Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Jestem bardzo wyrozumiały wobec boiskowych emocji – sam nie jestem tutaj święty, zdarzyło mi się umyślnie atakować rywali w taki sposób, by sprawić im jak najwięcej bólu, najczęściej w ramach rewanżu za jakieś wcześniejsze sytuacje. Parę razy uczestniczyłem w boiskowych szarpaninach. Bywało, że trafiłem rywala, bywało że to przeciwnik trafił mnie. Nigdy jednak nie rozumiałem, nie rozumiem teraz i już pewnie nigdy nie zrozumiem jakiejkolwiek agresji wobec sędziego.

W środowisku piłkarskim raptusów jest całkiem sporo, nie wszyscy też trafiają do świata futbolu z domów, w których jedyna przemoc pojawiała się na ekranie konsoli. Stykowa sytuacja, przepychanka, w ruch idą pięści – czasem dzieje się to nawet na treningu, pomiędzy gośćmi, którzy znają się od przedszkola.

Gdy się takie rzeczy obserwuje z bliska, dość dobrze widać cały proces narastania napięcia. Najpierw są jakieś pozornie zwyczajne boiskowe zagrania, popchnięcia, szarpanie za koszulkę, nadepnięcia czy ostrzejsze wślizgi. Potem zaczynają się polowania, gdzie więcej jest już rozmyślnego robienia krzywdy, niż zwykłej sportowej walki. Łokieć pod żebra przy stałym fragmencie, atak na kostkę, wejście bark w bark nie po to, by wygrać piłkę, ale by przewrócić przeciwnika. No i wreszcie jest jakiś zapalnik, po którym górę biorą emocje – i kończy się to ciosem w tzw. ryj, ewentualnie w mordę.

Przeżywałem to od obu stron, jako ten, którego poniosły emocje i jako ten, który na własnej szczęce odczuł emocjonalną reakcję boiskowego rywala.

Mam wrażenie, że takie rzeczy dzieją się, bo to sport kontaktowy. Istnieje bardzo cienka granica między czystym zagraniem, za które można zgarnąć pochwały trenerów, a chamskim skrzywdzeniem rywala. Mecz trwa 90 minut, ból fizyczny narasta, kostki czuć coraz mocniej, kolana zdarte, a ten niewyżyty brutal, który za tobą biega, mamrocze też coś pod nosem o twojej rodzinie. Możliwy jest zupełnie legalny rewanż w postaci ostrzejszych wejść na granicy przepisów, więc atmosfera jeszcze bardziej się zagęszcza. Oczywiście nie ma żadnego usprawiedliwienia dla rękoczynów, ale przy takim bagażu emocji i takim nagromadzeniu stykowych sytuacji, da się to zrozumieć. 5 meczów zawieszenia, podajcie sobie ręce, było, minęło.

Ale sędzia?

Co on komukolwiek zrobił, zwłaszcza, jeśli zestawi się jego boiskową rolę z tym, co nam fundują rywale? Nigdy, a w amatorskim futbolu jestem jakieś 18 lat, nie spotkałem się z sytuacją, w której sędzia nęka zawodnika. Może ci agresywni goście, o których ostatnio często piszemy, mają inne doświadczenia, ale nigdy nie spotkałem się z sytuacją, w której sędzia kogoś szarpnął, szczypnął, w jakikolwiek sposób sprowokował do użycia wobec niego siły. Są sędziowie lepsi i gorsi, bardziej utalentowani i mniej utalentowani, choć i tak sądzę, że na tle umiejętności piłkarskich ludzi, którym sędziują, nie wyglądają tak źle. Pamiętam zresztą przezabawną sytuację, gdy mój kumpel w przerwie jednego z meczów narzekał na sędziego, że słaby, że nie widzi, że nie nadąża. Arbiter odwrócił się i powiedział: życzę ci, żebyś grał tam, gdzie ja sędziuje.

A był to ekstraklasowy arbiter z Łodzi, trochę hobbystycznie sędziujący naszą okręgówkę.

Rozgoryczenie decyzjami arbitra jest naturalne, ale nie potrafiłem nigdy zrozumieć, co ma dać prowadzenie z nim dyskusji, czy w dalszej kolejności używanie jakichś wyzwisk. Naprawdę ktoś sądzi, że jeśli krzyknie się: „kurwa, chuju z gwizdkiem, nawet go nie dotknąłem”, to sędzia zripostuje: „ach, faktycznie, przywidziało mi się, dobrze, że mnie wyprowadziłeś z błędu”? W sytuacjach stykowych zawodnika z zawodnikiem jest fizyczna wymiana ciosów, najpierw tych zgodnych z przepisami, potem tych na granicy prawa, potem ewentualnie poza prawem. Jakie sytuacje stykowe ma się z arbitrem? Pokazanie żółtej kartki?

Sędziowie, nawet ci najgorsi, z największymi wadami wzroku, nie robią zawodnikom fizycznej krzywdy, nie podkręcają emocji, nie wykazują się złośliwością. Gdyby to wszystko robili, zweryfikowałby ich rynek. To dość hermetyczne miejsce, trudno byłoby utrzymać takie rzeczy w tajemnicy przed przełożonymi. Próbuję wczuć się w rolę na przykład tych gości z wczoraj, którzy najpierw grozili sędziemu, a potem zajechali mu drogę na trasie.

Co ich tak rozwścieczyło? Żółte kartki? Rzut karny przeciw ich drużynie? Wykluczenie?

Zastanawiam się nad tym, bo pomiędzy tymi momentami pełnymi emocji a zajechaniem drogi na trasie musiało minąć jakieś kilkadziesiąt minut. Przez kilkadziesiąt minut można zbudować okazały dom z klocków Lego i zasadzić drzewko, co oznacza wypełnienie 66% planu na życie większości mężczyzn. Tymczasem ta trójka przez kilkadziesiąt minut nie potrafiła poskromić boiskowych emocji wynikających z decyzji arbitra. Żadne emocje, premedytacja, podobnie jak grożenie sędziemu „rozliczeniem się” w szkole, do której uczęszcza.

Być może się mylę, ale te wszystkie idiotyczne sytuacje, o których właśnie robi się głośno, nie mają nic wspólnego z emocjami. To po prostu wyliczone, przemyślane i zakorzenione głęboko w świadomości przekonanie, że sędziego można. Że można mu bezkarnie nawrzucać, że można go popchnąć, zabrać mu kartki, wyzywać po każdej decyzji. To przecież też nie dzieje się w sekundę, zanim dojdzie do ciosu czy zajeżdżania auta mamy tysiące drobnych sytuacji. Ganianie za sędzią i próbę wymuszenia decyzji, głośne komentowanie, ironiczne brawa. Nie wiązałbym tego z emocjami, a z jakimś wyuczonym zakresem zachowań, które po prostu nie powinny mieć miejsca na boisku. Jasne, potem to już wzajemne nakręcanie się, bo przecież już nas drukarz kręci od 20 minut. Ale początek bierze po prostu w przekonaniu, że ten facet na czarno to rodzaj tarczy dla piłkarzy.

Plagą jest „obleganie” sędziego przez piłkarzy, zwłaszcza w wyższych ligach, a nawet na piłkarskich salonach. Na sucho uchodzi komentowanie, czasem nawet bluzganie, choć przecież arbiter traktujący przepisy dosłownie powinien ostro reagować już przy pierwszych takich zachowaniach.

Na szybko przypominam sobie, że dostałem trzy czerwone kartki, które moim zdaniem nie były zasłużone. Za każdym razem byłem absolutnie wściekły na sędziego i za każdym razem nie wygłaszałem nawet słowa komentarza. Bo i co mógłbym zmienić komentarzami, poza zwiększeniem zawieszenia? To zresztą zabawne – jedno „czerwo” pokazał mi pracownik firmy mojego znajomego, kilka dni przed meczem śmialiśmy się, że będę absolutnie nietykalny, mogę robić co chcę. Zagrałem całe 10 minut, po których wyleciałem za rękę w polu karnym (przypadkową, do dziś jestem pewny!).

Ludzie apelują o #SzacunekDlaArbitra i ja się pod tym podpisuję. Przede wszystkim jednak apeluję o szacunek dla rozumu. A ten musi podpowiadać, że na utarczce z sędzią jeszcze nikt nigdy niczego nie wygrał.

KOMENTARZE (9)