zszokowany. W takim stanie go jeszcze nigdy nie widziałam. Po prostu nie wiedział co się dzieje z jego zespołem – ostro skrytykował swoich zawodników. Ale sam też nie wiedział, jak ma zareagować.

– Trzeba jednak dodać, że zdarzyły się w trakcie tego spotkania dwie kontrowersyjne sytuacje. Myślę, że sędzia dwukrotnie powinien był podyktować rzut karny dla LA, co mogłoby odmienić obraz meczu. Amerykańskie media bardzo mocno te sytuacje analizowały. Tym bardziej, że w starciu Toronto z Atlantą podyktowano z kolei bardzo miękkiego karnego. Choć tam sytuacja rozeszła się po kościach, bo bramkarz obronił jedenastkę – dodaje.

Screenshot_2019-11-01 List of MLS Cup finals - Wikipedia

Cóż – najlepsi strzelcy sezonu już poza grą, co wcale nie oznacza, że w zespołach, które dotarły do finału brakuje gwiazd. Są wielkie nazwiska. Jeżeli chodzi o Toronto, w oczy rzuca się przede wszystkim kapitan zespołu i żywa legenda soccera – Michael Bradley, który ma na koncie już 151 gier w narodowych barwach USA. W Seattle bezpieczną przystań odnalazł z kolei wspomniany Nicolas Lodeiro. Dziś już trzydziestoletni, ale kiedyś uznawany za gigantyczny talent, z sześćdziesięcioma występami w reprezentacji Urugwaju. Do tego po stronie kanadyjskiej mamy choćby Alejandro Pozuelo, który nie tak dawno był bardzo istotną postacią belgijskiego Genk. Ważną rolę w ofensywnej układance Sounders pełni Raul Ruidiaz – trochę kieszonkowy, ale piekielnie groźny Peruwiańczyk, czterdziestokrotny reprezentant swojego kraju.

Krótko mówiąc – będzie na kim oko zawiesić.

– Bradley wciąż jest kapitalny – zapewnia Przepiórka. – To jest właściwie piłkarz bardzo niedoceniany. Ocenia się go wciąż albo przez pryzmat osiągnięć ojca-trenera, albo przez pryzmat reprezentacji. Tymczasem Bradley w kolejnym już sezonie pokazuje pełnię swoich wielkich umiejętności. Owszem – zdarzają mu się błędy. Tylko w jego przypadku jest tak, że każda pomyłka zostaje momentalnie wyciągnięta i napiętnowana. Ma w MLS trudniejsze życie niż największe gwiazdy pokroju Veli, Zlatana czy Rooneya. Jak Bradley się pomyli, momentalnie robi się jazda po bandzie. „Co on robi w Toronto?”, „dlaczego on zarabia tyle pieniędzy?”. A prawda jest taka, że kryzysowych momentach – czy to w Toronto, czy to w kadrze USA – właśnie Bradley zwykle ratuje sytuację. Jakiś czas temu głośno mówiło się o tym, że działacze klubu z Ontario chcą się go pozbyć, być może na zasadzie jakiejś wymiany. Myślę, że jeżeli sezon zakończy się mistrzostwem dla Toronto FC, to Bradley jednak ugruntuje swoją pozycję w zespole. I nadal będzie zarabiał duże pieniądze w MLS.

October 19, 2019, Toronto, ON, USA: TORONTO, ON - OCTOBER 19: Michael Bradley (4) of Toronto FC celebrates the win after the MLS Cup Playoffs match between Toronto FC and DC United on October 19, 2019, at BMO Field in Toronto, ON, Canada. (Photo by Julian Avram/Icon Sportswire) (Credit Image: © Julian Avram/Icon SMI via ZUMA Press) FOT. ZUMA/NEWSPIX.PL POLAND ONLY! --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

– Dużą różnicę w finale mogą zrobić zdrowi Altidore i Gonzalez – przypomina też Kasia. – Jeżeli oni wystąpią, Toronto będzie miało dodatkowe atuty. Ciekawa jest też sytuacja ich trenera. Greg Vanney jest z tym zespołem związany od 2014 roku i odnoszę wrażenie, że coś tam się już wypaliło. To chyba jego końcówka w Ontario. Pewnie chce się godnie pożegnać z tą drużyną, a drużyna z nim. Gdyby zdobyli mistrzostwo, to byłoby idealny moment na godne rozstanie.

Mistrzostwo… Teraz aż trudno uwierzyć, że ekipa TFC prawie wyleciała z play-offów już w pierwszej rundzie. Zawodnicy z Ontario po podstawowym czasie gry remisowali w starciu z DC United 1:1, ponieważ dali sobie strzelić gola w trzeciej minucie doliczonego czasu gry. Zareagowali jednak wzorcowo na ten dotkliwy cios, pakując przeciwnikom w dogrywce… cztery gole. Absolutny rekord w historii MLS.

– Oczywiście trzeba nadal doceniać pracę, jaką wykonuje Vanney. Na przestrzeni ostatnich miesięcy udało mu się odbudować formę dwóch bardzo ciekawych zawodników. Pierwszy z nich to Nick DeLeon, wyciągnięty z DC United. Tam zrezygnowano z DeLeona, bo uznano, że ma on już za mocno zniszczone kolana, by grać na wysokim poziomie. U Vanneya ten zawodnik jest natomiast niezwykle wartościowym jokerem, czego dowiódł strzelając zwycięskiego gola Atlancie w finale konferencji. Drugi z odbudowanych zawodników to Richie Laryea. Chłopak z Toronto, który – co trochę paradoksalne – przed laty mocno zabiegał, żeby ekipa z Ontario nie wybierała go w drafcie. Chciał się trochę usamodzielnić, spróbować sił w innej drużynie, zbudować swoją markę. Trafił do Orlando City. To mocno śmieszna drużyna. Nie rozpoznali w nim talentu, Laryea się tam nie przebił, praktycznie w ogóle nie grał. Wrócił do Toronto, w tej chwili rozgrywa tak naprawdę swój pierwszy profesjonalny sezon w MLS. I jest jednym z najważniejszych zawodników dla swojego klubu – dodaje miłośniczka amerykańskiej piłki.

Przewagę własnego boiska w finałowym starciu będą mieli zawodnicy ze Seattle. To pewna zmiana, jeżeli chodzi o dotychczasowe batalie tych ekip w decydujących starciach MLS Cup. Zarówno w 2016, jak i w 2017 roku finały rozgrywane były w Toronto, ponieważ to The Reds przystępowali do tych spotkań z wyższym rozstawieniem. Kanadyjczycy udowodnili jednak, że niespecjalnie im taki scenariusz wadzi, skoro najpierw zatriumfowali w Nowym Jorku, a potem w Atlancie, a w obu przypadkach byli niemalże skazywani na pożarcie.

Czy w takim zestawieniu można w ogóle doszukiwać się zdecydowanego faworyta? Cóż, przekonamy się 10 listopada, ale nie zaszkodzi pospekulować.

– Moim zdaniem faworytem są Seattle Sounders – mówi Przepiórka. – Grają finał u siebie, co w MLS zawsze ma znaczenie. Poza tym – Schmetzer i jego sztab mają umiejętność optymalnego ustawiania zespołu pod konkretnego rywala w play-offach. Przypominam sobie 2016 rok, gdy Seattle wygrało pierwsze mistrzostwo w swojej historii właśnie koszem Toronto. Oni nie oddali ani jednego celnego strzału przez cały finał, włącznie z dogrywką! I wygrali po rzutach karnych. Wprawdzie rok później nie udało się tej sztuki powtórzyć, ale mam jednak wrażenie, że w tej chwili Toronto dysponuje już troszkę mniejszą siłą rażenia, więc łatwiej będzie się przed nimi bronić i w odpowiednim momencie zaskoczyć kontratakiem.

MICHAŁ KOŁKOWSKI

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (1)